Mindows

I

W Krywiczan grodzie3 zgiełk i zamięszanie4;

W murach zamkowych kunigasów5 poczty6

Bajoras7 stoją, zbrojne ludu tłumy.

Konie rżą, wyją psy i gwarzą ludzie.

Ale nie poznasz po ich czołach, z mowy,

Co ich przygnało, co tutaj spędziło.

Stoją, nie jako na ligi zwołani,

Nie na wesołą ucztę, ni na wojnę,

Nie jak kiedy się ze zwycięztwa8 cieszą,

I brańców9 palą wielkim Bogóm10 Litwy.

Na ich obliczu, zwycięztwa radości

Nie znać, ni żądzy łupów ani boju.

Twarze ich blade i usta ich drżące,

A oczy raz wraz na zamkowe mury

Z trwogą, nadzieją, łzami się podnoszą. —

Jedni upadli na wałach znużeni,

Jakby z dalekiéj tylko co podróży,

Głowy oparli na żylastéj dłoni,

Drudzy cóś11 radzą, cóś po cichu gwarzą,

A gdy się sługa przybliży zamkowy,

Milkną i patrzą, czekają i idą

Przeciw słów jego żebrzącém wejrzeniem,

Jak gdyby wieść im przynosił żądaną —

Straszną? Wesołą? Nie poznasz po licu —

Cóż to, czy sąsiad stos wojny zapalił?

Czy z ruskiéj wieści złe przyszły wyprawy?

Czy Duńczyk na brzeg morski wylądował,

Czy Mongoł w Litwę i Ruś z ogniem kroczy?

Co ich spędziło? Czy łupu nadzieja?

Czyli12 potrzeba obrony od wroga?

I czemuż wszyscy pospuszczali głowy,

Ciągle patrzając ku bramie zamkowéj?

O! nie strach wojny spędził kunigasów

Z Żemajtys13, Kuru14, z Rusi15 i Jaćwieży16

Głos poszedł Litwą — Ryngold17 wielki kona; —

I jak w posuchę pożar błota pali

Ognistym pasem, sunąc coraz daléj,

Tak wieść leciała skrzydły18 sokolemi,

Przez siedém puszczy19, aż do siódméj ziemi;

I wszyscy wstali i miecz biały wzięli,

I szłyk20 na głowę i puklerz21 do ręki.

Siedli na konie, dzień i noc jechali,

Aż do Kryniczan grodu się dostali.

A Ryngold konał, ciężko, jak zwierz leśny,

Którego strzelec srogą raną zwali,

Siły mu weźmie nie wyrwawszy życia —

Konał i skonać nie mógł olbrzym stary.

I z Nowogródka, od łoża Xiążęcia22,

Biegł głos po Litwie w głąb puszczy i lasów —

Ryngold umiéra — Lud padał od trwogi;

Gdy Ryngold umrze, wnet odżyją wrogi,

A Litwa, którą cisnął w silnéj dłoni,

Na sto rozpadnie części rozerwana,

Bezbronna stanie, sąsiadóm23 gospodą,

Pastwiskiem koni Mogułów24 i Lachów.

Szła wieść jak Maras25 blada, aż do morza,

A kędy przeszła, twarze pobielały,

Zadrżały ręce, serca zastukały —

Starcy schylili ku mogiłom głowy,

Młodym oszczepy w rękach się zachwiały,

A matki dzieci do piersi tuliły,

Jakby już wieścią wojny się straszyły.

Na zamkach wały sypali bajoras,

Po kiemach26 łuki gięli, smoląc strzały,

Wszędzie milczenie głuche, smutek cichy.

A kunigasy, bajoras ciągnęli

Do Nowogródka zamknąć ojcu oczy,

Zobaczyć, kogo posadzi po sobie,

Któremu z synów odda miecz i czapkę,

Którego Krewe27 ludowi ogłosi. —

I cicho było w Litwie jak przed burzą,

Gdy niebem ciągnie czarny obłok z dala,

Milczący jeszcze. Słonce świéci z góry,

A oczy ludzi patrzą już na chmury,

I widzą burzę, co przyjdzie przed nocą.

W Krywiczan grodzie, na zamku, na górze,

W największéj izbie, przed ogniem gasnącym,

Ryngold spoczywał na niedźwiedziéj skórze.

Nie olbrzym Ryngold, nie Kunigas wielki,

Lecz starzec bliski stosu i mogiły —

I widać było w bladéj jego twarzy,

Jak gasło życie, siły uciekały, —

Bo w twarzy ludzkiéj maluje się dusza,

Jak kwiat nadbrzeżny w przezroczach jeziora.

I widać było, jak płomień żywota

Czasem się wzmógłszy rumienił jagody,

Poruszał usta i oczy zapałał,

To znów przygasał, i oczy zmrużone

Mdłym wzrokiem patrząc w Wschód, wieczności stronę,

Zdały się żegnać świat ten, witać drugi.

Ryngold umiérał, jak żył, w ciężkim boju,

I ponad łożem, na którém28 spoczywał,

Duch jego walkę z ciałem jeszcze toczył.

On rwał się uciec do ojców krainy,

A długiém29 życiem niestargane ciało,

Nazad na ziemię, na świat ten ściągało.

Lecz już za walką, widny był zgon bliski,

Bo coraz rzadsze zgasłych oczów30 błyski

I coraz ciężéj słowa z ust się rwały,

Jak dropie31 w polu spłoszone, co długo

Skrzydłami miecą, nim w górę podlecą.

Ręce olbrzyma zimny pot obléwał,

I już po biały miecz ów nie sięgały,

Którego podnieść ani by zdołały;

Okiem nie wzywał towarzyszów32 boju,

Uchem nie czekał, rychło33 róg zadzwoni,

Konał milczący, na Wschód poglądając,

Skonać nie mogąc, a skonać żądając.

— Synów zawołać — synów! rzekł nareście34,

Podnosząc głowę po długiém milczeniu;

Niech przyjdą tutaj i Montwiłł, i Trajnys35,

Niech Mindows przyjdzie. Gdzie synowie moi? —

Wyrzekł i skinął — znowu padł milczący,

Znów na Wschód patrzał oczy zamkniętemi.

Wtém we drzwiach czarna zadrżała zasłona,

Wzniosła się, Montwiłł wszedł, za nim opadła.

Zadrżała znowu, i Trajnys wszedł drugi,

Wstrzęsła się jeszcze i Mindows najmłodszy

Z braćmi przed ojca łoże się przybliżył.

Mindows, którego Ryngold przyznał synem36,

Choć z niewolnicy ruskiéj się urodził,

Najmłodszy wiekiem, najwyższy postawą,

Co się przy braciach jak jastrząb wydawał

W wróbli spod strzechy wypłoszoném stadzie.

Mindows Ryngoldów37 syn, w którego oku

Błyszczała żądza boju, krwi pragnienie,

Nienasycona duma, wzgarda ludzi.

Prosty jak sosna, silny jak dąb stary,

Mądry jak Żaltis38, którego czczą w Litwie.

Wszyscy trzéj padli twarzą przed olbrzymem,

I szaty jego kraje całowali,

I żałośnemi jęki39 go witali;

Ale łzy w oczach żadnego nie było,

Tylko w Mindowsa oku rosy kropla

Świéciła jedna, samotnie zwieszona.

— Powstańcie — Ryngold rzekł; wstali w milczeniu,

Jeden drugiego pożera oczyma.

Stoją; a radzi rzucić się na siebie;

Tak ich nienawiść wzajemna rozpala;

Wtém głos Ryngolda w uszach im zatętni. —

Starzec się podniósł i oparł na dłoni,

I oczy wlepił w synów, resztą ognia

Płonące jeszcze. — Widzicie, rzekł z cicha.

Mnie czas umiérać, dzisiaj jeszcze może

Z ojcami będę we Wschodniéj krainie.

Wam Litwa na trzech. Czy ją rozedrzecie

Jak psy zbroczoną skórę po niedźwiedziu?

Mów, Montwiłł starszy, co ty zrobisz z Litwą? —

— Ojcze mój, panie! rzekł, Litwa spokojna,

Wrogi jéj w jamach dyszą przestraszone —

Nikt nie napadnie, nikt dla mnie nie groźny,

Spokojnie będę po tobie panował,

Z zamku do zamku przejeżdżał na łowy,

Od kunigasów pobiérał daniny —

Z Rusi mi srébro i futra przyniosą,

Znad morza będą słać wory bursztynu,

I białe miecze, i błyszczące zbroje.

Spokojną, oddam synom Litwę twoję,

Kiedy już nogą nie sięgnę strzemienia,

I w dłoni łuku napiąć nie potrafię,

Ani oszczepem strzaskać łba wilkowi.

Nic mi nie braknie! — Już żonę i dzieci

Bogowie dali, dni starych pociechę.

A Litwa moja rozkwitnie w pokoju,

Bo jéj wróg dotknąć nie będzie śmiał długo. —

Ryngold srébrzystą potrząsł40 tylko głową

I szemrał — Pokój! o pokoju marzy,

Łowach, daninach, o żonie i dzieciach!

Ślepy! — Z pogardą twarz zmarszczoną zwrócił,

Dał znak, a Trajnys po bracie jął41 mówić.

— Ojcze! twojemu nie dam spocząć mieczu42,

Póki nie zgromię butnych kunigasów,

Póki zaległych nie ściągnę haraczów,

Mojéj nad sobą nie uznają władzy.

Wiém, twemu sercu gorzéj bolą swoi,

Co się z obcemi łączą, niżli wrogi43.

Ja ich pogniotę. I każdy z wydziału

Co rok przyniesie i pokłon mi winny,

I dań zaległą. — Nie dam się im burzyć

I wiązać z sobą i z nieprzyjacioły,

Jedną pić wodę; — własną krew rozléwać.

Nie zasnę, łuku nie zdejmę z ramienia,

Póki na Litwie sam nie będę panem! —

Ryngold wzniósł głowę, słuchał głosu syna,

I oczy blaskiem żywszym mu jaśniały,

Ustami ruszał i dłonie mu drżały —

Mówił, on słuchał; skończył, spuścił głowę —

— Ty to dokonasz? rzekł, Trajnys! ty słaby!

Ty! — I znów z wzgardą oczy precz odwrócił.

Kądziel prząść tobie i nócić44 piosenki,

A nie miecz biały i łuk brać do ręki,

Nie za haraczem złych ścigać poddanych. —

Spójrzał45, a Mindows oczy iskrzącemi46

Ojca wzrok spotkał — lecz milczał ponuro.

Nic nic rzekł — Tobie koléj, — Ryngold cicho.

— Napróżne47 słowa, Mindows mu odpowié,

Po czynach męża znać, a nie po mowie.

Patrz, ojcze, widzisz tę głównię48 z ogniska;

Biorę, druzgoczę, tak wrogów połamię

Jako to drzewo! Oto miecz twój biały,

Co go niczyje nie dźwignęło ramię —

Miecz to olbrzyma, władam nim jak kłosem,

I biada ludóm49, na które go wzniosę. —

Rzucił miecz, umilkł — Ryngold wstał z posłania

Drżący, lecz siły dobywszy ostatek,

A w oczach jego tyle życia było,

Jakby nie konał, nie patrzał przed chwilą

W Wschodniéj Krainy otwarte mu wrota.

— Tyś syn mój prawy! krzyknął, ty następca,

Im dość wydziałów50. — Tobie Litwa cała. —

Chciałeś pokoju, Montwiłł, siedź na Litwie,

Stara stolica moja, Kiernów, tobie,

Chociaż na Litwie i starym Kiernowie

Nié ma spokoju u nas i nie będzie!

Lecz gorszy wydział na saméj granicy,

Kędy co chwila patrzą najezdnicy.

Nie dam Jaćwieży — Lach ci zasnąć nie da,

Nie dam Krewiczan, tu Rusin zagląda,

Ani Kuronów, po których już Niemcy

Łakomą rękę z dala wyciągają.

Chciałeś pokoju! myślisz o pokoju!

Lecz kiedyż w Litwie było nam spokojnie?

Weź Kiernów, Niemiec rzadki gość w Kiernowie:

Z żoną i dziećmi przesiedzisz spokojny

Czasy najazdu i granicznéj wojny.

A kiedy twoją najadą dziedzinę,

Masz się gdzie chronić, znajdziesz gdzie uciekać.

