VIII

1. Po śmierci Bassusa objął zarząd nad Judeą Flawiusz Silwa1410, a znalazł cały kraj uspokojony z wyjątkiem jednej twierdzy, która się nie była poddała, tedy zaraz z całą siłą, jaką rozporządzał, przeciwko niej ruszył. Twierdza ta zwała się Masada1411. Obsadzili ją sykariusze1412, a przewodził im wielce wpływowy mąż imieniem Eleazar1413, potomek owego Judy, który, jak to już wyżej mówiłem1414, kiedy Kwiryniusz kazał sporządzać spis ludności, wielu Żydów podmówił, aby się temu sprzeciwili. I teraz sykariusze sprzysięgli się przeciw wszystkim, którzy poddali się Rzymianom, wszędzie takich za otwartych swoich wrogów traktowali, napadali na nich, porywali im dobytek, a domostwa ich puszczali z dymem. Nie ma bowiem różnicy, powiadali, pomiędzy nieprzyjaciółmi a takimi Żydami, co to zrzekłszy się wolności, o którą zażarte toczyły się boje, dobrowolnie pod rzymskie poszli jarzmo. Ale mowy te były jedynie marną pokrywką ich chciwości i okrucieństwa, a czyny ich najlepiej dowodziły, czym właściwie byli. Owi Żydzi bowiem razem z nimi należeli do powstania, razem wojnę przeciwko Rzymianom toczyli *1415 ale im jednak sykariusze srożej od Rzymian dali się we znaki; kiedy zaś sykariuszom całe kłamstwo wykazywali, ci za tę prawdę jeszcze się srożej nad nimi znęcali. W owym czasie w ogóle między Żydami krzewiły się przeróżne zbrodnie, żadnego nie pominięto przestępstwa, a gdyby ktoś chciał rozumem swoim jeszcze jakieś wymyślić, nie zdołałby na pewno tego uczynić. Zarówno życie osobnika, jak i życie ogółu ciężko niedomagało, ludzie prześcigali się po prostu w uczynkach bezbożnych względem Boga i niesprawiedliwościach względem bliźniego. Możni uciskali tłum, a tłum znowu godził w możnych. Ci dążyli do tyraństwa, tamci do gwałtów i rabunku bogatych. Ale ów szał czynienia krzywdy i pastwienia się okrutnego nad współobywatelem, to właśnie wyszło było jedynie od sykariuszy. Ludzie ci prześladowanym przez siebie jednostkom żadnej słownej nie oszczędzili zniewagi, a w dziedzinie czynu ani jednego zamachu na ich istnienie. Ale i oni wydali się ludźmi umiarkowanymi wobec takiego Jana. Ten bowiem nie tylko mordował tych, co mu u boku stanęli z radą sprawiedliwą i pożyteczną, nie tylko obchodził się z nimi, jak można by się jedynie obchodzić z najbardziej niebezpiecznym nieprzyjacielem, ale w dodatku całą ojczyznę wtrącił w otchłań zguby, co mógł tylko uczynić człowiek, który podniósł bunt przeciw samemu Bogu. Na jego stole zawsze można było widzieć zabronione potrawy, całkiem nie dbał o przepisy tyczące oczyszczeń, nic też dziwnego, że podeptał wszystkie prawa bliźnich i ojczyzny, skoro podeptał prawa samego Boga. A czyż lepszy był Szymon, syn Giory? Czyż oszczędził jakich gwałtów wolnym Żydom, on, który im zawdzięczał swoje jako tyrana stanowisko? Czyż węzły przyjaźni albo węzły krwi nie kusiły go dzień w dzień do tym zapamiętalszych mordów? Skrzywdzić obcego wydawało się im już tylko czymś zwykłym, całkiem powszednim w kraju grzeszkiem, ale czynem dopiero w całym znaczeniu świetnym było błysnąć okrucieństwem względem osób bliskich. Dołączyło się do tego jeszcze szaleństwo Idumejczyków, którzy z tamtymi iść chcieli o lepsze. Nędznicy ci pomordowali arcykapłanów, ażeby już z bojaźni bożej ślad nawet nie został; wniwecz też obrócili cały porządek publiczny i doprowadzili wszystko