VIII
1. Rzymianie przetrząsali wszystkie kryjówki, przeglądali poległych, szukając Józefa, zarówno powodowani zaciekłością, jako też spełniając życzenie wodza, który ujęcie Józefa poczytywał za krok niemal rozstrzygający o dalszym przebiegu wojny. Ale Józef, jak gdyby przez Boga samego wzięty w opiekę, zdołał w czasie zajęcia miasta przekraść się przez środek nieprzyjaciół i skoczyć do głębokiego zbiornika, który pod ziemią zamieniał się w rozległą, a z góry niepostrzegalną grotę. Tu znalazł ukrytych czterdziestu wybitnych mężów, którzy byli zaopatrzeni w żywność, mogącą starczyć na bardzo długo. Przez cały dzień Józef nie wychylał się z tej piwnicy, gdyż nieprzyjaciel wszędzie się kręcił. Dopiero nocą wyszedł z kryjówki, aby popatrzeć, jak rozstawione są straże i czy nie ma sposobu ucieczki. Ale właśnie sam stał się powodem, że wróg strzegł czujnie wszelkich przejść; przekonawszy się tedy, że w danej chwili ani myśleć niepodobna o ucieczce, powrócił do swej kryjówki. W ten sposób minęły dwa dni, aż wreszcie dnia trzeciego zdradziła go pewna niewiasta, która razem z nimi kryła się w zbiorniku, a potem przez wrogów została przychwycona. Wespazjan posłał natychmiast do Józefa dwóch trybunów Paulinusa i Gallikanusa, aby mu przyrzekli wszelkie bezpieczeństwo i skłonili go do opuszczenia zbiornika.
2. Ci tedy, przyszedłszy do Józefa, zapewniali go, iż nic mu się nie stanie, jeżeli wyjdzie z kryjówki. Ale nie wskórali wiele. Uprzejmość ich była wprawdzie wielka, wszelako Józef jasno zdawał sobie sprawę z tego, ile ciosów Rzymianom zadał. Sądził przeto, że mu tego nie darują, że chcą go tylko zręcznie wywabić i stracić. Wtedy Wespazjan pchnął do niego trzeciego posła, trybuna Nikanora, którego Józef dobrze znał i z którym dawniej się przyjaźnił. Ten, przybywszy na miejsce, tłumaczył Józefowi, jak łagodnie obchodzą się Rzymianie z tymi, nad którymi ostateczne odnieśli zwycięstwo, że wódz złych zamiarów względem niego nie żywi, że raczej podziwia w nim mężnego bojownika; gdyby zaś chciał jego zguby, bynajmniej nie potrzebowałby wywabiać go z tej kryjówki. Zamiarem jego jest właśnie uratować szlachetnego męża. A gdyby wreszcie o podstęp chodziło, nie przysyłałby do Józefa przyjaciela, maską dobroci zakrywającego podłość i za uśmiechem życzliwości kryjącego zdradę. Znaczyłoby to wreszcie, że on, Nikanor, chce przyjaciela wydać, a takiego zadania nigdy by się nie podjął.
3. Mimo zapewnień Nikanora Józef jeszcze się wahał. Wtedy rozjątrzone żołnierstwo chciało do jaskini miotać ogień. Ale wodzowie powstrzymali ich, gdyż duma nakazywała im dostać Józefa żywcem. Gdy tedy Nikanor w dalszym ciągu go przekonywał, a żołnierze warczeli pogróżki, Józefowi stanęły w myślach senne widziadła, w których Bóg mu objawił, jaka klęska spadnie na Żydów i jakimi torami potoczą się losy władców rzymskich. A nie tylko umiał wykładać sny, ale i wyjaśniać znaczenie tych, którym bóstwo nadało charakter dwuznaczny, gdyż pochodząc z rodu kapłańskiego i sam będąc kapłanem, zaznajomił się należycie z przepowiedniami świętych ksiąg. Właśnie w owej godzinie był duchem nawiedzony, a gdy mu stanęły przed oczyma pierzchłe niedawno straszne widziadła nocy, westchnął do Boga w te słowa: „Ponieważ postanowiłeś upokorzyć lud żydowski, Ty, jego Stwórca, a całe powodzenie Rzymianom przydzielić, skoro obrałeś duszę moją, aby przyszłe obwieściła wypadki, wyciągnę rękę do Rzymian i żył będę, Ciebie zaś biorę na świadka, że idę tam nie jako zdrajca, ale jako sługa Twój”.