Ty, Trajnys, lubisz bój i żądasz boju —

Weź Żmudź, bajoras możni są na Żmudzi:

Będziesz tam z niemi walczył o daniny,

I patrzał, by się z Niemcem nie wąchali.

Tobie, Mindowsie, miecz mój, Litwa cała,

Potrafisz hardych utrzymać lenników,

A karki krnąbrnych jak drzewce zgruchotać.

Tyś po mnie panem, bracia ci poddani —

Słyszycie! Kiedy na wojnę zawoła,

Stać mu do boku, jakbym ja był żywy,

I wołał na was. Mindows syn mój prawy,

Bo w niego moja przelała się dusza,

On miecz mój podniósł i nie puści z dłoni. —

Chciał mówić, upadł na twarde posłanie.

Sił mu zabrakło, tylko wskazał Krewie51,

Aby ze skarbcu52 płaszcz i czapkę nieśli,

Znamiona władzy. Naglił do pośpiechu,

Bo już mu brakło głosu i oddechu,

I życia reszty, ciekły, jak z naczynia

Zbitego, woda lejąc się, ucieka.

Montwiłł z Trajnysem milczący stanęli,

Piérwszy raz w życiu na siebie spójrzeli53

Bez nienawiści, zazdrości i gniewu,

Szukali w sobie swych myśli, przeszłości.

— Zwołać bajorów, ryczał Ryngold stary,

Niech kunigasy, hołdownicy moi,

Bajoras śpieszą do mnie i smerdowie

Niech przyjdzie Krewe — Pan wasz, schylcie głowy,

Mnie czas do ojców, ja dosyć walczyłem,

Powracam do nich! Zostawiam wam syna,

On pan na Litwie, jemu miecz oddałem,

Mieczem on moim buntownych ukarze,

Padnijcie przed nim, i bijcie mu czołem. —

I izba cała tłumem zaczerniała,

A wszyscy padli i czołem mu bili.

Krewe xiążęcą54 czapkę nań nałożył,

Płaszczem osłonił młodzieńcze ramiona,

Ojciec miecz oddał. — Piérwsi wstydem zlane

Bracia mu dumne karki uchylili55,

Ale nie dusze. Duszami szarpała

Zazdrość, co gorzéj niż Poklus56 rwie serce,

Gorzéj niż wilcy57 dzicy szarpią ścierwa.

Mindowe dumném pójrzał58 po nich okiem,

Jak niewolników zmierzył wzgardy wzrokiem,

I hołd jak winny59 od braci przyjmował.

Krewe Krewejta60 przed wrota zamkowe

Wyszedł, i wołał cisnącym się tłumóm61

Imię Mindowsa, następcy. — Schwycone

Z ust do ust, strzałą na Litwę leciało,

Aż się o morskie obiło gdzieś brzegi,

I na wierzchołkach starych puszcz szumiało.

A w izbie konał Ryngold, olbrzym stary,

Jak gdyby z mieczem oddał resztę życia;

Tak gasnął62 prędko. — I na Wschód patrzając63,

Wyzionął duszę wielką — Poleciała

Na Wschód sokolém64 skrzydłem w ojców kraju

Spocząć po bojach —

— Mindows u nóg jeden

Klęczał ojcowskich i rękę całował,

Która już zimna, bezsilna leżała —

Martwa na wszystko, na wszystko skośniała65

I tknąwszy miecza nawet nie zadrżała. —

Mindows śmiertelny pot ocierał z czoła,

I oczy zamknął zagasłe na wieki.

— Teraz jam panem, rzekł do siebie wstając. —

Spojrzał po braciach. — Jad z oczu im błyskał.

— I biada zdrajcóm, dodał, zdrajcóm biada!

Bo miecz Ryngolda nie będzie próżnował,

On nie ma pochew, aby się w nie schował,

Krwi pragnie! Dawno jéj już nie kosztował! —

A bracia stali, patrzali na siebie,

Ręce spuścili, czoła krwią oblane,

Wstyd i gniew w fałdy pogiął, jako morze

Burza najeża falami gęstemi.

Milczeli, ale dusze ich się rwały

Zemstą targane — Stali i skinęli

Wzajem na siebie. — Zasłona zadrżała.

Wyszli obydwa. — Mindows rzucił okiem.

Dojrzał przyszłości; na smerdę66 zawołał.

— Tikimas67, rzecze, idź, śledź braci kroki,

Oni nie darmo za ręce się wzięli

I wyszli zgodni. — Oni knują zdradę,

Miej na nich oko. Znam ja moich braci,

I wrogów, co ich nie lękam się tyle. —

Z tamtemi w polu spotkam się, zwyciężę —

Ci w domu, we śnie, gryźć będą jak szczury

Drogą spokojność — i wierność lenników

Złotem psuć swojém, łaski obietnicą.

Ślad w ślad za niemi. — A kiedy usłyszysz

Nie wieść o zdradzie, ale domysł zdrady,

Do mnie powracaj. — Lekarstwo na zdradę

W ręku mam silne — Ja ich uspokoję. —

Tikimas głową skinął i na sercu

Rękę położył i zniknął z komnaty.

II.

W Krywiczan grodzie, na zamku, na górze

Wielki stos płonie, na stosie, olbrzyma

Ciało Ryngolda, co go wróg nie pożył68,

Płomień pożéra; i serce mu mężne

Wyjada naprzód, i mądrą mu głowę

Wypala potém, i ręce mu silne

Krępuje więzy i na piersiach siada,

W oczy zagląda, źrenice wyjada.

Nié ma olbrzyma! poleciał duch jego

Do ojców kraju, złotemi skrzydłami,

Na białym koniu żeglował przez chmury,

Widział lud wszystek jak na Wschód wędrował,

A sokół przed nim leciał złotopióry,

Ogary za nim, za nim niewolnicy.

Widzieli wszyscy, jak go orszak duchów

We wrotach ze czcią, z radością przyjmował.

Jak stary Kunas z długą srébrną brodą

Rękę mu dawał, jak Kiernas, dąb Litwy,

Konia powstrzymał i całował w głowę,

I jak Eglona na czoło olbrzyma

Sypała kwiaty i błogosławieństwa.

Widzieli wszyscy, jak w ojców orszaku

Na wieczne łowy i szczęście wędrował.

Sutink, Iminus wiedli go pod ręce,

Złotą doń czarę alusu69 przepili,

A na cześć jego burtynikas70 stary

Śpiéwał pieśń długą, jak Niemen z Wiliją71.

Wszyscy ojcowie w milczeniu słuchali,

Głową wstrząsali i w ręce plaskali.

Widział i śpiéwał tilusson72 ludowi,

Jak Ryngold ojców po kolei witał,

Jak go ojcowie z kolei witali,

I jak z Murgami73 poskoczył na łowy

Z łukiem na barkach i oszczepem w ręku.

Mindows stał jeden przy ojcowskim stosie,

Braci nie było. Oni czoła skryli,

I oczu na świat pokazać nie śmieli,

W zakątach zamku bezsilni usiedli.

I o nieszczęściu swojém rozmyślali.

Piérwszy raz, odkąd dziećmi być przestali,

Zeszli się bracia, Montwiłł ze Trajnysem,

I nienawiści wzajemnéj zabyli74,

Wspólną pałając ku Mindowsu75 bratu.

— Trajnys! rzekł Montwiłł, pora nam o sobie

Pomyśléć, bracie! Na łożu śmiertelném

Ojciec postradał i serce, i głowę,

Dał miecz obcemu, Mindowsa następcą,

I naszym panem ogłosił po sobie.

Będziemże cierpiéć i połknąwszy wzgardę,

Zostaniem jego sługami na zawsze?

Nie, Trajnys, myśmy prawa krew olbrzyma —

Mindows nie brat nasz, Mindows syn nieprawy,

Jemu nam służyć, nie nam schylać głowy.

Będziemże cierpiéć? Nam Litwa na poły,

Tobie — mnie. — Jemu służba i niewola.

Ojciec już duszą nie na tym był świecie,

Kiedy dziedzicem cudze wybrał dziecię.

Damyż tak zostać? Trajnys! powiedz, bracie! —

— Chciałem cię o to zapytać, Montwille,

Czy scierpisz dzieci swoje poddanemi,

I siebie w jarzmie. — Cóż ci po Kiernowie

I brzeżku ziemi, w któréj nie panować,

Lecz jęczeć będziesz musiał i rwać włosy,

Ojcowskie ziemie widząc w obcych ręku.

Wiém, rzekł po chwili, ty mnie nienawidzisz,

Ja ciebie z twemi. — Lecz na bok niezgody,

Nam Litwę trzeba odebrać mu wprzódy,

A potém wrócim, gdy zechcemy, znowu

W dawną nieprzyjaźń, w braterską nienawiść. —

— Co poczniesz? Montwiłł mówił bratu cicho,

Co poczniesz? jechać by nam do swych dzielnic

I zebrać wojska, i napaść Mindowsa,

Nim się wytrzeźwi szczęściem upojony,

Zanim do niego głupi lud się zbieży.

Swoich z kiernowskich włości prędko zbiorę,

I nim się o nich dowié, tu przylecę.

Znam zamek, mnie tu od młodości znają.

Otworzą wrota, napadnę i zgniotę.

Ty z swymi przybądź na czas Żmudzinami,

Nam na wpół Litwa cała, pęta jemu,

Lub śmierć, na którą niewolnik zasłużył. —

A Trajnys milczał i potrząsał głową.

— Zła, bracie, rada, nim ty do Kiernowa,

Zanim ja na Żmudź dobiegę, on zwącha

Co go stąd czeka. Ty nie znasz Mindowsa:

Wzrok ma sokoli, a rękę Olbrzyma,

Spojrzy, przeczuje, zabije nas obu!

Zła rada, Montwiłł! — A jeśli tajemnie

Nie weźmiem zamku, nie chwycim go w jamie,

Myśmy zginęli, on nam nie przebaczy.

Z nim kunigasy, bajoras, lud wielki.

Z nami kto pójdzie?? Zła rada! — I cicho

Jął mówić Trajnys. — Na co wojsko zbiérać?

Daleko jechać, długo się sposobić,

Gdy wszystko można tu i zaraz zrobić?

Ty masz przyjaciół, i u mnie są druhy,

Do nich idź, rękę wyciągnij, pomogą.

Mindows przyjaciół nie ma w całym dworze,

I nikt go nie znał do wczoraj, nie słyszał,

Że był na świecie. Zmówić się ze swemi;

Mindows spokojny, on pogardza nami,

Myśli, że już nas zdeptał jak robaki,

Że głowy podnieść nie będziemy śmieli. —

Noc ciemna, Montwiłł, najlepiéj usłuży

Miecz ostry w ręku. Czego czekać dłużéj?

Dzisiaj go zabić, i paskudne ścierwo

Krukom wyrzucić za mury zamkowe! —

— A Montwiłł mruczał — Czy znasz ty Mindowsa?

Chytry jak sarna, co się psom wywija —

Wiész ty, czy da się w łożu zamordować,

Jak stary niedźwiedź drzemiący w barłogu,

Co nic nie słyszy, śniegiem otrząśniony?

Cóż, jeśli chybim? — Kto nam rękę poda?

Paść będzie tylko, dać pod nogi głowy,

I czekać stryczka lub ciężkiéj niewoli.

Nie mamy wojska; przyjaciół ratunek,

Krucha podpora; nie ruszaj jéj, cała76,

Ledwie ją dotkniesz, w proch się rozsypała —

— A mamy złoto, srébro ruskie mamy —

Miecze i zbroje, konie, niewolniki77,

Kupim przyjaciół, kupim pomocniki78. —

Tak mówił Trajnys — Montwiłł niedowierzał,

Milczał, to mruczał — Jechać nam do dzielnic

I zebrać wojsko, i z wojskiem uderzyć.

— Na co nam wojsko, na jednego człeka?

Wstyd, Montwiłł, nas dwóch, a on jeden samy79;

Ty masz trzech synów. — Na zamku nas dzieli

Dwie ściany tylko; straż, co u drzwi czuwa.

Trudnoż mu życie dziś odebrać jeszcze?

Idź ty do swoich, ja pójdę za swemi.

Zbierzmy przyjaciół, a nim stos ojcowski

Dogaśnie, drugą rzucim nań ofiarę,

Pójdzie na łowy z ojcem, ulubieniec!

Lepiéj tam jemu, szeptał Trajnys cicho,

Na co nam czekać, czego zwlekać dłużéj?

