Rauda

Czy ci co brakło? czy ci źle było?

Po coś nas, bracie, porzucił?

Czy głodno w domu, z nami niemiło?

Czyli121 cię z nas kto zasmucił?

Czyś nie miał w źwierza bogatych lasów?

Nie miał oszczepu na łowy?

Czyś nie miał w twojéj chacie zapasów?

Czyś nie miał złożyć gdzie głowy?

Czyśmy cię, bracie, nie dość kochali?

Czyliś niewierną miał żonę?

Czy dzieci twoje cię nie słuchali,

Żeś uciekł w daleką stronę?

Po cóżeś, po co samych zostawił?

Po coś nas, bracie, porzucił?

Matce i żonie serce zakrwawił,

Braci i siostry zasmucił?

Rauda II. Wejdalota

Poszedł, gdzie cienie ojców wołały,

Na wieczności góry wschodnie,

Puszczać na Jodsów122 zatrute strzały,

Pić z ojcami alus123 biały,

Źwierza uganiać swobodnie.

Rzucam ci na stos rysie pazury,

Jastrzębie i orle szpony.

Niemi się wdrapiesz na strome góry,

Przejdziesz przepaści, przebijesz chmury,

Wejdziesz w kraj ci przeznaczony.

Rauda III. Tilussoni i Lingussoni

Widzim ducha — na wschód leci;

Dziarski pod nim koń;

Na nim zbroja srébrna świeci;

W złotym hełmie skroń.

Już po płaskiéj drodze ściga

Przez nieba na wschód;

W każdym ręku trzy gwiazd dźwiga,

Które z nieba zmiótł.

Na ramienia sokoł siada,

I pies bieży w ślad,

I przyjaciół z nim gromada

W wschodni lecą świat.

Za nim ojców cienie płyną,

Gwiazdy świecą z gór —

Lecą, lecą, lecą, giną

W złotym płaszczu chmur.

Rauda IV. Lingussoni

Nie płaczcie po nim — tam kraj swobody,

Tam ojców naszych świat;

Tam wiecznie silny, na wieki młody,

Nie przeżyje swych lat.

Nie płaczcie za nim — jemu tam lepiéj:

Bo Lachów nié ma tam;

Rusin i Niemiec go nie zaczepi;

Ze swemi będzie sam.

Z cieniami ojców, z Kunkietojami124

Jodsy tam będzie gnał;

Będzie miał dzikich źwierząt stadami,

Sto łuków, tysiąc strzał.

Będzie pił alus125 żubrów rogami;

Cienie wrogów będzie bił;

Siędzie do uczty wielkiéj z Murgami126

Będzie jadł, strzelał i pił.

Rauda V. Wejdalota

Duch jego już się na Anafiel127 drapie

Po śliskiéj drodze szponami jastrzębia,

Pazury wilcze i rysie zagłębia,

A koń drży, parska i chrapie.

Na próżno Wiżun128 wygląda z pieczary,

Z paszczą otwartą patrzy na rycerza.

On w górę patrzy, nie widzi poczwary,

W górę on patrzy i zmierza.

Oto już wdarł się, psy za nim i sługi,

I sokoł leci, i trzy gwiazdy świecą,

I orszak cieniów wlecze się z nim długi

Wszyscy razem na wschód lecą.


Słuchając pieśni, płakali przytomni129;

A płomień, coraz wyżéj wznosząc głowę.

Konia, i trupa, i psy, i sokoły,

Gęstemi sploty dokoła otaczał;

Potém, gdy wiater na dół go odrzucił,

Czarne na stosie skwarczyły się ciała,

Których już nawet przyjaciela oko

I serce matki rozpoznać nie mogło.

A niewolnicy, wyciągając ręce,

Jęcząc boleśnie, rzucali się z stosu

Ku swoim żonóm130, co biedne płakały,

Ku dziecióm, które na nich zawołały,

Ku bracióm tęsknie patrzącym za niemi;

I koń się zrywał na pasze zielone

W stepy i lasy do rżącego stada;

Psy wyły smutnie za braćmi ogary,

Brzęcząc łańcuchem, co je w ogniu więził;

I sokoł próżno skrzydły wzniesionemi

W chmury chciał lecieć z ptaki krążącemi.

Wszystko płonęło, aż Romoisa ciało

Wkrótce się w zgliszcze i popiół zmięszało131,

I z niemi razem tocząc się na ziemię,

Nierozpoznane sprzed oczu zniknęło.

I było słychać tylko ognia głosy,

To syk, to chrzęsty, to główni trzaskanie;

Czarny dym wlókł się głęboko w dolinie;

Stos obalony słał się węgla kupą

I gasł powoli.

Wówczas przyjaciele

Poszli i kości szukali w popiele;

Zebrali szczątki, w naczynie zamknęli

I do naddziadów ponieśli mogiły.