4. Westchnąwszy w ten sposób do Boga, oświadczył Nikanorowi, że gotów iść za nim. Tedy Żydzi w owym zbiorniku pozostać mający, zmiarkowawszy, że Józef uległ namowom, otoczyli go gromadnie i krzyknęli: „Srodze zabiada nad tobą Zakon żydowski i wielce Boga obrazisz, który dał Żydom dusze śmiercią gardzące. Czy żeś tak do życia przywiązany, Józefie, że ważysz się patrzeć na światło dnia oczyma niewolnika? Jakże to szybko sam siebie zapomniałeś! Czy już wcale nie pomnisz, ilu to ludziom kazałeś za wolność umierać? Czczą złudą była twoja sława, sława mężnego człowieka, a także nic nie wart twój rozum, jeżeli spodziewasz się jakiegoś względu ze strony tych, których zwalczałeś tak uporczywie, który to rozum już całkiem ciemny jest, jeżeli, gdyby nawet tak było, z rąk ich zbawienie gotów jest przyjąć. Ale jeżeli ty, szczęściem Rzymian oślepiony, jeżeli ty niepomny jesteś obowiązków względem siebie samego, to my staniemy za cześć ojczyzny. Oto nasze prawice, oto miecze nasze! Jeśli umrzesz własnowolnie, padniesz jako wódz Żydów, a jeśli nie własnowolnie, to jako ich zdrajca”. Tak krzycząc, błyskali mieczami i grozili mu śmiercią, gdyby oddał się Rzymianom.
5. Józef, obawiając się napadu z ich strony, a zarazem przekonany, że sprzeciwiłby się rozkazowi Boga, gdyby umarł, nie spełniwszy swej misji, zaczął wobec nich, koniecznością przyparty, tak filozofować: „Czemuż to, towarzysze, koniecznie ginąć chcemy? Czemuż to pałamy tą żądzą rozcięcia najistotniejszego węzła łączącego ciało z duszą? Powiadacie, żem się zmienił. To wiedzą najlepiej Rzymianie. Pięknie jest ginąć w bitwie, ale wedle prawa wojennego to znaczy z rąk zwycięzcy. Gdybym pierzchał przed żelazem844 Rzymian, wtedy zasłużyłbym zaiste, aby paść od własnego miecza845 i z własnej ręki. Ale jeśli sami Rzymianie wroga swojego chcą oszczędzić, czyż tym bardziej sami siebie szczędzić nie powinniśmy? Bo byłoby to głupie samym sobie wyrządzać to, o co właśnie z nimi jesteśmy w sporze. Godziwa to rzecz za wolność umierać, to i ja twierdzę, ale umierać w boju i z rąk tych, którzy nam ją zabierają. Ale teraz z nami nie walczą i nie grożą nam. Tchórzostwem jest zarówno nie umierać, gdy należy, jak umierać, gdy nie należy. Czegóż się boimy iść do Rzymian? Śmierci? Może tam wcale nas to nie czeka, co sobie tutaj zgotować pragniemy? Boimy się niewoli, odpowiecie mi na to. Wątpię, aby to, co tutaj mamy, wolnością zwać się mogło. I jeszcze mi powiecie: szlachetnie jest z własnej ginąć dłoni. A ja powiem: bynajmniej, w tym właśnie nic szlachetnego846 nie ma. Za głupca ostatniego poczytałbym żeglarza, który ze strachu przed zrywającą się burzą sam zatapia swój własny statek. Przeciwko samobójstwu głos podnosi cała natura nasza, a ciężki to grzech przeciw Bogu, który nas przecie stworzył. Ukażcie mi zwierzę łaknące śmierci, ukażcie mi, które by samo ją sobie zadało! Jest to prawo natury, że wszyscy chcą żyć i przeto takich, co jawnie na życie nasze godzą, wrogami zowiemy, tych natomiast, co skrycie na nas się nastawiają, prześladujemy karami. Nie jest że to obraza Boga, gdy człowiek dar jego odrzuca? Ze znikomego budulca utworzone jest ciało nasze; jedna dusza wieczysta i jako cząstka Boga w ciałach naszych zamieszkała. Niechże kto rzecz ludzką zmarnuje, przez człowieka na przechowanie mu daną, przestępcą go nazwiecie i obywatelem na zaufanie niezasługującym; ale gdy ktoś z ciała swego wyrzuci to, co sam Bóg tam złożył, gdzież się ukryje przed obrażonym okiem Stwórcy? Karać przykazują zbiegłych niewolników i za sprawiedliwe to poczytują nawet wtedy, gdy owi niewolnicy opuszczają występnych panów, a nie będzież to bezbożnością, jeżeli my, słudzy najlepszego Pana, od niego uciekniemy? Czyż nie jest wam wiadome, że ci, którzy z tego życia