Żeby on stosy do wojny zapalił,

Zgromadził ludu, zamki poosadzał,

Kupił przyjaciół, ujął kunignsów

I nas bezbronnych wziął, jak w gnieździe ptaki!

Jam widział w oczach, on nie będzie czekał,

Nie będzie bał się, namyślał i zwlekał —

My go nie weźmiem, on na nas uderzy —

I nie czas będzie! Dziś, dzisiaj, Montwille,

Dzisiaj lub nigdy. — Kto ma jutro w ręku?

Jutro? A jutro on zabić nas może! —

— Dobrze, rzekł Montwiłł, idę, kunigasów

Zakupię sobie. — Ty nie żałuj srébra,

Podarków, słodkich słów i obietnicy. —

Spójrzeli80 w oczy sobie i odeszli,

I oba stali milczący na progach,

I tak myśleli w swych duszach o sobie,

— Zabić Mindowsa i Montwiłła zabić,

Mnie Litwa cała, na co nią się dzielić? —

A Montwiłł myślał — Mindows syn nieprawy,

Trajnys mój młodszy, niechaj giną razem,

Mam ja trzech synów, im i mnie kraj cały —

Za jedném cięciem dwóch pozbędę wrogów. —

I poszli oba, a Tikimas wyjrzał

Z zakąta, w którym wysłuchał rozmowy,

Śmiał się patrzając za odchodzącemi. —

— Nie tobie Litwa, rzekł, ni tobie panie!

Mindows Kunigas. Nie wam z nim się mierzyć.

Śmierć dla was obu, stosy i mogiła.

Tikimas ogień znalazł pod popiołem —

Pójdzie do pana, uderzy mu czołem

I powié wszystko. Nagrodę dostanie

Sto osadników i srébra sto rubli!

O, poczekajcie, nie śpieszcie się cieszyć!

Mindows się nie da ze śmiercią uprzedzić! —

I szedł do niego, padł na twarz przed panem.

Kunigas didis81! rzekł, śledzić kazałeś,

Już zwierz jest w kniei i czas iść myśliwym,

Bracia już na twą głowę się zmówili.

Poszli dłoń złocić bajoróm82, przyjaciół

Kupować sobie. — Dziś nocą napadną;

Wszystko słyszałem. — Głowy ich dojrzały,

Czas zerwać, psóm83 twym oddać na pożarcie. —

— Prawdaż to? krzyknął Mindows. Wnet się zrywa,

Prawda? Tyś widział, ty słyszałeś zdradę? —

— Na piorun Boga Perkuna, na brodę

Przysięgam, obu słyszałem jak knuli,

Aby Cię z życia haniebnie wyzuli.

Każ śledzić, poszli bajorów osaczać,

Sieci stawiają na sług twoich wierność. —

— Sami w nie wpadną, rzekł Mindows, wiedziałem,

Widziałem wszystko — ale nie ich oczy

Ujrzą na stosie niewolnicy syna.

Xiężnéj84 synowie sami pójdą przodem

Na gody z ojcem do Wschodniego kraju.

Zbierz ludzi, gdy zmrok padnie, przyjdziesz z niemi,

Każdy siekierę niechaj ma i stryczek.

Tutaj ich Mindows spotka. — Osadź wkoło

Wiernemi swemi. — Kiedy noc zapadnie,

Przyjdą, to wpuścić do mojéj świetlicy,

Do łoża mego. — Teraz w ślad za niemi,

Bież85 za ich tropem, patrz, kto będzie z niemi,

I milcz jak mury. — Rzekł Mindows, powstaje,

Wyprawił sługę, sam pozostał z mieczem,

Ostrza próbował, uśmiéchał się k niemu86,

I wyjrzał, prędko Saule87 w morze wpadnie,

A noc nadejdzie i Menes88, i gwiazdy.

III

Piérwsze już kury piały, w zamku cicho,

I cicho było na świecie. Noc letnia

Z xiężycem89, z gwiazdy90 nad ziemią wisiała,

Nad wody para wlokła się, jak gdyby

Kipiały rzeki i wrzały jeziora.

W dali pełeda91 hukała samotna

Siedząc na dębie, i derkacz92 na błotach

Krzyczał, i żaby kumały gwarliwe,

Jak lud, kiedy się do grodu zgromadzi,

O wojnie, łupach lub o sobie radzi.

Na nowogródzkim zamku cisza długa;

Lecz po xiężycu widać było cienie,

Tam, sam, po wałach migające w dali;

Jacyś się ludzie schodzili, szeptali,

W ręku oręże, oszczepy dźwigali,

Szli, nikli, znowu wchodzili, czekali.

A Mindows nie spał, z wiernemi bojary93,

On czekał zdrady, gotów był do kary,

I na Ryngolda wielkim mieczu sparty,

Wyglądał, rychło94 bracia nań naskoczą.

Pierwsze już kury piały, w zamku cicho,

Bracia knowali95, odkładali zdradę —

I trzykroć za prog96 wyszli ze sługami,

I trzykroć nazad tchórzliwie wrócili.

— Niech uśnie Mindows, — do siebie mówili.

Kury znów piały. Trajnys rzekł do brata.

— Teraz czas, idźmy. — I z Montwiłłem idą.

Trzech synów z białym mieczem poskoczyli:

Wikind, Towciwiłł i Erden najmłodszy.

— Ojcze! mówili, i my pójdziem z tobą,

Praweśmy wnuki Ryngolda, i miecz nam

Rozpala dłonie, zemsta pierś rozdyma.

My z tobą, ojcze, na co pomoc obca?

Trzech, czyż jednego zdławić nie zdołamy? —

Lecz Montwiłł wstrzymał synów swych u proga.

— Wy nie pójdziecie, rzekł, młodeście dzieci,

Dla was i życie, i zemsta, i boje!

Dość nas, zostańcie. — Kto wié! Bogi wiedzą,

Który z nas wróci, czyja krew popłynie!

Zostańcie, byście może ojca głowę

Pomścili potém. —

— Co mówisz? Montwille!

Przerwał mu Trajnys, w górę miecz podnosząc;

Wątpisz, lękasz się! On jeden, nas tylu.

Chodźmy! czas; jutro rozprawiać będziemy!

Kury już piały dwa razy. — A Montwiłł

Skinął swym synóm97, aby pozostali.

I trzéj synowie miecze z rąk puścili,

I oczy smutno w ziemię utopili.

Stali na progu, za odchodzącemi

Długo, zazdrośni walki, spoglądali.

W ciszy szli bracia podwórcem zamkowym;

Straży nie było, we wrotach zapory;

I szli wciąż, idąc, z Mindowsa szydzili.

— Tak pewny siedzi i śpi tak spokojny,

Jak gdyby prawe dziedzictwo po ojcu

Odebrał, jakby nie bał się nikogo.

Patrzcie, we wrotach straży nie postawił,

Otworem wszystko! —

I szli daléj znowu,

Nigdzie nikogo. — Aż u drzwi świetlicy,

Kędy98 spał Mindows, stanęli, i razem,

Jak gdyby Gulbi99 jaki ich zatrzymał,

Wryci, z oddechem zapartym, jak słupy,

Stali. Nikt naprzód drzwi nie odryglował.

W ciemności jeden na drugich spoglądał,

Oczyma jeden drugiego popychał.

Aż Trajnys wyszedł i rygiel odsunął;

Tuż za nim wszyscy wpadli do komnaty.

Przez okno xiężyc100 świécił na róg izby;

Kędy Mindowsa twarde łoże było,

Rzucił się Trajnys z podniesionym mieczem,

I Montwiłł za nim, i bajory wierne,

Padli do łoża, padli — odskoczyli.

— Zdrada! zawołał Montwiłł, jego nié ma! —

— On jest!! — głos zawrzał, i z Ryngolda mieczem

Wpadł Mindows wściekły na wylękłych braci,

Ciął, i Trajnysa łeb rozpłatał w dwoje.

Padł Trajnys, jęczéć nawet nie miał czasu,

A Montwiłł ukląkł, miecz rzucił, i czołem

Proch zmiatał podły, przed nieprawym bratem

Błagał litości — Mindows deptał nogą

Kark jego, pastwiąc się nad nim i szydząc.

— Litości na dziś! wołał; jutro znowu

Przyjdziesz tu w nocy, abyś jeszcze może

Prosił litości. — Jakżeś, hardy bracie,

Zgiął kark przede mną, synem niewolnicy!

I śmierć nie lepszaż101 nad taką sromotę?

Patrz, nogą głowę xiążęcą102 twą gniotę,

I szydzę z ciebie, najgrawam103 z bojaźni!

O! nie przebaczę! Nie. We Wschodniéj Ziemi

Idź szukać ojca, ty z dziećmi twojemi. —

— Z dziećmi, łkał Montwiłł. O! niechaj ja ginę,

Lecz za cóż one? O! pozwól żyć synóm,

Wydrzyj im ziemię, zostaw tylko życie —

Odbierz ojcowską tę lichą puściznę104,

Kiernow, co ojciec dał na pośmiewisko

Starszemu swemu! Mindows! nie dość tobie

Zwycięztw105 i władzy? Cóż te słabe dzieci,

Cóż oni tobie? Niech choć one żyją! —

— Te słabe dzieci, to wilczęta młode,

Rzekł Mindows; teraz bawią się ze psami106,

Lecz gdy im zęby porosną, to kiedyś

Poduszą owce i pójdą do lasa107.

O! nie, wybiję wilki i wilczęta! —

Skinął, wnet sługi Montwiłła porwali.

I w silnych rękach, za gardło schwycony,

Skonał bełkocząc niewyraźnie — Dzieci! —

— Tych, krzyknął Mindows, wskazując bojary108,

Uwiązać dzikim koniom do ogonów,

I puścić w lasy; miecza na nich szkoda;

Precz z niémi! — Słudzy milczących powiedli,

A zamek zawrzał, zapłonął ogniami,

Zahuczał ludem, i nim kury trzecie

Zapiały, dziesięć dzikich biegło koni

Ze wrót zamkowych, po obszérnéj błoni,

Każdy za sobą wlokąc zdrajcy ciało,

Które się z życiem wrzeszcząc passowało109;

I wiatr donosił z dala tentent110 koni,

I jęki winnych. Potém tentent tylko,

Potém szmér głuchy — i cisza głęboka,

I krwawe tylko pozostały ślady

Zbrodni, wycieczki i kary, i zdrady.

IV

W ciemnicy dzieci Montwiłłowe płaczą,

Siéroty śmierci niechybnéj czekają;

Trzech ich. Najstarszy Wikind gniewem pała,

Średni Towciwiłł ojca swego płacze,

Najmłodszy Erden drży, śmierci się lęka;

A wszyscy razem patrzą i czekają,

Rychło siepacze drzwi lochu otworzą

I miecz lub stryczek przyniosą od stryja.

Lecz nié ma kata, i dzień jeden mija

I drugi mija; o chlebie i wodzie

Jęczą siéroty pod zamkową wieżą,

Na mokréj słomie powiązani leżą.

A starszy jeszcze gniewem, zemstą pała,

I średni jeszcze ojca swego płacze,

Najmłodszy męki lęka się i śmierci.

Siedém dni mija, i co dzień, co rana

Trzy dzbany wody i trzy bochny chleba

Przynosi strażnik, kładzie i odchodzi,

Słowa nie powié, słowem nie osłodzi

Ciężkich mąk siérot. Na próżno go starszy

Wyzywa słowy, na próżno doń średni

Łzami się modli, na próżno najmłodszy

Jękiem go błaga, on słowa nie rzecze,

Nie spojrzy nawet, i jak wszedł, wychodzi.

Siedzą siéroty pod zamkową wieżą,

Liczbę dni tracą, dzień nocy podobny,

Bo jak noc ciemny i jak noc milczący;

I nic nie słychać, tylko brzęk łańcucha

I jęki więźniów, dochodzące ucha

Z dala, przewlekłe, bolesne, spod ziemi.

Już starszy gniewu cierpieniem postradał,

Już średni łez swych zapomniał po ojcu,

Już młodszy śmierci lękać się zaprzestał,

I wszyscy razem piersiami wyschłemi

Wołali tylko — Powietrza, swobody,

Lub śmierci prędzéj i męczarnióm111 końca! —

A śmierć nie przyszła, i wrota zaparte

Stały jak wprzódy, i jak wprzódy sargas112

Milczący, co dzień chleb nosił spleśniały

I stęchłą wodę. I milcząc spoglądał

Na siérot troje, a jeszcze litości

Nie uczuł w sobie, i głosu im nawet

Z świata, z którego wygnani, nie przyniósł.