do owego ostatecznego zamętu, w jakim mógł już jedynie kwitnąć ów ród gorliwców, których postępki całkowicie znaczenie tej nazwy usprawiedliwiły; albowiem każdą zbrodnię starali się gorliwie naśladować i jedynie o to gorąco dbali, aby nie pominąć jakiego przestępstwa, o którym pamięć ludzka nie słyszała. Wobec siebie wprawdzie nazwę tę tak wykładali, że są gorliwi w spełnianiu dobrych uczynków i da się to chyba w ten sposób pojąć, że albo okrutnicy ci tę nazwę jako szyderstwo od pokrzywdzonych dostali, albo też istotnie zbrodnie poczytywali za sprawiedliwe uczynki. Toteż każdy z nich tak skończył, jak na to w zupełności zasługiwał, a wszystkich Bóg należycie pokarał. Katusze, jakie tylko zdolna znieść natura ludzka, były im zadawane, a nawet męka ostatnia, śmierć, we wszelaki sposób urozmaicona. Mimo to rzec można, że ludzie ci mniej wycierpieli, niż innym cierpień zadali, bo zadośćuczynienie w pełnej mierze było po prostu niemożliwe. Tych, którzy padli ofiarą własnych okrucieństw swoich, żałować tutaj nie wydałoby mi się rzeczą godziwą; dlatego powracam do tej reszty mojej opowieści, jaka mi jeszcze pozostała.

2. Tedy na Eleazara i siedzących z nim w Masadzie sykariuszy wyruszył wódz rzymski na czele swojej potęgi, całą okolicę bez trudu zajął, w miejscach stosownych załogi zostawił, żeby zaś nikt nie mógł mu ujść z twierdzy, obwiódł ją dokoła murem, a na murze porozstawiał straże. Następnie obrał na obóz takie miejsce, które najbardziej sprzyjało rozwinięciu ruchów oblężniczych, a mianowicie tam, gdzie skała, na której stała twierdza, łączyła się z pobliską górą, aczkolwiek wskutek tego dowóz żywności połączony był z niezmiernymi trudnościami; a nie tylko żywność z niemałym mozołem i z bardzo daleka wyznaczeni do tego Żydzi musieli do obozu rzymskiego sprowadzać, ale także wodę, albowiem w pobliżu nie było żadnego źródła. Po dokonaniu tych przygotowań Silwa przystąpił już do robót oblężniczych, które wymagały wielkiej sztuki i wielkiego mozołu ze względu na siłę twierdzy, której położenie od przyrody dane było takie:

3. Skałę ogromną, na wysokość i na obwód, ze wszystkich stron okrążały głębokie wąwozy, których dna wcale oko nie sięgało, kędy ni człowiek, ni zwierzę po stromych zboczach przedrzeć się nie może, z wyjątkiem dwóch miejsc, gdzie dostęp, trudny wprawdzie, wszelako istniał. Jedna z tych ścieżek wiodła na wschód od Jeziora Asfaltowego, a druga, łatwiejsza, na zachód. Pierwszą zwano Żmiją1416, że była nader wąska i kręta. Załamując się bowiem wśród występów skalnych, zawracała kilkakrotnie i znów się naprzód wyciągała, bardzo wolno do celu prowadząc. Kto sunął po tej ścieżce, musiał każdy krok pewną stawiać nogą, bo jeżeli się tylko pośliznął, natenczas był zgubiony. Albowiem po obu stronach ziały przerażające głębiny, które ludziom najbardziej przytomnym całkiem odbierały odwagę. Gdy się tak uszło stajań trzydzieści, nagle ukazywał się szczyt, ale bynajmniej nie wyniosły, jeno w płaszczyznę ścięty. Pierwszym, który tu twierdzę zbudował, był arcykapłan Jonates1417; nazwał ją Masadą1418. Po nim król Herod bardzo się starał, aby tę twierdzę do należytego doprowadzić stanu. Cały szczyt, mający obwodu siedem stajań, otoczył murem z białego kamienia wysokości dwunastu łokci, a szerokości ośmiu łokci, także wzniósł trzydzieści siedem wież, z których