Tam razem, co kto najdroższego nosił,

Złoto i bursztyn, łańcuchy, pierścienie,

Rzucano na grób, by na tamtym świecie

Znalazł, co tutaj za życia używał.

I łzy zebrane, po zmarłym wylane,

W naczyniach u stóp jego położyli;

Na skroń mu węża kładli święconego,

Który troistém132 opasał je kołem,

Jak wał od duchów wznosząc się nad czołem.

A gdy mogiłę zaparto kamieniem,

Gdy tilussoni133 modlitwy skończyli,

Kiedy Kabiróm134 wylano ofiary,

Młodzież, na grobie goniąc z oszczepami,

Zmarłego mienie bojem zdobywała,

I smutną kończąc ten obrzęd biesiadą

Na grobie, ojców śpiewami żegnała,

Kości od uczty i Romoisa cząstkę

Bogóm podziemnym kładąc na ofiarę.

Aż zgasły ognie, rozpierzchły gromady,

I pusto znowu w dolinie i w lesie.

Z krewnych nie jeden żal na sercu niesie,

I wspominając o Romoisa czynach,

Smutny do chaty bezpańskiéj powraca,

Gdzie z sutą ucztą stypa gości czeka.

A próżny stołek, miska wywrócona,

Zmarłego oczóm i sercu wspomina.

Milda na wszystko z wysoka patrzała,

I nieśmiertelna, kryjąc boleść w sercu,

Poszła do Kowna, gdzie ją nad ołtarze

Próżno pieśniami stęskniony lud wzywał.

Nijoła dziécię ukryła do nocy;

Zeszła na ziemie, gdy Poklus usypiał,

Niosąc je z sobą, nie wiedząc, co począć,

Tuląc płacz dziecka uściskiem trwożliwym.

Szła pustym światem, bez myśli przed siebie.

Smutna noc w czarnéj ponad nią osłonie,

I chmury płyną od północy ciężkie,

I wiatr wierzchołki drzew zgina do ziemi.

Aż drogi w troje przed nią się rozłamią.

Stała, i myśli, którą pójść, Nijoła.

A wtém na pamięć matka jéj przychodzi,

Matka tak dawno przez nią zapomniana,

Do któréj dotąd nie śmiała zaglądać,

Żeby jéj swoich nie odkryć boleści.

Więc w prawo ku niéj prędko się zawróci,

I bieży bez tchu ponad Rosi brzegi,

Gdzie gród Kruminy i zamek na górze.

Wszystko tam razem z słońcem spać się kładło,

Wszystko spokojnym snem już spoczywało,

A Brekszta135 lała słodkie sny na głowy,

Które po ciężkiéj pracy koło roli,

Nim w niebie Aussra, xiężyca136 kochanka,

Uśmiechem dniowi otworzyła wrota,

Krótkiéj roskoszy137 w spoczynku szukały.

Wokoło zamku, wiatrami drażnione,

Zboża na łanach także spać się zdały,

I jakby do snu lekko kołysały,

Wirszajtos domu i chlewów pilnował;

A Usparinia, siedząc nad granicą,

Zbłąkane stada bydląt odpędzała

Od plennych łanów i kwiecistych grządek.

Weszła Nijoła na ojczyste progi.

Serce wspomnieniem młodości jéj biło,

A w oczach łzami zroszonych się ćmiło:

Bo przypomniała te młodości lata,

Których i w niebie zapomnieć nie można;

Chwile złocone, które Bogi ludziom

Kładną na brzegu czary przeznaczenia,

By ich wspomnieniem reszty życia słodzić;

Chwile złocone, które im są daléj,

Im je człek głębiéj za sobą porzucił,

Tém częściéj pamięć w przeszłości je ściga.

U wrót się czujne psy szczekiem ozwały,

Lecz, jakby córkę swéj pani poznały,

Padły jéj u stóp i nogi lizały;

Czujni parobcy, pałacowi stróże,

Z snu poczętego z strachem się zerwali;

Krumine sama uwieńczoną głowę

Podniosła z łożu, w podwórzec wyjrzała.

O! gdzież dziecięcia macierzyńskie oko

Nie ujrzy z dala, z dala nie przeczuje?

Nim na krużganki Nijoła wstąpiła,

Już ku niéj matka biegła niespokojna

I w progu jeszcze uściskiem witała;

Lecz widząc dziécię na ręku Nijoły,

— Cóż to jest? — rzecze — to niemowlę twoje?

Czyli cię Poklus z niém razem wypędził? —

— Nie, matko! — rzekła — dawno nie mam dzieci,

I wnuki moje ode mnie odbiegli!

To obce dziécię, to dziécię Bogini,

Pod twoję138, matko, przynoszę opiekę. —

Naówczas długo jęła opowiadać

Naprzód o Mildzie, a potém o sobie,

Swojego życia i losu nie tając.