Siedémkroć siedém błysnęło poranków,

Siedémkroć siedém razy Saule113 świetne

Wpadło do morza i wstało obmyte;

Dwa razy Menes114 zmieniał twarz zrąbaną,

A wrota stały jak wprzódy zaparte115.

Cierpienia rosły w duszy siérot trojga,

Jak mchy wilgotne na murach więzienia.

Pęta się wjadły w odrętwiałe nogi,

Wybladły lica, przygasały oczy,

I uszy dźwięków świata zapomniały,

A sargas ani śmierci, ni swobody,

I nic nie przyniósł — prócz chleba i wody.

V

Schły w ciężkich więzach Ryngoldowe wnuki,

A Mindows nad ich głowami panował.

Braci nie było, nie lękał się zdrady,

A miecz Ryngolda wstrzymywał sąsiady116,

I weszło Litwie pomyślności słońce,

Bo kunigasy, posłuszni Mindowie,

Kłonili czoła i nieśli daniny.

Nikt nie śmiał szemrać, ni podnosić głowy.

Tylko niemieckich Zakon wojowników117

Zagrażał Żmudzi, Liwóm118 i Kuronóm119:

Ale sie jeszcze Volquin nie odważył

Wyciągnąć ręki po Mindowsa włości,

Bo był sam słaby, bo już miecz Ryngolda

Zostawił krésę120 na niemieckiéj zbroi.

Czekali pory, czekali niezgody,

A braci z Niemiec wołali do siebie,

Oręże ostrząc na progach swych grodów.

Lecz cicho było w Litwie Ryngoldowéj,

Żmudź tylko stała przed Zakonem w trwodze.

Kuroni w kiemach121 siedzieli spokojni.

Jaćwieże122 z pługiem chodzili po niwach,

Krywicze123 ruskiéj zabywali124 braci

I dłoń braterską Litwinóm125 dawali.

Pińsk126, Mozyr127, Siewierz128, Czerniechow129 swym grodóm130

Sypali wały, zaborole131 bili,

I słali Kniaziu132 bogate daniny.

Nie było w całéj Litwie kunigasa,

Co by Mindowsa sprzeciwił się woli,

Co by nie stanął do zamkowéj straży,

Ludzi nie przysłał, odmówił daniny,

Lub skrył się w lasy i uciekł do wrogów,

Gdy do wrót poseł kołatał xiążęcy133.

Z krwi braci zdrajców wyrósł kwiat pokoju,

Co ponad Litwą jasną wznosił głowę

I liśćmi lud jéj osłaniał ubogi.

Lammechin królik134 u Kurów panował.

I Ryngold nawet pożyć135 go nie zdołał;

Na próżno co rok po haracz wysyłał:

Posłańce136 jego nigdy nie wracali,

Lub pohańbieni, w żebraczém odzieniu,

Do domów swoich wlekli się, nie śmiejąc

Oczu pokazać na Krywiczan grodzie.

Raz wyszedł Ryngold z Jaćwieżem i Litwą,

I Lammechina kraj cały splądrował,

I krukom ucztę na długo zgotował,

A do ogonów końskich przywiązani

Kurów tysiące szli litewskie pługi

Ciągnąć i sypać horodyszczów137 wały.

Lecz nie porosły zielono mogiły;

Już się Lammechin znów Litwie buntował.

Posłów Ryngolda z wieprzami postawił,

I bez rąk nazad do pana odprawił,

Kazawszy rzec im, że Kuronów dani138

Unieść nie mogli i ręce stradali139. —

A Ryngold wówczas z Ruskiemi140 wojował.

Lew141 z Włodzimiérza, Światosław142 z Kijowa

I Dymitr Drucki szli wojskiem nad Niemen,

A ponad niemi stada kruków czarne

Płynęły chmurą na pobojowisko.

i byli z niemi Kurdasa Moguły143,

I wielu kniaziów ruskich, i bojarów144, —

Już byli wielki Krywiczów gród wzięli,

I ponad Niemnem pustosząc ciągnęli.

Spotkał ich Ryngold nad rzeką, i trzy dni

Trwała tam walka zacięta, aż duchy

Z ciał lecąc, jeszcze w powietrzu walczyły.

I była uczta jastrzębióm i krukóm145.

A pole trupy ruskiemi146 usłane

Zwie się Mohilną, bo mogiły stoją

Jak kretowiska po łące, széroko.

Kniaziowie ruscy do Łucka się gnali,

I w Łucku wojska mężnego płakali.

A Ryngold na Żmudź szedł Zakon wojować,

I miecz skrwawiony spłókać147 w Białém Morzu148,

Lammechin kurski wzbił się dumą wielką,

Bo olbrzym nie miał czasu w dół spoglądać,

Zdeptać na ziemi drobnego robaka.

I potém znowu Ruś Ryngold plądrował,

Co Alexander149 kniaź mu odwetował150;

Nabrawszy jeńców, u końskich ogonów

W daleki połon151 Litwinów prowadził,

Gdzieś tam nad rzeki płakać ich osadził,

I panu pasznie uprawiać cudzemu.

Wielu tam trupy tylko dociągnęli

Na Ruś, i krukom za pastwę służyli;

Wielu uciekło, i nazad do braci,

Wpół żywi, potém zwlekli się nierychło,

Gdy wojnie koniec i wszystko ucichło.

Litwini potém pod Torżek gonili,

Paląc i pędząc od pługów, od roli

Ludu moc wielką, siwe skotu152 stada.

Gonił Jarosław kniaź Włodzimierowicz

Z Nowotorżany, na białym rumaku,

Jeńców im odbił, i Litwinów wielu

Padło daleko od swych, w obcéj ziemi.

Twercy, Dmitrowcy, gdy pod Toropeczem

Na kark im siedli, jak kleszcze się wpili,

I krwią litewską napasłszy, za niemi

Na progi domostw, do Litwy gonili.

Kurski kunigas tymczasem spokojny

Siedział, i Litwie urągał się dumny,

Ro Litwa posłów swoich nie pomściła,

Krwi swéj przelanéj, sromoty zniesionéj.

Aż Ryngold wielki skonał. — Mindows prędko

Wspomniał na Kurów, i znów posły153 idą,

Ale nie prosić dani, nie targować;

Ponieśli łyka154, winniki i strzałę,

I miecz, i ogień. Mówili od pana.

— Jeśli do trzech dni dani nie oddacie,

Jeśli włos spadnie z świętéj posłów głowy,

W dni siedém łyka przyjdą na dorosłych,

Winniki drobnym, strzały w pierś bojaróm155;

Miecz na twą szyję, Lammechinie dumny,

A ogień ziemi Kuronów wszérz i wzdłuż. —

Lammechin słuchał, lecz posłów nie skrzywdził,

Tylko dzień jeden nic nie rzekłszy wstrzymał,

I myślał, radził zwoławszy bojary,

I znowu radził, aż do trzech dni zwlekał;

Na czwarty dań im zaległą oddali,

I dary Kniaziu bogate wysłali,

Konie i futra, srébra i bursztyny.

Lammechin uznał Mindowsa nad sobą,

I przysiągł na swą brodę, z Kuronami

Stanąć, gdy stosy wojenne zapalą. —

Tak wielki Mindows, nie podniosłszy miecza,

Kurów zwojował postrachem wyprawy,

A sam Lammechin do Krywiczan grodu

Przyszedł bić czołem Ryngolda synowi.

VI

Świéciło słońce litewskiemu światu,

A Montwiłłowi synowie, w ciemnicy

Siedząc, płakali, ni słońca, ni drogiéj

Nie widząc ziemi. I młode ich lata

Płynęły, jako strumień trzęsawiskiem,

Błoty czarnemi i ciemnemi bory156.

I nikt nie przyszedł słowem ich pocieszyć,

I nikt nie przyszedł pokarmić nadzieją.

A lata biegły na Litwie szczęśliwéj

Jasne, jako dni Karwilis157 miesiąca,

Spokojne, ciche, jak noce pogodne.

Mindows sam jeden na Litwie panował,

A wróg i lennik Mindowsa szanował.

Raz na Krywiczan zamku, letnią porą,

Spoczął Kunigas po łowach szczęśliwych,

Kiernowskie lasy z łukiem i oszczepem

Przebiegłszy, wrócił; za nim na stu wozach

Wieziono żubry, łosie i jelenie,

Dziki, niedźwiedzie. W zamkowym podwórcu

Wisiały skóry sączące posoką;

Na progu sługi łuki naciągali.

Śmieli się, gwarząc i prawiąc o łowach.

Wtém sargas158, któren159 wrót zamkowych strzeże,

Rozdjął160 podwoje, wyglądał na drogę,

Jak gdyby gościa przeczuwał na szlaku.

— A, na Budintoj161 — rzekł, do zamku jedzie

Poseł Krewejty162, z białą laską w ręku,

Z wieńcem na głowie. — Poznałem z daleka.

Na święto jakie, czy woła na wojnę?

Nie darmo do nas z krzywą laską śpieszy. —

Mówił, a szlakiem z daleka migała,

Z laską podróżną, postać jakaś biała.

I widać było pobożnych wieśniaków

Tłumem za posłem biegących z pól, numów163,

Jak szaty jego białe całowali,

Czołem mu bili i zatrzymywali.

On chwilę stawał, i znowu szedł skoro164

Pruskim gościńcem do Krywiczan grodu.

A sargas patrzał; kiedy wrót był blisko,

Wrota na rozcież przed posłem otworzył,

I upadł na twarz: przeszedł wejdalota

Most, zaborole, na podwórce śpieszył.

Słudzy na jego widok się porwali,

Czekając słowa, milczeli i stali.

On z białą laską szedł aż do świetlicy,

Gdzie starszy smerda u ogniska siedział,

I przyjął posła czarą miodu pełną,

Prosząc, by spoczął, aż oznajmi panu.

Poszedł: znużony usiadł wejdalota

U gościnnego ogniska i dumał.

A wkoło cicho niewolnicy stali,

Słowa czekali, skinienia patrzali.

Przyszły kobiéty, i znużone nogi

Wodą obmyły, i szytym165 ręcznikiem

Otarły — potém pokarmy przyniosły,

Których połowę oddał wejdalota

Kobolóm zamku, pół sługom zamkowym.

Sam wody napił się, placka skosztował.

Aż wrócił smerda. — Kunigas was czeka,

Rzekł — Idźcie za mną. — Otworzył podwoje,

I w głąb na zamek Ryngoldow prowadził.

W prostéj komnacie pan Litwy spoczywał,

Na ziemi leżał na niedźwiedziéj skórze;

Dwa psy ogromne nogi mu lizały;

Na berle, w kącie, drzémał sokół biały;

Tuż tarcz wisiała, złotemi gwoździami

Nabita, świecąc, jak niebo gwiazdami.

Po ścianach łuki, oszczepy i strzały,

Szłyki bogate, wielkie miecze białe.

Nad drzwiami, w murze, Kobol z żubrzą głową,

Sparty na kiju, nieruchomy stoi.

W oknie zasłona wzniesiona, a przez nie

Widać gród cały, i wzgórza dalekie,

I lasy w głębi jak sinieją stare.

Wszedł wejdalota — Pokój tobie, panie,

I szczęście — rzecze u progu; twarz skłonił

I Kobolowi oddał cześć pokorną. —

Krewe Krewejta Alleps mnie wysyła;

Z Romnowe166 idę, od dębu świętego,

Od straszliwego Perkuna ołtarza.

Krewe chce widzieć Mindowsa w Romnowe;

On Bogów wolę ma jemu objawić,

I głos, co z dębu słyszał Bogów usty167,

Przyszłość wróżący. Nim siedém dni minie,

Czeka was Krewe. — Co Kunigas wielki

Odpowie Krewie? Ja nazad powracam. —

A Mindows podniósł pochyloną głowę,

Słuchał i milczał — Potém rzekł kapłanu168.

— Nim siedém razy słońce w morze wpadnie,

Mindows przybieży na rozkaz Krewejty. —

Znów wejdalota skłonił się Kobolóm,

Znów Xięciu169; zamilkł i wyszedł z świetlicy;

I już się w izbie gościnnéj nie wstrzymał.

Dziedzińce przebiegł, mosty, zaborole170;

Mrucząc modlitwy, nazad śpieszył drogą.