każda miała po pięćdziesiąt łokci wysokości. Z wież tych był wprost dostęp do komnat pobudowanych wzdłuż wewnętrznej strony muru. Płaszczyznę samego szczytu król zostawił pod uprawę, ponieważ posiadała ziemię tłustą, daleko bardziej płodną niż wszelka gleba na równinie, a uczynił to w tym celu, aby w razie oblężenia, gdy wyczerpią się zapasy, nie cierpieli niedostatku ludzie, co tu za murami szukaliby ratunku. Także od strony zachodniej zbudował pałac poniżej muru obwodowego, którego strona licowa zwrócona była na północ. Pałac był obwiedziony murem bardzo wysokim i tęgim, a także posiadał cztery wieże w narożnikach, każda po sześćdziesiąt łokci wysokości. Wnętrze komnat, krużganki, łaźnie rozmaitym wyposażone przepychem, każda kolumna ciosana z jednego głazu, ściany i posadzki w komnatach barwnymi kamieniami wykładane. Koło każdego gmachu w górze i wokół pałacu niżej, a także przy murach kazał wykuć w skałach liczne i głębokie zbiorniki, aby załoga w taki dostatek wody była zaopatrzona, jaki zazwyczaj tylko źródła mogły dostarczać. Z pałacu na szczyt wiodła ukryta, kuta w skale droga. Ale i z tych ścieżek, choć dla oka niezakrytych, trudno było nieprzyjacielowi skorzystać; wschodnia, bardziej przez naturę niebezpieczeństwami otoczona, jak to opisaliśmy, zachodnią zaś król w miejscu najwęższym zaparł wieżą ogromną, oddaloną od właściwej warowni nie mniej jak o tysiąc łokci, a wieży tej ani nie można było obejść, ani też tak łatwo zdobyć; nawet dla swoich dostęp był wielce utrudniony. Oto jak natura i sztuka łącznymi środkami swymi twierdzę ową przed napadami nieprzyjacielskimi zabezpieczyły.

4. Od owych obwarowań większy jeszcze podziw budziły wszelkie zapasy, jakie tu nagromadzono, i czas, jaki je przechowywano. Ogromna ilość zboża na długie czasy starczyć mająca, wino, oliwa, różny owoc strączkowy, daktyle, wszystkiego zapasy nieprzebrane. Kiedy Eleazar do spółki z sykariuszami mocą podstępu wziął tę twierdzę w posiadanie, znalazł wszystkie zapasy całkiem świeże i niezepsute. A jednak od czasu, kiedy te spichlerze napełniono, do zdobycia twierdzy przez Rzymian upłynęło niemal sto lat. Ale i Rzymianie pozostawione zapasy znaleźli w całkiem dobrym stanie. Jako istotny powód, że żywność tam tak długo dało się przechowywać, uważać należy jedynie chyba powietrze, które z powodu znacznego wyniesienia twierdzy wolne było od wyziewów, trzymających się zawsze bliżej ziemi. Zbrojownia posiadała narzędzia wojennego na dziesięć tysięcy ludzi; prócz tego było tam dużo gotowego żelaza, miedzi, ołowiu. Takie wyposażenie twierdzy miało swoje ważne powody. Powiadają, że Herod zbudował tę warownię jako schronisko dla siebie samego wobec niebezpieczeństw zagrażających mu z dwóch stron, ze strony ludu żydowskiego, gdyż się obawiał, że go strąci, a na tron dawną wprowadzi dynastię, oraz ze strony egipskiej królowej Kleopatry. Ta bowiem, wcale nie kryjąc się ze swymi zamiarami, raz po raz prosiła Antoniusza, aby kazał Heroda zgładzić i dał jej królestwo żydowskie podarunku. Dziwić się zaiste należy, że Antoniusz, którego owa zabójcza miłość zamieniła w prawdziwego niewolnika, nie uległ jej prośbom, czego z dnia na dzień oczekiwano. Oto jakie obawy skłoniły Heroda do umocnienia Masady, czym sprawił, że w wojnie z Żydami Rzymianie musieli się tutaj spotkać z ostatnim oporem.