Nieraz Krumine łzami się oblała;

Lecz kiedy wolę przedwieczną wspomniała,

Którą w Staubunów139 wyczytała lesie,

Wyrytą ręką Pramżu na kamieniu,

Cieszyła córkę, nie śmiała wstrzymywać;

I polecając Budintoj140 opiece,

Nazad do męża ze łzami wysłała.

Krumine dziécię w głębią141 puszcz oddała

Prostéj kobiécie, żeby ukrytego

Perkun nie dojrzał w nieznanym zakącie,

W prostéj, ubogiéj niewolnika numie142.

Tam ssąc pierś czarną, w chłodzie i ubóstwie,

Szmatą okryty, syn Mildy Bogini

Z dzieciństwa wyssał bogactwa pogardę

I siły w życiu do walki potrzebne.

A dzicy jego przybrani rodzice

Widzieli nieraz z przestrachem i trwogą,

Jak święty Żaltis143 w kolebce go pieścił;

Jak psy się przed nim korząc, kładły drżące;

Jak nieraz, kiedy sam jeden na dworze

Igrał z swojemi braćmi i siostrami,

Wilk wyszedł z lasu i pełznął ku niemu,

A przypełznąwszy, lizał jego ręce;

Nieraz też orły, puszcz odwiecznych dzieci,

Niosły mu z krajów dalekich podarki,

Z drzew nieznajomych gałązki zielone,

Z nieznanych brzegów kwiaty niewidane;

Gdy usnął w cieniu u dębu starego,

Gołębie dzikie wokoło siadały

I do snu słodkim głosem wyzywały.

Widzieli biedni, i pojąć nie mogli;

A dziécię obce mieniąc jakimś Bogiem,

Puszczy mieszkańcy kłaniali się przed niém

I troskliwemi słonili144 pieszczoty.

Już młody Witol, bo tak go nazwano,

Rósł w siły, swoich rówiennych145 prześcigał,

Co dzień postawy nabierając męzkiéj146.

Probował łuku, probował oszczepu,

I rad by dawno poleciał na łowy,

By z dzikim wilkiem lub czarnym niedźwiedziem

Piérwszy raz siły i serca sprobować.

Nieraz na klęczkach ojca o to prosił;

Lecz on się lękał, od dnia do dnia zwlekał,

Namawiał jeszcze, by większych sił czekał.

Jemu już nudno w ciemnéj chacie było,

Ciasno w ogródku, podwórku, dolinie,

I wzgórza nie miał, zkąd147 spójrzeć daleko,

A roił piękne oddalone kraje,

Przygody, walki, inne jakieś życie.

Na próżno stary do roli namawiał,

Próżno mu woły do jarzma zaprzęgał,

I owce kazał pędzać w lesne148 pasze.

Witol go słuchał; lecz smutny, milczący,

Czuł, że nie o tém serce mu gadało,

Że insze losy, życie miał przed sobą.

Bracia i siostry próżno go pytali.

On milczał, albo od rozmów uciekał,

I dumał, patrząc na głębię puszcz ciemną.

Na próżno matka, któréj pierś ssał dziéckiem149,

Chciała wesołém słowem go rozchmurzyć.

Milczał, i jakby słów jéj nie usłyszał,

Jak wprzódy smutny, jak wprzód, czegoś dumał.

Raz wieczór, ojciec gdy z łowów powrócił.

I dziką sarnę przyniósł ustrzeloną,

A wilczą skórę, świéżą krwią zbroczoną.

Rozścielał, żeby obeschła z posoli,

Witol ognistym zmierzywszy go wzrokiem,

Rzekł doń:

— Ojcze mój! nie wytrzymam dłużéj

W chacie tak zawsze siedzieć u ogniska.

Czemu ja z tobą nie idę na łowy?

Czemu sam jeden mam roli pilnować,

Albo gnać trzody i wilki odstraszać?

Czy nie mam siły? czy mi brak odwagi? —

— Lat nie masz — ojciec odpowiedział stary.

— Jeśli mam siłę, do czegoż mi lata? —

Wrąc, niecierpliwie Witol na to rzecze —

Na co mam gnuśnieć i dymić się w domu,

Tak, jak kobiéta, nie odstąpić progu,

I życie nudne bydlęcia w zagrodzie

Wlec bez ustanku? O ojcze mój drogi!

Weź ty mnie z sobą! pozwól mi oszczepu!

Zobaczysz, jeili śmiało nie uderzę,

Jeśli ci skóry świéżéj nie przyniosę. —

— Jeszcześ za słaby — znów stary odpowié.