wedle praw przyrodzonych odchodzą i Bogu to zdają, po co on sam do nich się zgłasza, cieszyć się będą wieczną sławą, nie zaginie ich ród, nie zaginie ich dom, dusze ich będą czyste i zbawione847, do najświętszych okolic nieba przeniesione, skąd po wiekach i czasach w ciała bez zmazy przesiedlone zostaną? Natomiast dusze tych, co na własne targnęli się życie, do najmroczniejszego podziemia zesłane, że Bóg, a Ojciec nasz jeszcze potomstwo ich karami prześladować będzie?848 Dlatego to Bóg tak zbrodni owej nienawidzi, a wielce rozumny Prawodawca nasz kary za nią wyznaczył849. Wszakże u nas samobójcę porzucają niepogrzebanego aż do słońca zachodu, gdy tymczasem nawet wroga pogrześć jesteśmy obowiązani. Inne narody trupom samobójców prawicę, którą się na siebie targnęli, odcinają, czym dowodzą, że jak ciało obce chciało być duszy, tak niech grzeszna ręka ciału obcą się stanie. Sprawiedliwie tedy postąpimy, towarzysze, jeżeli do nieszczęść, jakimi złamali nas ludzie, nie dodamy jeszcze przestępstwa względem Stwórcy. Gdy ratunek niezbędny, ratujmy się. To nas bynajmniej nie zhańbi w oczach tych, którym dostarczyliśmy tyle dowodów naszego męstwa. Skoro jednak mielibyśmy umrzeć, to chyba z rąk tych, którzy nas tu więżą. Nie chciałbym przejść do szeregów nieprzyjaciela, aby zostać zdrajcą samego siebie; bo byłbym zaiste głupszy od tych wszystkich, co tam zbiegali, by uratować życie; ja tam chcę iść na własną zgubę. Ja pragnę, aby mnie Rzymianie zdradzili. Bo gdybym mnie wbrew danej obietnicy zabili, umarłbym szczęśliwy i zaiste milszą nad zwycięstwo byłaby dla mnie ta z ich strony przewrotność”.
6. Wiele im Józef takich rozsnuwał myśli, chcąc ich odwieść od samobójstwa. Ale rozpacz poraziła ich głuchotą na wszelkie wywody, albowiem od dawna już poświęcili się na śmierć. Przeto jeszcze silniej rozgoryczyli się na Józefa. Ze wszystkich stron błyskali ku niemu mieczami, zarzucając mu tchórzostwo, a każdy był gotów na miejscu położyć go trupem. Tedy on jednych powstrzymywał, krzyknąwszy na nich po imieniu, drugich spojrzeniem wodza poskromił, innych przychwycił za rękę, jeszcze innych prośbą miękczył. W trudnym położeniu, kiedy różne uczucia w nim wzbierały, każdemu w inny sposób broń z ręki zdołał wytrącić, niby ów zwierz osaczony, co to zwraca się zawsze przeciw najbliższemu z tych, którzy się chcą na niego rzucić. Ponieważ bądź co bądź jeszcze w nim uszanowali swego wodza, prawice im opadły, ostrza z rąk się wysunęły, a wielu z tych, co jeszcze przed chwilą miecze nad jego głową wznosili, teraz sami je chowali.
7. Mimo położenia prawie beznadziejnego Józef nie stracił rozwagi, ale licząc na pomoc Bożą i życie rzucając na grę, tak rzekł: „Ponieważ zapadło postanowienie, że mamy umrzeć wszyscy, tedy ciągnijmy losy, jaką koleją jedni drugich mają zabijać. Niech ten, na którego padł los, zginie z ręki tego, który po nim los wyciągnie. W taki sposób los ów dotknie każdego z nas po kolei, a nikt nie będzie zmuszony sam sobie życia odbierać. A byłoby rzeczą niesprawiedliwą, gdyby ostatni, skoro już wszyscy padli, rozmyślił się i żyć postanowił”. Gdy to powiedział, znów zyskał wiarę i wszyscy co do jednego zgodzili się na to, co radził. Ciągnęli tedy losy i on ciągnął. A na kogo padło, natychmiast chętnie zabić się drugiemu dawał, żywiąc przekonanie, że wnet potem i wódz padnie; albowiem nad życie milsza im był śmierć w towarzystwie Józefa. Wreszcie, chyba powiedzieć trzeba850, przez szczęście, albo lepiej przez zrządzenie Boże, zostało dwóch, Józef i jeszcze jeden. A ponieważ ani sam losu na śmierć ciągnąć nie chciał, ani też, gdyby miał zostać ostatni, kalać ręki krwią bratnią, namówił owego człowieka, aby mordowaniu koniec położyć i otrzymawszy od Rzymian zapewnienie, iść do nich.