Słońce zapadło, w ciemnościach na szlaku

Świéciła w dali suknia jego biała,

Daléj i daléj coraz się migała,

Znikła nareście171. Na zamku ruch, wrzawa;

Nim Menes wejdzie, Kniaź wyjeżdża w drogę;

Konie ze stajni wywodzą, siodłają,

Słudzy biegają, psy wyją, rżą konie,

Oręże brzęczą i szeleszczą strzały.

Kunigas z kilką172 nie jedzie sługami,

Niemcy tam siedzą blisko od Romnowe;

Sto koni bierze z sobą i stu ludzi

Zbrojnych, odważnych, Jaćwieży, Litwinów.

Każdy na plecach ma łuk, strzał secinę,

Każdy u boku biały miecz zza morza,

Za pasem pałkę i procę skórzaną.

I koń każdego doświadczony w biegu,

Dwa dni, dwie nocy bieży bez noclegu.

Już xiężyc173 wyszedł skrwawiony na niebo,

Jakby zbroczony wczoraj mieczem słońca,

I jeszcze z licem nieobmytém rosą.

Mindows na pruskim już pędził gościńcu

W pyłu tumanach. Wierni za nim słudzy

Wokoł jechali milczący, a okiem

Daleko naprzód przed konie gonili.

Brzask wschodni niebo ukrasił czérwono,

Gdy wpośród lasu, na łące zielonéj

Wypocząć stali. I nim wyszło słońce,

Jechali znowu, cały dzień bez drogi,

Na zachód zawsze, lasy i polami,

Przepłyli174 rzeki, darli się puszczami,

Brzegami jezior śpiących kłusowali,

A gdzie na drodze kiemy spotykali,

Wychodził starszy z chlebem przeciw panu

I bił mu czołem. Od sioła do sioła

Wiódł ich przewodnik nieznanemi szlaki,

Na rzekach brody wytykał mielizną,

Brzegiem trzęsawisk twardą znaczył drogę.

Dzień i noc jechał Mindows niecierpliwy,

Ani dał zasnąć ludziom, spocząć koniom,

I nim siódmy raz czyste słońce wstało,

W dwóch rzek zakrętach ujrzeli Romnowe,

Dokoła wodą, jak gród, opasane.

Święte się miejsce murami czerniło,

I starych dębów liśćmi zieleniło,

Nad których wierzchy dym gęsty się wznosił,

Płynący strugą niebieską do góry,

Pod nogi wielkim trzem Bogóm175 litewskim.

Ujrzał dąb święty Kunigas, zsiadł z konia,

I z ludźmi ziemię pokornie całował,

A Bogóm wylał ofiarę dziękczynną

Za szczęsną podróż. Potém krętą drogą

Jechali w lewo ponad rzeki brzegiem,

Aż u bram grodu nad wałem stanęli.

Tu już lud wielki czekał Kunigasa,

I stary Krewe wyszedł przeciw niemu

Z krewów, wróżbitów, wejdalotów tłumem;

Ewarte z laską, dwakroć zakrzywioną,

I sigonoci176, sznurem przepasani,

Z torbą na plecach i kijami w rękach,

Wielkim go krzykiem witali wesoło,

Podnosząc ręce, bijąc ziemię czołem,

Kładnąc się wszyscy na Mindowsa drodze.

Sam jeden Alleps nie uchylił głowy;

Szedł prosto starzec poważny ku niemu,

I wiódł go z sobą przed Bogów ołtarze.

Z daleka one ogniami jaśniały,

Trzy obok święty dąb obejmowały,

Z którego twarze trzech Bogów zczerniałe177,

Żółtemi oczy z bursztynu patrzały.

Pod gołém niebem trzy ognie gorzały,

Mur tylko czarny opasał je wkoło,

Na nim wisiały żubrów, turów rogi

Oprawne w srébro, łuki i kołczany,

Zbroje, w ofierze Bogóm przyniesione,

Bursztynu bryły, i wieńce korali,

I z muszli morskich nizane równianki,

Kuronów dary, nadmorskich mieszkańców.

Były tam czaszki z nieprzyjaciół głowy,

Zbroje w niemieckich kuźniach wykowane178,

Miecze z dalekich krajów od zachodu,

A wśród nich w murze posągi drewniane.

Krasnemi barwy179 i kruszcem odziane,

Stały, jak stoją u zamczyska progu

Słudzy xiążęcy180, — straż starszemu Bogu.

Jedne na końskich nogach ludzkie ciała

Dźwigały z trojgiem głów i rąk sześciorą181,

Drugie z piersiami siedmią182 wezbranemi

Jakby siedm183 ziemi miały karmić niemi.

Siedziały w wieńcach ze kłosów i kwiatów.

Ówdzie Lietuwa z kocią stała głową,

Z mieczami w rękach, do wojny gotową.

Daléj Ragutis gruby w saniach leżał,

I w ręku czaszę trzymał napełnioną,

Dwojgiem ust pijąc słodki miód kowieński.

Walginy posąg czworo głów kończyło:

Owcza, wołowa, ptasia i wieprzowa,

Na cztéry strony zwrócone patrzały,

Czworaki rodzaj zwierząt zasłaniały

Od moru, chorób i w przednówek głodu.

Tam Tawals, straszny kobiécemu oku,

Śmiał się bezwstydnie, jak kozioł lubieżny,

Na szyi dary młodzieży dźwigając:

Sznury korali, muszli i bursztynu.

Ogromnym wężem stał Auszlawis184 Bożek,

Chorym pomocny, i z roztwartéj paszczy

Srébrnym językiem zdał się ludzióm grozić;

Na szyi jego ofiar tyle było,

Że skórę węża i kształty zakryło,

I u nóg jeszcze leżał stos bogatych

Darów, któremi kupowali zdrowie

I biedni kmiecie, i możni kniaziowie.

Lecz nie tu wszystkich Bogów razem czczono,

I oni tylko na Perkuna dworze,

Resztkami ofiar żywiąc się w pokorze,

Stali jak słudzy, strażnicy świątyni.

W konarach dębu trzéj wielcy Bogowie

Strasznemi głowy nad mury sięgali:

Perkun wpośrodku, z piorunami w dłoni,

Ze wzrokiem srogim i zmarszczoną twarzą;

Pokole czarne z rozczochranym włosem,

I Atrimp olbrzym, Bóg wody i morza.

Przed niemi płonął ogień na ołtarzach,

Żywiony ręką milczących kapłanów.

Tu im ofiary zabijano krwawe,

Któremi łaski błagano, lub karę

Odwrócić chciano od skazanéj głowy.

Tu upadł Mindows na twarz, rzucił dary.

Sam Krewe ogień Perkuna podsycił;

Podniósł się w górę! — płomień dobréj wróżby.

I wejdalotów dwóch z dębu świętego

Liści spleciony wieniec na Mindowsa

Włożyli głowę. A gdy krew bydlęcia

Wylano, kiedy skończono ofiarę,

Kunigas z Krewą wyszedł, i gościnę

Allepsa przyjął na nocleg w Romnowe.

— Jutro, rzekł starzec, nim słońce się wzniesie.

Staniesz sam jeden u dębu świętego;

Tam ci ogłoszę wielkich Bogów wolę. —

Mindows nic nie rzekł. Już dawno się Saule

Kąpało w morzach; noc gwiazdami tkana

Świat pod namiotem czarnym kołysała.

Ustał gwar, ognie pogasły, i jeden

Tlał się już tylko u dębu świętego.

Mindows się rzucił na niedźwiedzią skórę

I usnął twardo, jakby Brekszta185 sama

Powiek się jego dłonią swą dotknęła,

Lecz ledwie oczy jego się skleiły,

Wstrząsł się — bo straszny sen stanął przed duszą,

Krwią mu i ogniem potrząsał nad głową

Przyszłości czarną rozdziérając szatę.

I widział Mindows186, jak wrogi szarpały

Ojców dziedzinę, jak Litwę rozdarli.

W piersi jéj miecze Niemieckie stérczały,

I ruskie pęta nogi krępowały;

Lach z ran płynącą krew jéj pił i szalał.

Próżno Jaćwieże wkoło matki stali,

Próżno Litwini wroga odpędzali,

Próżno Krywicze u nóg jéj padali.

Trzech synów matko nieszczęsną przywiedli

I w ręce własnych nieprzyjaciół dali.

Widział na zamku Krywiczan krzyż złoty

I Bogów twarzą leżących na ziemi —

Ołtarze zbite, dęby wyrąbane;

W świętych jeziorach mogulskie się konie

Poiły, w gajach świętych zrąbywali

Na drwa, na chaty, Ragan187 dęby stare,

Jesiony, które potop pamiętały,

Jodły, co piérwsze wyrosły na ziemi. —

Straszny sen piersi uciskał Mindowsa;

Widział się w więzach, a na swojéj głowie

Koronę z kajdan złoconych ukutą,

Widział trzech synów, chociaż nie miał dzieci —

Dwoje ich we krwi, w czarnéj sukni trzeci.

I widział jeszcze swych braci pomszczonych,

Jak mu grozili, jak się najgrawali188,

Ćmy189 wrogów pędząc na Litwę spokojną,

Dmąc ognie, które po zasiewach biegły,

Wsie, grody, pola i lasy wyżegły,

Piersi Mindowsa piekły, ponad głowę

Wznosząc ramiona czérwone i płowe.

O, straszny sen był, i miotał się pod nim,

Jak pod niedźwiedzim pazurem, Kunigas,

A wyrwać nie mógł. I miotał straszliwie,

I jęknąć nie mógł, ani ust otworzyć,

Ni rąk poruszyć, ni ratunku wołać,

Ni ócz190 rozewrzéć i odegnać mary.

Tak noc ubiegła, a straszne widziadła,

Na chwilę z piersi Mindowsa nie spadły.

Czy Kaukie191 tak się mściły, że pokarmu

Nocnego dla nich u łoża nie było?

Czy Gajłę192 Poklus193 wysłał, by go dręczyć?

Już kury piały, gdy ciężkie powieki

Rozwarł Kunigas, i z piersi westchnienie

Wzleciało. Spojrzał — Brzask jaśniał na wchodzie,

A wszystko jeszcze w śnie ciężkim leżało.

Podniósł się, czas mu do dębu świętego,

Wyrocznią Bogów usłyszéć. Przed sobą

Ujrzał Allepsa; starzec z siwą brodą

Skinął nań ręką i zniknął we mroku;

Wstał wnet i za nim, przyśpieszając kroku,

Szedł przed ołtarze dymiące trzech Bogów.

Już się ofiara paliła przed niemi,

I wejdaloci ogień podsycali;

Alleps wszedł, skinął, zniknęli kapłani;

Mindows sam jeden ze starcem pozostał,

Który na ogień rzucał liście suche,

Bursztyn, żywicę, włosy z bydląt głowy,

I len, ofiarną posoką skropiony.

Dokoła cisza poranku leżała,

Sam ogień tylko potrzaskiwał, syczał.

Nagle gałęźmi stary dąb poruszył, —

Zaszeleściały; zda się, że Perkuna

Posąg się zatrząsł, i wpośród milczenia

Te słowa z dębu usłyszał Mindowe.

— W ciemnicy trzech jest — Przekleństwo nad głową! —

Krew dwóch wylana pomsty Bogów woła.

Trzech oddaj za dwóch. Niech idą swobodni. —

I wstrząsł się Mindows, i usta otworzył,

Chciał mówić, nie mógł. A milczenie znowu

Spadło nań; tylko ogień na ołtarzu

Trzaskał i świszczał. Weszli wejdaloci,

A Alleps podniósł Mindowsa za rękę,

I za świątynię czarną wyprowadził.

— Słowa wyroczni, rzekł Mindows, co znaczą? —

— Nie wiesz, Mindowsie, jacy to trzéj płaczą

W ciemnicy zamku, pod nogi twojemi,

Jakich dwóch zguba zemsty Bogów woła? —

— Wiém, na Perkuna! Dwa wilki zabiłem,

A troje wilcząt w ciemnicę wsadziłem.

Puścić ich? Jutro wyduszą mi stada.

Jutro na Litwę z wrogiem się sprzymierzą.

Puścić ich! Lepiéj niech gniją pod wieżą! —

A Alleps rzekł mu — Taka Bogów wola;

Uczyń, co zechcesz, lecz pomnij, o panie,

Straszny jest gniew ich, straszniejsze karanie

Więcéjże straszy cię otroków194 troje,

Niźli trzech Bogów gniew i ręka mściwa? —

Mindows milczący tylko skinął sługóm,

I żegnał starca. — Konia, wołał, konia! —

Bo sen mu jego przypomniał się straszny.