5. Kiedy wódz rzymski, jak to już wyżej zaznaczyłem, całą warownię murem opasał i wszystko najstaranniej zarządził, aby nikt mu zbiec nie mógł, rozpoczął oblężenie, aczkolwiek jedno tylko znalazł miejsce, gdzie można było zbudować nasyp. Za wieżą, która strzegła od zachodu drogi wiodącej do pałacu i na szczyt góry, piętrzyła się skała nader szeroka i wyniosła1419, ale od Masady o trzysta łokci niższa. Zwano ją Leuką1420. Silwa kazał ją obsadzić i dostarczać na górę gruz. Liczne ręce żołnierskie, pracując zawzięcie, zbudowały tu niebawem nasyp wysokości dwustu1421 łokci. Zdawało się jednak, że nasyp ten jeszcze nie jest dostatecznie mocny i wysoki, aby można było na nim bezpiecznie ustawić machiny; dlatego dźwignięto na niej jeszcze z ogromnych głazów zrąb1422, mający na wysokość i na szerokość łokci pięćdziesiąt. Machiny zbudowano na sposób tych, jakie do celów oblężniczych obmyślił najpierw Wespazjan, potem Tytus. Prócz tego wzniesiono jeszcze wieżę wysokości sześćdziesięciu łokci, całkiem opancerzoną żelazem, z której Rzymianie, miotając pociski za pomocą skorpionów i balist, spędzili z muru twierdzy żydowskich obrońców i ani się im nawet wychylić więcej nie dali. Silwa kazał też sporządzić olbrzymi taran i tłuc nim mur bez przestanku, a chociaż zdawało się, że mur ten nigdy nie ustąpi, przecież w końcu powstał wyłom. Ale sykariusze w lot zbudowali od wewnątrz drugi mur, który już podobnego szwanku od taranu ponieść nie miał. Umyślili mu dać z zewnątrz miękką powłokę, osłabiającą siłę uderzeń srogiej machiny, i uczynili tedy rzecz następującą. Ułożyli przed murem belki na belkach, łącząc ich końce ze sobą mocno. W dwa rzędy ułożyli te belki, odległe od siebie na szerokość, jaką miał sam mur, a środek wypełnili gruzem1423; żeby zaś w miarę podwyższania tej osłony ziemia się nie przesypywała, belki leżące wzmocnili belkami poprzecznymi, skutkiem czego cała budowa przypominała jakieś domostwo. Uderzenia taranów, w miękką trafiając powierzchnię, całkiem siłę swoją traciły, a nawet dzięki tym uderzeniom cały wał się osadzał i na oporności zyskiwał. Zaledwie Silwa to spostrzegł, osądził, że chyba ogień będzie skuteczniejszy na tę budowę; kazał tedy żołnierzom miotnąć tam wielką ilość gorejących głowni. Ponieważ w budowie owej osłony przeważało drzewo, tedy wnet chwyciły się jej płomienie i całe to lekkie rusztowanie niebawem od dołu do góry stanęło w ogniu. Ale właśnie zerwał się wiatr od północy i oto powstało poważne niebezpieczeństwo dla samych Rzymian, bo wiatr gnał płomienie od twierdzy na Rzymian, ogień zagrażał ich machinom, rozpacz ich ogarniała. Ale wtem wiatr się obrócił, uderzył od południa niby na zrządzenie Opatrzności, zadął jeszcze gwałtowniej i poniósł płomienie na mur, który też od dołu do góry rozgorzał. Rzymianie postrzegli z radością, że Bóg ich wspiera, wrócili do obozu i postanowili nazajutrz przypuścić szturm na nieprzyjaciela, przez noc zaś pilnie rozstawiali placówki, aby im nikt z twierdzy ujść nie mógł.