8. Gdy tedy w ten sposób uszedł cało nie tylko z boju z Rzymianami, ale i spomiędzy własnych współobywateli, został przez Nikanora poprowadzony przed Wespazjana. Ze wszystkich stron zbiegli się Rzymianie, aby go oglądać. Tłum, który się zebrał dokoła wodza, różnym krzykiem dawał upust swym uczuciom. Jedni radowali się z powodu pojmania wroga, drudzy mu wygrażali, a ci, co stali nieco dalej, parli się naprzód, by obejrzeć go z bliska. W dalszych szeregach wołano, aby Józefa natychmiast stracono, natomiast ci, co stali bliżej, wspominali jego czyny i losu dziwili się przemianie, a między wodzami nie było ani jednego, który, choćby się był pierwej na niego sierdził, teraz, widząc go przed sobą, nie byłby się wzruszył. Zwłaszcza szlachetny Tytus przejęty był jego stałością w przeciwnościach i żywo współczuł jego wiekowi851. Widząc, że człowiek ten dopiero co walczył, a teraz jest w rękach wrogów trzymany, postrzegł tę całą zmienność losu ludzkiego i dziwną niestałość bytu. Usposobienie jego udzieliło się większości obecnych, współczuli też Józefowi, a Tytus bardzo się za nim u ojca wstawiał. Mimo to Wespazjan kazał Józefa uwięzić i pilnie strzec, gdyż chciał go bezzwłocznie posłać Neronowi.
9. Skoro Józef posłyszał o tym postanowieniu, zaraz poprosił, aby mógł się rozmówić z wodzem naczelnym sam na sam. Gdy ten wszystkich od siebie oddalił z wyjątkiem syna Tytusa i dwóch jeszcze przyjaciół, Józef ozwał się w te słowa: „Sądzisz, Wespazjanie, że w Józefie ująłeś tylko jeńca, ale ja tu jestem zwiastunem ważnych rzeczy. Gdybym nie był przez Boga posłany, wiedziałbym, co żydowski nakazuje Zakon i jak wodzom umierać wypada. Czy chcesz mnie do Nerona posyłać? Po co? *852 Niedługo już następcy Neronowi będą aż do ciebie przy władzy pozostawali. Ty, Wespazjanie, będziesz Cezarem, ty Imperatorem, ty i twój syn. A teraz każ mnie jeszcze lepiej związać i zachowaj dla siebie samego853. Bo ty, Cezarze, będziesz nie tylko władcą nade mną, ale nad ziemią i morzem, i nad całym rodzajem ludzkim. Sam tedy chcę, byś mnie lepiej strzegł, a potem ukarał, żem ci, na Boga się powołując, plótł słowa niedorzeczne”854. Wespazjan zrazu nie dawał temu wiary i podejrzewał, że Józef uciekł się do tego sposobu, aby się ratować. Powoli jednak przejął się tym, gdyż sam Bóg tchnął w niego myśli o władzy najwyższej, a prócz tego innymi jeszcze znakami855 dawał mu do poznania, iż przyjdzie czas, kiedy berło ujmie. Oprócz tego dowiedział się, że Józef i w innych wypadkach głosił prawdziwe przepowiednie. Ale jeden z obecnych przyjaciół Wespazjana wyraził zdziwienie, że Józef nie przepowiedział ani wzięcia Jotapaty, ani własnego uwięzienia, przeto wszystko, co tu mówi, wydaje mu się czczą gadaniną i ma tylko na celu zjednanie Wespazjana. Na to Józef odparł, iż właśnie obywatelom Jotapaty przepowiedział, jako po czterdziestu siedmiu dniach856 zginą i jako on sam przez Rzymian żywcem będzie ujęty. Wespazjan rozpytał się o to potajemnie więźniów, a gdy ci potwierdzili, zaczął także wierzyć w przepowiednię tyczącą jego osoby. Kazał wprawdzie trzymać jeszcze Józefa w więzach i pod strażą, ale podarował mu wspaniałą szatę i różne kosztowności, a sam odtąd bardzo łaskawie z nim się obchodził, które to zaszczytne obejście głównie da się wpływem Tytusa wytłumaczyć.