Przeczucie groźne piersi uciskało.

Koń stał. Złotego nie tknąwszy strzemienia,

Kunigas wsiadł nań i leciał, jak wicher,

Gdy na ramionach czarną chmurę niesie.

I on na czole dźwigał chmurę czarną!

Alleps spoglądał, lecz w mrokach porannych

Mignęły konie, potém tentent195 tylko

Dźwięczał nad rzeki brzegami, w pagórkach,

Odbity ciszéj, — uciekał, uciekał. —

I znowu cisza głęboka w Romnowe.

VII

Nad lasu wierzchołki wyniosłe

Dwie sosny głowami sięgają,

Na sosnach dwie pary gołębi

Wzlatują, szczebiocą, gruchają.

A sosny od ziemi spróchniałe,

Podcięte siekierą bartnika,

Zieloną gałęzią wiéwają,

Choć z dołu pożółkłe zsychają.

I dymią — Bo ogień dziuplami

Ku górze się wije milczący,

Rdzeń zjada i życie wypija.

I chwila, a wiater, co teraz

Gałęźmi wesoło kołysze,

Zawieje i sosny obali,

A łoskot po puszczy poleci,

I gdzie się gołębie podzieją?

Nad lasu wierzchołki wyniosłe

Dwie sosny głowami sięgają,

Na sosnach dwie pary gołębi

Wzlatują, szczebiocą, gruchają.

Puszcza myśliwych rogami dzwoniła,

I psy śpiéwały, goniąc za jeleniem.

Co żyło w lesie, darło się krzakami,

Łamiąc leszczynę bokami, głowami;

Leciały łosie i żubry z pastwiska

Spłoszone, w ciemne ukrywać się knieje,

A jeleń głowę uwieńczoną zwrócił,

Słuchał, poskoczył, znów stanął, i w biegu

Sadził przez drzewa, zawały, ruczaje.

Tuż za nim łanie tchórzliwe, nogami

Nie tknąwszy ziemi, leciały jak ptaki.

I stada kozłów pierzchały zdziwione,

Nie wiedząc, w którą uciec miały stronę.

Z tyłu myśliwy z łukiem się zasadził,

Z przodu ryś, zdrajca, czatował na drzewie,

Z boku ogary łajały, i coraz

Bliżéj ich głosy, coraz słychać było

Wyraźniéj szczeki radośne pogoni.

Aż meszka196 stary wywlókł się z łożyska,

Przeciągnął, oczy zaspane otworzył,

Najeżył szerścią197 i znowu położył;

Tylko łeb podniósł i z pogardą słucha,

Kto śmiał najechać bór jego spokojny.

Wilczysko szare, co wraca z obłowu

Obżarte, ciężkie, w głąb lasu umyka,

Patrząc dokoła. Tam lis żółty śpieszy

Do jamy swojéj na wzgórzu spokojnéj;

Strurchały zając pod krzakiem przypada,

A z drzew gałęzi zrywają się stada

Dzikich gołębi, spłoszonych cietrzewi,

I wron, i kruków, i gałek198, mieszkańców

Starego lasu, które czarną chmurą

Wznoszą się, krzycząc, i wzlatują górą.

Sokoł199 i jastrząb usłyszeli gwary,

I oba ciężko ze drzew się porwali,

Oba żeglują w powietrzu spokojnie,

Płynąc, jak łodzie po cichém jeziorze.

Lecz któż to puszczy przerwał ciszę długą?

Z dwóch stron dwa stada psów się odzywają,

I przeciw sobie idą i stawają.

Jakby wzajemnie spotkać się dziwiły.

Mindows w podróży dzień łowóm200 przeznaczył.

— Któż śmié w téj kniei zapuszczać ogary? —

Mówił, i gniewny wysłał sług swych pięciu.

— Weźcie mi śmiałka, przywiedźcie przede mnie.

W milczeniu słudzy posłuszni skoczyli,

Lecz się zaledwie w krzaki zapuścili,

Dwu jeźdźców nagle stanęło przed niemi,

A nim czas mieli wyrzec jedno słowo,

Piérwszy ich ciężkiém przekleństwem powitał.

— Ktoście? zkąd201? Jakiém prawem w moim lesie?

Związać, do zamku odesłać związanych! —

Milczeli, z strachu osłupieli słudzy —

Wtém Mindows przeciw nieznajomym skoczył,

Stanął — i słowa nie wyrzekł zdziwiony.

Piérwszy był łowiec202 z posiwiałym włosem,

Twarzą zoraną marszczki głębokiemi,

Silny, barczysty, znać nie z meszką203 tylko

W puszczach się dawniéj sam na sam potykał.

Na twarzy miecza znaczne były ślady,

Jak stare drogi zarosłe darniną;

Jednego oka brakowało w głowie,

Usta, przecięte wpół, sine wisiały.

Straszny był jeszcze, ze brwią namarszczoną,

Z czołem jak chmury piętrzącym się w wały,

Postawą dębu starego, piorunem

Roztrzaskanego, z zdrowemi konary,

Wzniesioném czołem i barki silnemi,

Któremi jeszcze wiatróm204 się urąga.

Drugi myśliwy tak przy nim wyglądał,

Jak kwiat, co rośnie pod dębu gałęźmi.

Krew z mlékiem lice, wysmukły jak brzoza,

Co ponad krzaki wyskoczy schylone,

I wzniesie czoło liśćmi umajone.

Długie mu włosy na barki spływały,

Złotą przepaską tylko przytrzymane.

Lekki łuk, lżejszy kołczan miał na barkach,

A konik pod nim, jak śnieg piérwszy, biały,

Strojny był w złotém wyszytą purpurę.

Dziecię to słabe, czy młoda dziewica?

Łatwo odgadnąć spójrzawszy205 na lica.

Było w nich męzkie206, odważne spójrzenie,

Uśmiéch kobiécy, rumieniec dziecięcy,

Duma i zapał, i cóś jeszcze więcéj,

Czego i Bojan207 żaden nie wyśpiéwa.

I Mindows spójrzał, a serce mu w piersi

Zabiło silniéj, niż kiedy u łoża

Ojca ogniste polano druzgotał.

Słudzy stanęli, szeptali, patrzyli

Pańskiego wzroku, rozkazu czekali.

Stary myśliwy krzyczał na Mindowsa —

— Ktoś ty? na Bogi! — kto jesteś, zuchwały,

Co mi tu kradniesz w moim lesie zwierza,

I o dniu białym wypłaszasz mi knieje?

Mów! Słyszysz! — albo tą strzałą, na dzika

Gotową, serce harde ci przebiję. —

— A ty ktoś taki? — rzekł Mindows spokojnie.

— Nie pytaj! stary odpowiedział w gniewie.

Ja pytam ciebie, jam tu pan, mam prawo;

Jak śmiałeś w las mój puścić się z ogary? —

— Bom pan i lasu, i twój, i téj kniei! —

Rzekl Mindows, gniew swój hamując na chwilę.

— Cóż to? nie znasz mnie? Znać dawno z tych lasów

Nie wychodziłeś za domowe progi. —

Imię twe? stary! Chcę wiedziéć! słyszałeś? —

A stary oczy błyskał iskrzącemi.

Wargi mu drżały, potém ciekło czoło,

Marszczył brwi, patrzał. — Tyś Mindows! na Bogi!

Zawołał, albo nim się tylko zowiesz,

Abyś bezkarnie z cudzéj wyszedł kniei. —

— Jam Mindows! groźno Kunigas powiedział;

Uderz mi czołem, starcze, jedź do domu,

I daléj moich nie przerywaj łowów. —

Wahał się stary, lecz córka mu dumnie

Krzyknie — To kłamca! Mindows w Nowogródku.

Spójrzyj208! — Także to Kunigas wygląda?

Z pięcią sług w obcéj sam jeden by stronie

Polował w kniejach? — Tyś nie Mindows, kłamco!

Hola, dodała, związać, bo uciecze209.

To zbieg z kurońskich granic lub bajoras

Pruski, przed mieczem Niemieckim spłoszony. —

Wtém Mindows dobył róg oprawny w złoto,

Zadął — I ziemia zatętniała wkoło,

Stu sług przebiło gałęzie splątane,

I milcząc swego otoczyli pana. —

Starzec nic nie rzekł, okiem Kniazia zmierzył,

Zsiadł z konia, upadł i czołem uderzył,

A wziąwszy nogę Mindowsa całował.

Córka na koniu przelękła została,

I lice drobną ręką zasłaniała.

Aż las się zatrząsł od Mindowsa śmiéchu —

— Gościnnie moi przyjmują poddani.

Ktoż ta Miedziojna210? Sudymuncie stary!

Córka to twoja? —

A bojar się podniósł

I odrzekł — Córka, panie! — Nie mam syna,

Jedna mi ona po żonie została.

Córka, lecz serce męzkie211 w piersi bije;

Z łukiem na plecach jeździ ze mną w knieje;

A gdy raz Niemcy grodzisko napadli,

Na wałach stała, jak dzisiaj na łowach,

I biła Niemców, jak bije jelenie. —

Mindows spoglądał, potrząsł czarną głową,

Jak dzik, gdy paszczę otworzy széroką.

— Na łowy, krzyknął, i do was, mój stary,

Pojadę chwilę odpocząć, do grodu —

Daleko jeszcze? — Tu w lasach, śród błota,

Zamczysko moje, na wałundę212 drogi. —

— Na łowy! daléj, — rzekł Mindows, i konia

Puścił ku lasu213. — Psy zagrały znowu,

I w ciemnéj puszczy myśliwi zniknęli.

VIII

Nad lasy, doliny, pagórki,

Ze grzmotem, błyskaniem, łoskotem,

Szła burza i wszystko niszczyła,

I ptaki się kryły na drzewach.

I zwierza kopały się w jamy,

I ludzie do numów214 zbiegali,

I sokoł215, co leciał wysoko,

Spadł z skrzydły zmokłemi na gniazdo.

Lecz gniazdo nie było sokole,

Drozd małe w niém tulił pisklęta;

I sokoł znów lata wysoko.

A piskląt już nié ma na gnieździe. —

Trzy dni ubiegły w Sudymunta grodzie,

Trzy dni na łowach, na ucztach, w spoczynku.

Mindows trzy razy złotego strzemienia

Dotykał nogą, i wracał się znowu.

I pił, ucztował, nie mogąc odjechać.

Czy mu miód lepiéj z Sudymunta czary

Smakował biały, czy łowy szczęściły

W kniejach tutejszych?? — Już dzień wschodził czwarty,

Siodłali konie, Mindows żegnał starca.

— Niech Marti przyjdzie, rzekł, pożegnać pana. —

— Tak rano! Jeszcze śpi dziecię kochane. —

— Zbudzić je, — krzyknął Mindows niecierpliwie.

Posłali. — Wkrótce weszła piękna Marti,

Jeszcze współsenna i rumieńcem nocy,

Jak rosą kwiaty, pokryła. Nieśmiała

Do nóg się pańskich żegnając schylała.

Mindows płomienném pożerał ją okiem.

— Pojedziesz ze mną, rzekł, wskazując na nią,

Pojedziesz ze mną, ja cię xiężną216, moją

uczynię żoną. Już konie gotowe.

Pożegnaj ojca, ja biorę cię z sobą. —

Ona spójrzała217, i w oczach niebieskich,

Na jedném łza się srébrzysta zrodziła,

Na drugiem radość zapaliła jasna;

Ale gdy ojciec zajęczał boleśnie,

Dwie łzy po białéj stoczyły się twarzy.

— Panie! rzekł ojciec, mojemu dziecięciu

Cześć to za wielka. — Ty żartujesz, panie!

Marti przy ojcu do śmierci zostanie.

Stary Sudymunt wszystko już postradał,

Co kochał, co go cieszyło, co życie

Słodziło starca. — Jedna pozostała,

Jedna mu córka. Czy ten skarb ostatni

Wydrze Kunigas?? Wszak w Litwie szérokiéj

Tyle jest dziewcząt od Marti kraśniejszych! —

Mindows go groźném zatrzymał milczeniem.

— Ja chcę! — rzekł dumnie; wybieraj się w drogę. —

I stąpił naprzód. Sydymunt mu czołem

Uderzył do nóg — Nieszczęsne spotkanie!

Zawołał — Biada tym łowóm i dniowi!

