VIII

1. Górnego Miasta, leżącego na wzgórzu, nie można było ze względu na jego położenie zdobywać bez wzniesienia wałów. Cezar tedy przeznaczył do tych robót część wojsk, a stało się to dnia dwudziestego miesiąca Loos1325. Sprowadzenie drzewa przedstawiało poważne trudności, ponieważ, jak to już rzekłem, całe zadrzewienie w promieniu stu stajań zostało wycięte i zużyte do budowy poprzednich wałów. Cztery legie wznosiły szańce pod miastem od strony zachodniej, naprzeciwko pałacu królewskiego, natomiast wojska posiłkowe i inne czyniły to w pobliżu Ksystosu, następnie1326 mostu i wieży Szymona, którą ten w walce z Janem obrał sobie1327 za główną ostoję.

2. W owe dni zeszli się potajemnie wodzowie Idumejczyków i odbyli ze sobą naradę w sprawie poddania się Rzymianom. Następnie wysłali do Tytusa pięciu spomiędzy siebie i prosili go o ułaskawienie. Tytus sądził, że jeśli w mieście braknie Idumejczyków, stanowiących poważną część siły zbrojnej powstańców, to może i tyrani na koniec się poddadzą. Po długich wahaniach dał obietnicę ułaskawienia i mężów tych odprawił z powrotem do miasta. Szymon, który to zaraz zwietrzył, kazał natychmiast owych pięciu, co się do Tytusa wyprawiali, zabić, wodzów, między którymi najznakomitszym mężem był Jakub, syn Sozasa, powtrącać do więzienia, Idumejczyków zaś, po stracie wodzów całkiem bezradnych, pilnie strzec, znacznie straże na murach wzmocniwszy. Ale owe straże już wcale nie mogły dać sobie rady z ustawicznym zbiegostwem; choć wielu położono trupem, liczba tych, co uciekła, była jednak znacznie pokaźniejsza. Rzymianie przyjmowali wszystkich, a Tytus w swej dobrotliwości całkiem nie myślał o swych dawnych rozporządzeniach, nawet żołnierze ich nie mordowali, czy że już dość mieli tego przelewu krwi, czy też dla żądzy łupu. Tych, co przybywali w pojedynkę, całkiem na wolność puszczali; innych wraz z żonami i dziećmi sprzedawali w niewolę i to za byle co, ponieważ niewolników było dużo, a kupców mało. Cezar kazał wprawdzie obwieścić, żeby się nikt nie ważył zjawiać sam, bez rodziny; mimo to i takich przyjmował, tylko natychmiast kazał między nimi wybór czynić, a tych wyłączać, co zasłużyli na karę śmierci. Liczba zaprzedanych w niewolę była nieprzebrana, ale spomiędzy obywateli Cezar ułaskawił przeszło czterdzieści tysięcy, każdemu z nich pozwalając oddalić się, dokąd chciał.

3. Także w owe dni kapłan imieniem Jezus, syn Tebuteja1328, gdy mu Cezar za wydanie niektórych świętych klejnotów przysiągł ułaskawienie, przybył i oddał dwa świeczniki, ukryte w murze Przybytku, całkiem podobne do tych, które tam przedtem wystawione były na widok, dalej stoły, czasze, misy, wszystko ciężkie, szczerozłote. Także wydał zasłony, szaty arcykapłańskie z kamieniami i różne inne przedmioty przeznaczone do świętych obrządków. Również skarbnik świątyni, Fineas, gdy go pochwycono, wydał szaty, pasy kapłańskie, dużo purpury i szkarłatu, co trzymano w świątyni dla naprawiania zasłony, znaczny zapas cynamonu1329, kasji1330 i innych kadzideł, które codziennie mieszano i palono na cześć Boga. Wiele jeszcze innych kosztowności i ozdób wydał ów kapłan, za co, choć był pojmany siłą, obchodzono się z nim nie jak z jeńcem, ale jak z dobrowolnym zbiegiem.