6. Ale Eleazar wcale nie myślał o ucieczce, ani też nie byłby nikomu pozwolił uciekać. Widząc, że ogień całkiem mur zniszczył, że już nic nowego nie wymyśli na obronę twierdzy, uprzytomniwszy sobie, jak się będą Rzymianie obchodzili z żonami i dziećmi Żydów, jeśli je w swoje dostaną ręce, doszedł do wniosku, że wszyscy bez wyjątku powinni umrzeć, nic im innego nie pozostawało w położeniu, w jakim się znaleźli. Zgromadził tedy koło siebie towarzyszów swoich, a ludzi najmężniejszego serca i w sposób następujący starał się ich zagrzać do tej ostateczności: „Od dawna to, dzielni mężowie, zapadło wśród nas postanowienie, że nie będziemy słuchali ani Rzymian, ani nikogo prócz Boga, bo to jedyny prawy i sprawiedliwy pan człowieka, i oto nastała chwila, kiedy tą wzniosłą zasadę trzeba potwierdzić czynem. Jeżeli przedtem nie chcieliśmy ścierpieć niewoli, żadnym nawet szczególnym nie grożącej nam niebezpieczeństwem, nie ściągajmy teraz na siebie tej hańby, abyśmy żywcem w ręce Rzymian mieli się oddawać, dobrowolnie na najokropniejsze idąc męki, które nas tam na pewno czekają. Pierwsi porwaliśmy za oręż do boju z Rzymianami, ostatni też jesteśmy, co z nimi bój ów toczą. Poczytuję to właśnie za szczególną łaskę Bożą, że daje nam zginąć w sposób bohaterski jako wolnym ludziom, kiedy inni, z nagła napadnięci, tak zaszczytnej śmierci nie mieli. Wiemy z całą pewnością, że jutro musielibyśmy wpaść w ręce wroga, ale pozostała nam wolna wola zginąć razem z tymi, których kochamy. I temu wróg nasz żadną miarą przeszkodzić nie jest w stanie, on, który by tak bardzo pragnął wszystkich nas pojmać żywcem. W boju już mu rady nie damy. Może w samych początkach, kiedy nasze dążenia wolnościowe z takim oporem rodaków naszych się spotkały, a z jeszcze większym oporem ze strony Rzymian, może wtedy należało pomiarkować się, że to wola Boga, który postanowił lud żydowski, tak ongi przez niego umiłowany, wydać na zatratę. Bo gdyby był nam w dalszym ciągu sprzyjał, chociażby lekko na nas zagniewany, czyż byłby dopuścił, aby takie mnóstwo ludu ginęło, czyż patrzyłby spokojnie, jak płonie jego świątynia, jak wróg w perzynę obraca stolicę naszą? Czyż podlegamy złudzie, że my jedni z całego narodu żydowskiego ujdziemy zagłady, jak gdybyśmy nigdy przeciwko Bogu nie zgrzeszyli, w niczym nie uczestniczyli *1424 my, innych pouczający? Patrzajcie, jak Bóg znikome nasze nadzieje rozwiał, klęski za klęskami na nas zsyłając. Ani nam nadzwyczajna odporność tej twierdzy ratunku nie zapewniła; oto mnóstwo żywności, oto składy broni, a Bóg wszelkie drogi jednak zagrodził. To nie był czczy przypadek, że wicher ogień ów, zrazu na Rzymian wiejący, prosto obrócił na mur przez nas dźwignięty, ale sprawił to gniew Boży za wszystkie niecne uczynki, którymi skrzywdziliśmy rodaków. Za to wszystko jednak niechaj nie wróg śmiertelny, ale sam Bóg własną ręką naszą wymierzy nam karę; niechaj żony nasze giną, nie zaznawszy hańby, a dzieci nasze umierają, nie zaznawszy goryczy niewoli. A potem sami sobie wzajem tę przyjacielską wyświadczmy usługę i oto grobem naszym stanie się ta wolność, której do ostatniego tchu byliśmy wierni. Ale pierwej cały nasz dobytek i cała twierdza z ogniem pójdzie. Wiem, jaki gniew ogarnie Rzymian, że nas nie przychwycą, że im bogaty łup odpadnie. Zostawmy im tylko żywność; niechaj ona o nas umarłych świadczy, że jako zawsze, tak i teraz wybraliśmy śmierć zamiast niewoli”.