Patrz, Xiążę218! siwy włos na mojéj głowie,

Siwego włosa szczędzą i Bogowie;

Czyż ty się nad nim nie zlitujesz? Panie!

Czyż chcesz za wiernéj gościny nagrodę,

Skarb mój najdroższy uprowadzić z domu? —

Szyderskim śmiéchem Mindows odpowiedzał.

Stary się podniósł, a w oku już nie żal,

Nie łzy błyskały, lecz zemsty pragnienie;

Zacisnął usta i ręce, a stojąc,

Jak gdyby dziecię swém osłaniał ciałem,

Raz jeszcze usty219 jął błagać sinemi —

Kunigas! weźmij wszystko, weźmij ziemię,

Weź moje stada, i barcie, i ludzi,

Zostaw mi córkę! — Dam okup, dam złota,

Ile zaważy Marti, dwoje tyle. —

Mindows znów śmiał się i zatrzymał chwilę.

— Gdzież złoto? krzyknął; zkąd220 ono u ciebie? —

— Pójdę, rzekł stary, zdobędę na wrogu,

Zburzę mu miasta, wytnę w pień mieszkańców,

Ile rozkażesz, przywiodę ci brańców,

Ile rozkażesz, przyniosę ci złota,

Lecz nie bierz córki, bo mi weźmiesz życie! —

— Coż mi twe życie, rzekł Kunigas szydząc.

Stary, spróchniały dębie, coś niezdatny

Ani na belkę do chaty wieśniaka,

Ani na twardy oszczep dla wojaka?

— Na koń, bo miecza dobędę, na Bogi!

Nie próbuj gniewu; gniew mój — gniew Perkuna! —

Sudymunt jeszcze do nóg mu się rzucił

I płakał gorzko. — Mindows pchnął starego,

Szedł ku drzwiom, wiodąc Marti we łzach całą.

Lecz stary powstał i drzwi zaparł sobą.

— Nie pójdziesz! krzyknął, nie pójdziesz! chyba mnie

We własnym domu zabijesz na progu,

Zgwałcisz najświętsze gościnności prawo!

Nie weźmiesz Marti! Ja bym dziecię moje

Dał w szpony kruka, co rozdarł swych braci,

Co stos ojcowski krwią starszych obroczył,

Co w sercu nie ma dla sierot litości! —

Ja bym ci drogie oddał dziecię moje!!!

Nigdy! — Idź po mnie, zabij bezbronnego,

I śmiercią moją kup, jeśli chcesz, żonę! —

— Precz, Sudymuncie! — Mindows ku drzwióm kroczył,

Odpychał starca — on stał murem wryty,

Gniew coraz oczy bardziéj mu płomienił.

Skinał na sługi. — I wpadli siepacze.

Marti ojcowski oszczep pochwyciła;

Sudymunt sługi rozmiatał prawicą,

A Mindows, paląc się złością, szedł straszny,

Nic już nie słyszał, o wszystkiém zapomniał.

Pchnął; a Sudymunt upadł na kamienie

I krwią się oblał, jęczał i przeklinał.

Słudzy płaczącą Marti pochwycili. —

— Na koń! wrzał Mindows, na konie i w drogę! —

Wypadł w przedsienie, a głos gonił za nim —

— Przeklętyś, zdrajco, przeklęty na wieki!

Ty, twoje dzieci, ród twój, ziemia cała! —

Przeklęty! — Będziesz w ostatniéj godzinie

Na próżno także bronił twoich dzieci. —

I już z podwórca zamku uciekali,

A głos za niemi wciąż wołał — Przeklęty! —

Pędzili pół dnia, pędzili dzień cały,

Ptaki nad niemi i wiatry wołały,

Drzewa szumiały i rzeki — Przeklęty! —

IX

Marti jechała i gorzko płakała,

Za łzami drogi nie widać jéj było,

I słów Mindowsa nie słychać za łzami.

Pięknéj przyszłości obrazem, nadzieją,

Ona wpółmartwa w uszach ciągle miała

Ojcowskie słowo ostatnie — Przeklęty. —

A przed oczyma siwą jego głowę,

Skrwawioną strasznie, o kamień posadzki

Rozbitą, w prochu starzaną, zgniecioną.

Trzy dni, trzy nocy pędzili do grodu,

Czwartego ledwie, o zmroku, ujrzeli

Zamczyska wieże i mury czérwone,

Wodą, jak wstęgą siną, opasane,

I gród dymami siniejący z dala.

Mindows rozpuścił po gościńcu konie;

W godzinę stali u zamkowéj bramy.

Nazajutrz zamek zahuczał weselem.

Zwołano kniaziów, bojarów, kapłanów;

Kunigas Marti za żonę pojmował.

Marti z łez jeszcze nieotarte lice

Ukazać oczóm221 ciekawym musiała.

Z rozpuszczonemi na barki włosami

Siedziała w kącie Xięcia222 narzeczona,

O ojcu jeszcze dumając, o sobie,

I o przyszłości swojéj, krwią oblanéj.

Siedém dni uczta weselna tam trwała;

Mindows chciał zbrodnię zapomnieć; lecz w oku

Gniew wrzał mu jeszcze, i zgryzoty piekły

Serce xiążęce, i w uszach mu brzmiały

Wciąż jedne słowa — Przeklęty! przeklęty! —

Na próżno w rogi, w lietaury223 dzwonili,

Na próżno śpiéwy wesołe nócili224;

Wciąż jednym głosem w ucho Kunigasa

Wołał duch zemsty — Przeklęty! przeklęty! —

Złamałeś święte gościnności prawo,

A Bogi ciebie i ród twój ukarzą. —

Uciekał z tłumu, szedł do pięknéj Marti,

Lecz łzy jéj ojca przypomniały znowu,

I patrząc na nią, jakby na swą zbrodnię

Patrzał, i srożył, gniewał się i zżymał.

Siódmy dzień jeszcze na zamku święcili:

Noc była czarną osłoniona chmurą,

W świetlicach śpiéwy kobiéce dźwięczały,

Gorzał światłami gród Krywiczan cały,

W podwórcach beczki miód strumieniem lały,

U stołów starsi smerdowie, przybyłych

Przyjmując, rogi wychylali pełne.

Mindows uciekał od wszystkich, od żony,

Sam jeden wyszedł ku wrotóm zamkowym,

Z spuszczoną głową, z zaiskrzoném okiem,

Stanął na moście, oparty o wieżę,

I szarpał suknią na piersiach wzburzonych;

Za nim z daleka gwar został zamkowy;

Zaledwie uszu i śpiéwy, i mowy,

Z wiatrom dobiegły, niewyraźnym gwarem.

Tu cicho było; sargas jeden tylko

Z oszczepem w ręku po wałach przechodził.

Mindows stał, słuchał, i usłyszał — jęki!

Z głębi, zpod ziemi szły ku niemu głosy

Płaczliwe, ciężkie — i na głowie włosy

Wstały mu. Zdał się Sudymunta słyszéć,

Zdał się rozeznać w nich przekleństwa nowe.

Na ród swój cały i na swoją głowę. —

Słuchał, lecz uszy nie zwodziły; znowu

Głos szedł i jęki od wieży zamkowéj.

Jeden i drugi, i trzeci, i więcéj. —

To pojedyńczo boleśnie skomlały,

To razem wszystkie głośniéj się wznosiły. —

Mindows od wieży zawołał strażnika —

— Kto tu, rzekł, jęczéć śmie w dzień mój weselny?

Czyj to głos z ziemi na wierzch się dobywa? —

A strażnik pobladł, i usty drżącemi

Nie śmiał nic wyrzec, stanął martwym głazem.

Mindows go spytał znowu, i przekleństwo

Rzucił na sługę. — Przelękły, nieśmiało —

— Trzéj Montwiłłowi, rzekł, siedzą synowie,

I jak pisklęta nieustannie płaczą.

Wnet głębiej jeszcze zrzucę ich, byś, panie

Nie słyszał więcéj nienawistnych głosu. —

A Mindows myślał, z zachmurzoném czołem —

— Do mnie ich przywieść, rzekł, i zdjąć z nich pęta. —

Odszedł, a sargas smutnie potrząsł głową.

— Ostatnią sobie wypłakali chwilę —

Szeptał, i zeszedł w głęboką ciemnicę.

Na zgniłéj słomie siéroty leżały

Z spuszczoną głową, z przygasłemi oczy;

Twarze ich z dala wychudłe bielały,

A zdarte suknie ledwie osłaniały

Skostniałe członki z wilgoci i chłodu.

Starszy na rękach opartą miał głowę,

Średni do muru przyparł się barkami,

Najmłodszy leżał jęczący na ziemi.

Wszedł sługa, wszyscy obrócili oczy —

— Śmierć nam przynosisz? rzekł Wikind do niego;

O! niech Ci Bogi nagrodzą, człowiecze!

Lepsza śmierć jedna, niżli tysiąc co dzień,

W smrodliwym lochu, w pętach i niewoli;

Gdzież stryczek, gdzie miecz i siekiera kata?

Bracia, pójdziemy do ojca, do swoich. —

Zerwał się Wikind, podnieśli się młodzi;

Sargas w milczeniu pęta rozwiązywał,

I mówił do nich — Mindows was na zamek

Prowadzić kazał; kto wié, co gotuje,

Swobodę może, może przebaczenie! —

— O, nie, Wikind mu zawołał z rozpaczą,

On ojca zabił, stryja, nas zabije. —

I sciskał braci, rzucał się na szyję.

— Dziś w ziemi Wschodniéj będziemy z ojcami;

Skończone męki, życie utrapione.

Podnieś się, Erden, wstawaj, Towciwille!

Idziemy na śmierć! jaki dzień szczęśliwy! —

Sargas chciał szaty zdarte im odmienić. —

— Jakże staniecie przed nim w dzień wesela

W łachmanach starych, jak żebrak odarci? —

— Tak, rzekł mu Wikind, niech po sukni widzi

Co dusza nasza, co ciało cierpiało,

Jak się na szmaty zgniło, rozleciało—

Niech pęt czérwone policzy znamiona,

Bo łez i jęków nikt nam nie policzy. —

I wyszli bracia, Montwiłłowe dzieci,

I szli podwórcem zamkowym, wśród gwaru,

A kto ich postrzegł z biesiadników tłumu.

Myślał, że mary z Poklusa225 otchłani

Na ziemię cudem z rąk mu się wyrwały.

Tak lica blade, tak oczy zmęczone,

Tak ciała zbite, zsiniałe, zranione.

I szli przedsieniem, weszli do świetlicy;

Mindows przy ogniu siedział zamyślony,

Wzniósł oczy, spojrzał i powstał w milczeniu.

Ale litości nie widać w nim było,

Raczéj szyderski uśmiéch, co po wargach

Latał, jak jastrząb lata ponad niwą.

Wszyscy na braci oczy obrócili,

Nie śmieli żalu pokazać, lecz w duszy

Każdy żałował młodości zgniecionéj,

Kwiatu, któremu dzik rozrył korzenie.

Mindows z daleka patrzał na trzech braci —

— Wolniście, rzekł im, w świat idźcie, gdzie chcecie.

Na waszym ojcu zdrady się pomściłem;

Jak umiém karać, i wyście poznali.

Dość mi — i nie chcę znęcać się nad wami. —

Zawołał smerdę. — Każdemu sto koni,

Stu ludzi zbrojnych, trzy szaty, wór srébra,

I w świat! — Wasz ojciec postradał dzielnicę,

Wy nic nie macie. Z łaski méj wam daję

Czém w świat się puścić. — Dokoła nas kraje,

Łatwe zdobycze — Ruś wam stoi całą,

Jak niegdyś ziemia Krywiczan leżała;

Upadłe jabłko pod jabłonią starą,

Po które tylko schylić się i zgarnąć.

Idźcie; — trzy miecze, trzy dzielnice wasze.

Co miecz zdobędzie, niech głowa utrzyma.

Zbierzcie lud w Litwie, idźcie na Ruś razem,

A jeśli Bogi poszczęscą wyprawie.

Pomnijcie, żeście mnie winni i życie,

I kraje wasze, i hołd, i daninę.

Posłuszni stańcie, kiedy na was skinę.

A kiedy stosy wojenne zapalą,

Montwiłła dzieci niech piérwsze z oszczepem

Poskoczą wszystkie do boku Mindowy. —

Rzekł i na braci rzucił wzrok surowy.

Ci stali biedzi, milczący, a w głowie,

Jak sen im dziwny, szły Mindowsa słowa.