— Jeszczem za słaby? Ojcze! patrzaj siłt! —

To mówiąc, oszczep wiszący na ścianie

Porwał i strzaskał zgięty na kolanie,

A reszty jego, jak trzcinę, odrzucił;

I spójrzał150 dumny, a pierś mu westchnieniem

Wzniosła się, ogniem blada twarz spłonęła;

Otrząsnął włosy i stanął milczący.

A stary patrzał na drzazgi oszczepu,

To na młodzieńca, to na swoje dzieci,

I już nie wiedział, jak ma odpowiedzieć.

— Ojcze! mam siłę! Jutro dzień mój piérwszy —

Zawołał Witol i uklęknął przed nim;

A silne ręce ścisnąwszy, wejrzeniem

Błagał, ażeby znów mu nie odmówił.

— Jutro, wszak prawda? —

— Jutro dzień złowrogi. —

— Pojutrze, ojcze! pojutrze, lub nigdy!

Pozwolisz, albo już ja sam polecę,

Pójdę, a więcéj nie powrócę nigdy;

Będę się błąkał po puszczy głębokiéj,

Bo mi kobiéce obmierzło już życie;

Pójdę i dam się zabić gdzie na wojnie.

Bo dom mi obrzydł i spokój nasycił,

Bo serce w świat się od dawna wyrywa,

I nad to życie, śmierć bym wolał raczéj. —

Naówczas matka przybiegła i wzrokiem

Mężowi jakiś tajemny znak dała;

A starzec wyrzekł cicho i nieśmiało:

— Jutro złowrogi dzień — nie ruszym z domu.

Pojutrze, synu, twoje piérwsze łowy. —

Witol z radości nogi mu całował.

I matkę ściskał, i z braćmi się pieścił,

I drugi oszczep smalił i probował,

Łuki naciągał, ragotinę rzucał.

Już wszyscy we śnie szukali posiłku,

A on w noc poźną przy zgasłém ognisku

Jeszcze tak czuwał, dumając o łowach,

O owym świecie nieznanym, dalekim,

Rad, że swéj siły w zapasach sprobuje,

I pocznie życie, którego tak żądał.

Gdy on tak duma, Grajtas świat przebiega,

Nad każdém długo przesiada dziecięciem.

Na próżno chaty, zamczyska, chrominy,

Na próżno budy odwiedza wieśniacze —

Nigdzie nie może znaleźć Mildy syna.

Gdy się tak biedzi i na próżno szuka,

Spomniał151 nareście152 o prządkach żywota,

Które nić życia każdego człowieka

Snują, wieszając gwiazdkę w końcu nici,

A z reszty łkają płótno jego losu.

Spomniał, i poszedł, gdzie na górze w lesie,

Z wschodzącém światłem kochanka jutrzeńki,

Siadały Bóstwa na siedmiu kamieniach.

Piérwsza Werpeja z niebieskiéj kądzieli

Przędła nić długą, jak przez ziemię całą,

Na niéj gwiazdeczki błyszczące wieszała,

I nici resztę Metantiéj dawała.

Ta snuła przędzę na płótno Audietoj.

Nukirptoj, w ręku trzymajac nożyce,

Czekała chwili, kiedy Pramżu z góry

Wyznaczył śmierci godzinę dla człeka;

Wówczas odcięła płótno, nić od gwiazdy;

I gwiazda, gasnąc, na grób poleciała,

Padła na stosie i znikła na wieki.

Ykształoj płótno życia w świętéj rzece

Z brudów obmywszy, oddawała Bogóm.

Lecz pośród pracy Gadintoj złośliwa

Coraz to siostry gadaniem odrywa,

Plecie im dawne światów, Bogów dzieje.

Nieraz, słuchając, gdy płótno porzucą.

Znajdą pocięte, poszarpane przez nią.

Próżno Sargietoj siostry upomina.

Próżno je budzi, do roboty wzywa.

One o wszystkiém zapomną zdumione,

Słuchając zdradnéj Gadintoj piosenki,

Albo odwiecznych powieści o Bogach.

Do nich szedł Grajtas do świętego gaju,

Nad święty strumień; niewidzialny stanął;

I kiedy siostry Witola nić przędły,

Kiedy Audietoj czyste płótno tkała,

W usta Gadintoj kładł dzikie powieści

I cudne piosnki do ucha podawał.

Sama Sargietoj umilknąć musiała,

A on nić życia rwał, targał i plątał.

— Znacie — wołała — weselną pieśń ziemi? —

— O! cicho! siostro! — Sargietoj błagała —

Do pracy żywo! nie piosnek nam słuchać!

Jeszcze tak wiele do rana zostało,

A wkrótce Ausan dnia otworzy wrota.

Pracujmy skorzéj, dajmy pokój pieśni! —

Sargietoj woła, a Gadintoj śpiewa,

Wszystkie słuchają, rzuciwszy robotę,

A Grajtas targa, plącze nić żywota.