7. Tak mówił Eleazar. Ale te słowa jego bynajmniej do umysłu wszystkich nie trafiły. Jedni wprawdzie z zapałem gotowali się na śmierć, która wedle nich jedynym godziwym końcem tego wszystkiego być miała, natomiast ludziom łagodniejszego usposobienia serce się krajało na myśl, jakiemu losowi ulec mają żony, dzieci, wreszcie oni sami. Tedy ze łzami poglądali po sobie, okazując, że się nie mogą zgodzić na tak okropną ostateczność. Kiedy Eleazar zobaczył ich przygnębienie, kiedy spostrzegł, jak ich wyląkł ogrom tego, co im radził, kiedy się łudzić nie mógł, że odwaga ich zupełnie złamana, wtedy obawiając się, że ich biadania i łzy skruszą serca także tych, którzy słów jego mężnie wysłuchali, ponownie zabrał głos, aby przecież zapał jakiś w nich tchnąć, postać jego stała się wyniosła, ogarnęło go jakby natchnienie i w świetnych słowach zwracając się do tych ludzi zapłakanych, wielkim głosem począł im wykładać, co to jest nieśmiertelność duszy: „Srodze się omyliłem — powiadał — mniemając, że rozpocząłem walkę o wolność z mężami dzielnymi, którzy pięknie żyć i pięknie umrzeć postanowili. Odwaga wasza, męstwo wasze niczym się nie różni od odwagi i męstwa pierwszego lepszego prostaka, skoro nawet wtedy lęk was przed śmiercią ogarnia, kiedy ta śmierć z najsroższej wybawić ma niedoli, kiedy śmiało i bez jakiegokolwiek wezwania powinniście iść na nią. Toż od pierwszej chwili, gdy myśl jakaś w dziecięciu się budziła, wpajano wam to z dziada na ojca podawane słowo Boże, które przodkowie nasi mową i czynem potwierdzali, że nieszczęściem dla człowieka jest właśnie żywot, a nie zgon. Bo zgon zwraca wolność duszom, on im drogę otwiera do tej prawdziwej i czystej ojczyzny każdego, gdzie już żadne cierpienie oka nie zamroczy, że tę duszę za umarłą raczej uważać należy, póki spętana jest w znikomym ciele i jego obrzydliwościami plamiona. Śmiertelność i nieśmiertelność to związek bezrozumny! Wiele wprawdzie zdolna zdziałać dusza nawet w ciele więziona; czyni to ciało podatnym narzędziem swej woli, rządzi nim niewidzialnie i do takich podżega czynów, które to ciało wynoszą ponad jego własną znikomość. Ale dopiero wtedy, gdy się uwolni od ciężaru, co ją w dół ku ziemi ściąga, dopiero wtedy do swej prawdziwej siedziby wzbić się może, wtedy dopiero osiąga błogosławioną moc swoją, potęgę we wszystkich kierunkach, niewidoczną dla oka ludzkiego, a staje się jako sam Bóg. I to prawda, że póki przebywa w ciele, także jest dla oka nieuchwytna; zjawia się niewidzialna i odchodzi niewidzialna, a chociaż sama nigdy niezmienna, przecież wszystkich przeobrażeń w ciele ludzkim jedyną jest przyczyną. Czego się tknie, to żyje, to rośnie; od czego się odwróci, to więdnie, zamiera; taką to siłę posiada jej nieśmiertelność. Najlepszym dowodem na poparcie prawdziwości tych słów jest sen, w czasie którego dusze przez ciała nieudręczane, najsłodszego zażywają spoczynku, z Bogiem obcują, one, pokrewne mu, wszędzie się unoszą i wielu przyszłych zdarzeń jasnowidzenie mają. Jakżeż się tedy będzie bał człowiek śmierci, on, kochający spokojność dawaną mu przez sen? Nie byłby ten całkiem już bezrozumny, co dążąc do wolności ziemskiej pogardzałby wolnością wieczną? Przez samo wychowanie z domu wyniesione winniśmy innym służyć za wzór gotowości do śmierci; ale jeśli takiego wzoru szukać by trzeba u obcych, to patrzmy na Indów, poświęcających się ćwiczeniu mądrości. Zacni ci ludzie za nieznośny ciężar życie uważają, za dług płacony naturze i radują