4. Po osiemnastu dniach pracy a mianowicie dnia siódmego miesiąca Gorpiajos1331, gdy wały zostały ukończone, Rzymianie podsunęli machiny. Zaraz też powstańcy dość licznie porzucali mur i uważając już miasto za stracone, zbiegali na Akrę, do chodników. Wszelako liczba przeważająca, stanąwszy do szeregu, czyniła wszelkie wysiłki, aby Rzymianom to podsuwanie machin utrudnić. Rzymianie wszelako zmogli ich siłą i liczebnością, może jednak głównie tym, że szli pełni ducha na zgnębionych i wyczerpanych. Zaledwie bowiem część muru została skruszona, a niektóre wieże pod uderzeniami taranów poczęły się chybotać, obrońcy zbiegli, także i tyranów opadł strach, wcale niebezpieczeństwu nie równy. Jeszcze nieprzyjaciel nie był wtargnął przez wyłom, a już się wylękli, już zabierali się do ucieczki. I wtedy zaiste można było widzieć, jak ci do ostatnich chwil pewni siebie pyszałkowie, ci tak chełpliwi ze swych zbrodni, jak spokornieli, jak dygotali, że aż litość brała wobec takiej przemiany losu, choć to byli wierutni łajdacy i żadnej litości niewarci. Myśleli, że może uda się im uderzyć na mur rzymski, przebić się przez straże, wydostać na swobodę. Daremnie się jednak oglądali za wierną drużyną, wszyscy, przyparci nieubłaganą koniecznością, rozbiegli się. Gdy jedni gońcy nadbiegli z wiadomością, że Rzymianie zburzyli już cały mur zachodni, inni, że Rzymianie już wtargnęli do miasta, inni, że Rzymianie ich właśnie szukają i są już w pobliżu, inni wreszcie ze strachu wszystko mylnie widząc, że Rzymianie już obsadzili wieże, padli twarzą na ziemię, biadali nad swoim otumanieniem i jak gdyby im kto poprzerzynał ścięgna1332, ruszyć się z miejsca nie mogli. Tedy w całej pełni okazała się władza Boga nad niecnymi, a także szczęście Rzymian. Tyrani bowiem sami wbrew swemu bezpieczeństwu opuścili wieże i zbiegli w dół, kiedy tych wież żadną siłą nie można by zdobyć, tylko ogłodzeniem załogi. Rzymianie zaś, z takim mozołem zdobywający znacznie słabsze mury, tylko dzięki swemu szczęściu zajęli teraz posterunki, przeciwko którym nie poradziłyby żadne machiny. Albowiem wieże1333, o których mówiliśmy wyżej, byłyby się oparły najpotężniejszym taranom.

5. Skoro powstańcy je opuścili, a raczej skoro z nich przez Boga zostali wypędzeni, natychmiast pobiegli w dolinę poniżej Siloa, a gdy nieco ochłonęli z przestrachu, rzucili się na mur rzymski. Ale już napad ich nie miał w sobie tego wichru, bo i klęski, i znękanie siły ich stargało. Straże odparły ich. Tedy rozbiegli się na wszystkie strony i ukryli się w podziemnych chodnikach. Rzymianie zajęli mur miejski, na wieżach zatknęli godła i przy grzmocie oklasków1334, wśród szału radości zaśpiewali pieśń zwycięstwa, że koniec wojny znacznie ich mniej kosztował mozołu niż początek. Uwierzyć niemal wcale nie mogli, iż tak całkiem bez przelewu krwi ostatni zdobyli mur, nigdzie oczekiwanego wroga nie spostrzegłszy. Z dobytymi mieczami przebiegali następnie ulice, zabijali każdego człowieka w drodze napotkanego; domy, do których kryła się ludność, puszczali z dymem, paląc je razem z zamkniętymi w nich mieszkańcami. Grabili i burzyli, ale gdy niekiedy za łupem wpadali do domów, spostrzegali całe rodziny wymarłe z głodu, dachy zawalone zwłokami, a widok ten takim przejmował ich obrzydzeniem, że z pustymi rękami uciekali. Litość czując dla umarłych, bynajmniej nie przepuszczali żywym, kładli trupem każdego, kto się im nawinął, spiętrzyli w ulicach stosy zwłok, całe miasto zbluzgali krwią, że w różnych miejscach posoka ludzka pogasiła pożary. Nad wieczorem zaprzestali rzezi. Ale pożoga szerzyła się przez noc całą, a gdy wstał dzień ósmy miesiąca Gorpiajos1335, już tylko dymiły szczątki Jerozolimy, owego miasta, które w ciągu tego oblężenia tyle doznało klęsk, że gdyby w ciągu całego swego istnienia bodaj tyle szczęścia zaznało, godne byłoby powszechnej zazdrości. A zaiste niczym nie zasłużyło sobie na tak okropny koniec, jeno chyba tym, że wydało z siebie pokolenie, które na nie taki sprowadziło pogrom.