się, kiedy dusza cielesnych pozbywa się więzów, a radują się nawet wtedy, gdy żadnych nie zaznali cierpień i dolegliwości; za życiem wiecznym stęsknieni, obwieszczają przyjaciołom, że odchodzą z ziemi; nikt im żadnych nie stawia przeszkód, każdy ich tylko błogosławi i do krewnych zlecenia daje. Oto jak silnie i szczerze wierzą w dusz obcowanie. Przyjąwszy te zlecenia, oddają ciało swoje na pożarcie przez ogień, aby dusza je opuściła w stanie możliwej czystości, i umierają wśród pienia hymnów. Z mniej lekkim sercem ludzie gdzie indziej przyjaciół w daleką udających się podróż żegnają, jak oni tam swoich błogosławią na śmierć, nad sobą jedynie łzy roniąc, a nad losem ich unosząc się, albowiem już wstąpili między nieśmiertelnych. Nie wstydże nam, iż się do tak wzniosłego sposobu myślenia owych Indów wzbić nie możemy, że wskutek zniewieściałości nikczemnie ojczysty hańbimy Zakon, którego nam wszystkie zazdroszczą ludy? Ale choćby nam nawet z dawna wręcz inną zasadę wszczepiano, że największym dobrem człowieka jest życie, a klęską największą śmierć, to chwila obecna i tak kazałaby znieść ją mężnie; wymaga tego Bóg, wymaga tego konieczność. Dawno już bowiem, jak sądzę, taki wyrok Bóg na cały naród żydowski wydał; zginąć mamy, ponieważ on odwrócił od nas oblicze swoje. Nie siebie wińcie, nie Rzymian, że wojna przeciw nim wszczęta wszystkich nas strąca do otchłani zguby. To nie rzymska sprawiła potęga, to jakaś wyższa uczyniła moc, a im tylko pozory zwycięzców przypadły. Czyż to rzymski oręż w Cezarei Żydów poraził? Wcale o żadnym powstaniu nie myśleli, szabat właśnie święcili, kiedy nagle runął na nich tłum Cezarejczyków, bezbronnych z żonami, dziećmi, wyrżnął, wcale się nawet Rzymian nie obawiając, którzy tylko zbuntowanych, jako my jesteśmy, za nieprzyjaciół swoich ogłosili. Ale powie kto, Cezarejczycy żyli zawsze z naszymi w niezgodzie i tylko sposobności szukali, aby dać upust zadawnionej nienawiści. A cóż tedy powiecie o Żydach ze Scytopolis? Z przyjaźni dla Greków na nas z orężem wpadli, zamiast żeby z nami, ludźmi jednej krwi, na Rzymian się rzucić. Ale srogie zebrali owoce tej przyjaźni i tej względem Greków wierności. Wyrżnięto ich z rodzinami bez żadnego miłosierdzia. Oto zapłata, jaką otrzymali. Czego nie chcieli, aby Grecy od nas ucierpieli, to właśnie Grecy wyrządzali im, jak gdyby to oni na Greków szli. Za wiele byłoby jednak teraz mówić o tym wszystkim. Wszak jest wam wiadomo, że w Syrii nie ma takiego miasta, które nie byłoby wymordowało swoich żydowskich współobywateli, bardziej wrogo niż Rzymianie przeciw nim występując. Niechaj tu wspomnę samych Damasceńczyków, którzy bez najmniejszego powodu miasto swoje okropną splugawili rzezią, wymordowawszy osiemnaście tysięcy Żydów z żonami i dziećmi. Dochodzą nas wieści, że w Egipcie około sześćdziesięciu tysięcy Żydów haniebną zginęło śmiercią. Marnie w obcej padli ziemi, bezbronni wobec silnych nieprzyjaciół; lecz patrzajcie, my na swojej własnej ziemi wojnę z Rzymianami tocząc, wszystkie zadatki zwycięstwa posiadając, czyż nie ulegamy? Był oręż, były mury warowne i twierdze niedostępne były, odwaga była, na wszystkie niebezpieczeństwa boju o wolność porywająca się i oto cały naród rzucił się mężnie do powstania. Wszystko to jednak zaledwie krótki czas upajało nasze umysły i szalonymi zapaliwszy nadziejami, wtrąciło nas w jeszcze większą niż przedtem niedolę. Twierdze za twierdzami w ręce wroga wpadały, jak gdyby tylko po to zostały wydźwignięte, aby zwycięstwo wroga świetniejszym uczynić, a nam, cośmy je zbudowali, żadnego nie dać ratunku. Błogosławiony jeszcze los tych, co w boju legli; padli na pobojowisku, broniąc wolności, nie zdradziwszy jej; ale któż nie zapłacze nad losem tego mnóstwa, co zostało do niewoli przez Rzymian powleczone? I któż by nie wolał umrzeć celem uniknięcia takich męczarń? Oto jednych zakatowano, ciało ogniem i chłostą poszarpawszy; oto drugich, na pół przez dzikie zwierzęta zamęczonych, chowano na drugą dla nich biesiadę, byle tłum nieprzyjaciół zabawę miał i uśmiać się mógł. Ale najnieszczęśliwsi spomiędzy wszystkich ci, którzy jeszcze przy życiu zostali, którzy tylokrotnie zaklinali śmierć, by po nich przyszła, tylokrotnie, a nadaremnie! Gdzież jest to wielkie miasto, gdzież jest całego plemienia żydowskiego stolica, tyloma obwiedziona murami, przez tyle twierdz i wież strzeżona, niemogąca prawie pomieścić w sobie tej ilości nagromadzonego narzędzia wojennego, a dla obrony swojej mająca setki tysięcy ludu? Gdzież podziało się to miasto, w którym sam Bóg zamieszkał? Oto zburzone zostało do fundamentów, a jedynym po nim wspomnieniem to ów na jego zwaliskach rozbity obóz nieprzyjacielski! W popiołach jego czuwa kilku nieszczęsnych, żebrakom dziś równych starców, wśród rozwalin jego garść kobiet się boczy1425, trzymana dla zaspakajania chuci żołnierza nieprzyjacielskiego. Kto sobie wszystko to postawi przed oczy, jakże spojrzy jeszcze na światło dnia, choćby mu nawet żywot spokojny się uśmiechał? Gdzie jest ten wróg ojczyzny, gdzie jest tak niemęski i małoduszny człowiek, który by nie przeklął ziemi, że go dotąd nosi? Bodajbyśmy byli wszyscy pierwej pomarli, zanim ręka nieprzyjacielska zburzyła święte miasto, zanim tak niecnie święty nasz Przybytek w perzynę obróciła! Jednak nas przecie jedna, a szlachetna ożywiała nadzieja, nadzieja wywarcia rychłej zemsty na nieprzyjacielu; ale gdy i te nadzieje spełzły na niczym, gdy my już bez sił, a przed nami nieubłagana konieczność, umierajmy zaszczytnie, a prędzej! Litujmy się nad sobą, nad żonami, nad dziećmi, dopóki jeszcze jesteśmy panami bodaj naszego miłosierdzia. Porodziliśmy się na śmierć i na śmierć spłodziliśmy potomstwo nasze, a przed tą śmiercią najszczęśliwszy nie ujdzie. Ale hańba, ale niewola, ale patrzeć jak nam kobiety porywać będą na zbezczeszczenie, dzieci za nimi włócząc, do tego żadna konieczność natury człowieka nie jest w stanie zmusić, chyba że ów tchórz nieumiejący umierać! Myśmy powstali przeciwko Rzymianom w dumnym poczuciu swego męstwa i jeszcze niedawno odrzucaliśmy ich rękami ofiarowany nam ratunek. Któż nie wie, jakby się tam nad nami pastwić chcieli, gdyby nas tylko zdołali żywcem pochwycić? Biada tym młodzieńcom, których krzepkie ciała wiele wycierpieć zdolne! Biada starcom, których zgrzybiały wiek giąłby się pod tymi okrucieństwami! Na oczach waszych będą wam żony gwałcili, leżąc z rękami związanymi, będziecie słyszeli krzyk dziecka wołającego do ojca o ratunek! Ale póki te ręce niezwiązane, póki dzierżą jeszcze miecz, piękną nam posługą posłużą! Umrzemy przez wroga nieujarzmieni, rzucimy to życie z żonami, z dziećmi, jako ludzie wolni! To Zakon nam każe, o to nas żony i dzieci błagają, taką konieczność stawił przed nami Bóg i jeden tylko Rzymianin innego chciałby końca, on jeden boi się, by który z nas nie wyzionął ducha przed twierdzy zdobyciem. Spieszmy się, abyśmy im zostawili zamiast rozkoszy pojmania nas do niewoli — przerażenie i podziw!”