Starszy padł twarzą, upadli dwaj drudzy,

Milcząc przed panem uderzyli czołem.

Skinął i wyszli, a wieść zamek cały

Dziwna przebiegła — Mindows po raz piérwszy

Przebaczył! Dzieci Montwiłła uwolnił,

Obdarzył, z ludźmi wysłał na wyprawę! —

I nikt nie wierzył, wszyscy się cisnęli

Widzieć ich, dotknąć, i pytali wszyscy

— Co znaczy łaska? co kryje łagodność?? —

X

Siedm226 lat ubiegło, jak Montwiłła dzieci,

Z mieczem, z nadzieją, na Ruś wyjechali.

Mindows na Litwie swobodnie panował,

Kuronów więzy227 przywiązał złotemi,

Ugłaskał dzikich i połączył z swemi.

Mindows z Zakonem Niemieckim wojował,

Lecz Zakon jego, ani on Zakonu

Pożyć228 nie mogli; jak dwaj zapaśnicy,

Sparli się, stali i sił sprobowali229,

I nieruchomi trzeciego czekali,

Co by dopomógł zwycięztwem230 przeważyć.

A z Rusi wieści dziwne przybiegały,

I Mindows wierzyć nie chciał uszom swoim,

Posłańców z wzgardą i śmiéchem odprawiał.

Trzéj synowcowie231, Montwiłłowe dzieci,

Poszli, na Rusi trzy xięztwa232 zdobyli,

W trzech wielkich xięztwach siedzieli swobodni,

Żaden daniny Mindowsu233 nie płacił,

Żaden z pokłonem nie przysłał bojara234;

I Mindows wierzyć nie chciał głuchéj wieści,

Śmiał się, urągał, odgrażał, a czasem

Za miecz porywał i na Ruś iść żądał.

To znów miecz rzucał i oko sokole

Zwracał na Prusy, na Zakon, co z jaja

Kluł się, jak orzeł, coraz rosnąc w siły,

I już do lotu skrzydła podejmował.

Prawdą to było, czemu on nic wierzył.

Sprzyjały Bogi siérocéj wyprawie —

Pustą Ruś stała z mogulskich235 łupieży,

Lud rozproszony tułał się po lasach,

Warownych grodów wały zarastały,

Mury waliły, zaborole gniły,

I puszczyk z wierzchu wieży się odzywał.

Gdzie sioła były, popioły zostały,

Gdzie cerkwie święte — belki osmalone

Na czarnéj ziemi leżały zbroczone —

Na łąkach trawy spasły Tatar236 konie,

Na polach chwast się pożółkły kołysał,

Gdzieniegdzie tylko ślad życia pozostał

W świéżych mogiłach, w białych jeszcze krzyżach.

I weszli na Ruś odważne otroki237,

Zajęli zamki, lud z lasów zwołali,

Wały podnieśli, zaborole wbili,

I mury puste kamieniem podparli.

Lud wyjrzał z lasów, cisnął się pod grody,

I zasiał sioła, zamieszkał swe chaty,

Łąki zieloność okryła majowa.

Pola pod pługiem czerniały na nowo,

Cerkwie się święte żółciły na wzgórzach,

Wróciło życie, odwaga, nadzieje.

Tak Wikind Witebsk z garstką swego ludu

Podbił, i w zamku xiążęcym panował,

Towciwiłł Połock238 zajął pod moc swoją,

Erden z Smoleńskiem239 Drucko240 opanował.

A tyle kraju krwi nie kosztowało,

Ni łez, ni boju, bo pustką leżało.

Z garstką tam ludzi wygnańcy przybyli,

Tysiące Rusi241 pod władzę podbili,

I z ludem swoim łącząc się, na wieki,

Litwy się Bogów, ojców swych zaparli,

I w cerkwi świętéj chrzest wszyscy przyjęli,

Krzyż całowali, na piersi nosili,

Chorągwie swoje krzyżami znaczyli,

Litewską pogan skórę precz rzucili.

Ale w ich duszy było pogan znamię,

Chęć zemsty trwała, gniew niezapomniany.

Złączeni z ludem, ostrzyli oręże

Na matkę swoją, na Mindowsa głowę.

I przez lat siedém zemstę swą kowali.

Siedém lat rękę kniazióm podawali,

Siedm lat z Zakonem szeptali po cichu.

Siedém lat wojsko tajemnie zbiérali.

Aż silni związki242 i wojskiem stanęli.

I rzekli — Pora za ojca, za stryja,

Za ciężką naszą młodych lat niewolę,

Pomścić się. Puścić ogień w Litwy lasy,

I kopytami roznieść zboże z łanów,

Mieczem do kropli wylać krew litewską,

Zasiać na miejscu grodów i siół mnogich,

Pustynie, zgliszcza, mogiły zielone —

Tryznę243 dla duchów sprawić niepomszczonych!

XI

W połockim zamku trzéj bracia na radzie,

Jak Litwę zniszczyć, stryja upokorzyć.

Każdy z nich swoje zdanie w szalę kładzie;

Jęli się spiérać, i waśnić, i sporzyć.

— Stójcie, rzekł Erden, najmłodszy z trzech braci;

Nam zgody trzeba, więcéj niżli rady,

Zgody trzem z sobą i zgody z sąsiady.

Mistrz nam swą pomoc obiecał, poprzysiągł,

I kniaź Daniłło244 do wojny gotowy.

Czegóż chcieć więcéj? Iść, bić i pustoszyć!

Na Nowogródek pociągniemy siłą,

A nim się Mindows zdziwiony obudzi,

Wpadniem, zabierzem; w świetlicy, gdzie ojciec,

Gdzie stryj zginęli, krwi się ich pomściémy245.

Mistrz Inflant246 swoich wysyła rajtarów,

Daniłło ruskich otroków247 nam daje,

Nasze trzy wojska nie pobiegą248 z placu.

O ojcze! pomścim świętéj twojéj głowy,

Na zbójcy twoim, na dzieciach i rodzie.

Do ostatniego zgnieciem niemowlęcia! —

— Lecz Litwę, myślisz, rzekł Wikind ponuro,

Łatwo zwojować, jak zgnieść pisklę w ręku!

O, nie! Ruś jeszcze Mohilnę pamięta;

Kto wié, co czeka — zwycięstwo czy pęta?

Śmierć może! Mindows oczyma sowiemi

W dzień i w noc patrzy i śledzi dokoła,

Zemstę gotuje, jak my tutaj jemu!

Nie wierzcie, bracia, zwycięztwu łatwemu.

Nie razem trzeba, koleją zaczepiać.

Znużyć go walką ciągłą, nieustanną,

I ze stron wszystkich obsaczyć249 jak zwierza,

Miotać nim, targać, aż postrada siły,

Wówczas dopiéro na Litwę padniemy,

Jak jastrząb pada na zlękłego ptaka. —

Mieczem i ogniem kraj cały przejdziemy,

Grody zdobędziem i ziemie zajmiemy. —

— Na imię boże! rzekł Towciwiłł średni,

Nikt nie wié losu i końca wyprawy,

Aż z niéj powróci, zrachować do domu

Część łupów swoich, albo swego sromu.

Wiedział Świętosław, że mu zponad250 Niemna

Nad Styr aż przyjdzie bez hełmu uciekać?

I ze Lwem251 razem z sromotnéj porażki

Wynieść miecz tylko złamany na dwoje,

Ranę i pamięć przegranéj, na duszy,

Tak ciężką, jako kamień na mogile? —

Szła Ruś naówczas w wielkiéj rati252 sile —

Kurdas im wysłał seciny Mogułów253,

Ściągnęli ludu chmury jak szarańczy,

Szli tłuszczą z szumem, ze śpiéwem, i wcześnie

Łyka na brańców kręcili po drodze.

A jak wracali!! krwią i łzami zlani!

Bracia! Bóg chrześcijan254 wié, co będzie z nami!

I w imię Jego pójdziem pomścić ojca!

Czas już, zaprawdę, bo wiek w nas przygłuszy

I żądzę zemsty, i boju pragnienie,

I pamięć ojca, i naszych krzywd własnych. —

Ja pierwszy na się Mindowsa wywiodę,

Wyślę mu z wieścią starego Litwina —

On dani zechce, ja posły odprawię

Z urągowiskiem; Mindows przyjdzie z swemi.

Tu go pożyjem255; na swojém śmiecisku

Lepiéj się walczy, niż na cudzéj ziemi.

Ruscy go prędko z Połocka wygonią,

My siądziem na kark, pognamy do Litwy. —

Mówił, i wszyscy przystali na zdanie,

Zaraz starego zwołali Litwina,

I iść mu prosto na Litwę kazali,

A o synowcach oznajmić Mindowie,

Że się na Litwę zbierają i grożą,

Że urągają Kunigasa władzy. —

— Mów, rzekł Towciwiłł, tak, żebyś mu z serca

Gniew dobył wielki, żebyś go zapalił,

Żeby twéj mowy nie wysłuchał końca

I wyszedł na nas przed zachodem słońca.

XII

Przez bory, błota, puszczami, siołami —

Szedł z Rusi poseł w Mindowsa stolicę.

Zwał się on Letas256, wiek styrał na służbie

Niewdzięcznym panóm257. Zsiwiały, schylony,

Jeszcze im służył, choć mu sił nie stało;

Chyba słowami, nie ręką być sługą.

Stary lis, znał on, gdzie jak począć było,

Gdzie chytrym, prostym, gdzie mężnym się zrobić,

Gdzie słowy, radą, gdzie posłużyć głową,

Gdzie ręką zbrojną i twardym oszczepem.

Dawniéj Mindowsa towarzysz młodości

I łowów sługa — doradźca258 swawoli.

Niejedną sarnę objechał on w zimie,

Nieraz na wdzięczne dziewczę naprowadził;

Teraz on został Towciwiłła sługą,

W Rusi wojował i przeżywał długo,

I wrosł259 do cudzéj jak do swojéj ziemi.

Stary znów Litwę młodych lat zobaczył,

Litwę, któréj się widzieć nie spodziewał,

Bo chrzest na Rusi przyjął ze swym kniaziem

I siadł już ziemię uprawiać spokojnie.

Z kijem wędrowca wszedł w kraj swój znajomy,

Usłyszał język, ujrzał swojskie twarze,

A w sercu, mchami starości porosłém,

Iskra się jakaś młoda odżywiła,

Którą wspomnienia jare rozdmuchały.

Szedł i nie suchém spoziérał już okiem

Na kraj, który go otaczał, wesoły

Tak, jak gdy młody z mieczem go przebiegał,

Z łukiem na plecach i procą u pasa.

I dawne Bogi w serce kołatały,

Dawne przesądy w głowie się plątały,

Dawnego życia nałogi wracały.

Powitał Kielo Dejwasa260 kamienie,

I święte gaje, i święte strumienie,

A choć w ich świętość dawno stracił wiarę,

Z nałogu wracał w obyczaje stare.

Gdy sigonotę261 spotykał na szlaku,

Bił mu pokłony, kraj szaty całował,

Liście świętego dębu od kapłanów

Kupował w drodze i wieszał na szyi.

Popiół od Znicza ołtarzy miał w torbie,

I krew ofiarną na płótnie zsuszoną.

Kobolóm w chatach skłaniał się pokornie,

A gdy noc padła, idąc na postanie,

Krzyżem się zbroił od szatańskiéj siły. —

Bo w głowie jego dwa życia walczyły,

Dawne i nowe, a w obliczu ziemi,

W któréj przepędził młode swoje lata,

Wszyslko mu młode do piersi wróciło.

Już nowogródzki zamek witał stary,

Znane mu mury, i wieże, i wały,

Znane mu drzewa i domy; lud tylko

Nieznanych twarzy, inny, wzrosł tu młody;

Starzy ku ziemi od lat się schylili,

Ci wzrostem, tamci wiekiem się zmienili.

A zamek stary stał zawsze ten samy,

Jedna mu szczerba nie przybyła w murze,

Jedna mu cegła nie wypadła z boków.

Woda tak płynie, jak dawniéj dokoła,

Dwie wieże w górę harde wznoszą czoła,

I zaborole ostry grzbiet swój jeżą.

Za niemi widać straż wolnemi kroki

Idącą z hełmy, szłykami na głowie,

Mieczami w ręku, z dala świécącemi. —

Stary wszedł na próg zamkowy, drżąc w sobie;

Tak mu się żywo przypomniał wiek młody,

I panowanie Ryngolda olbrzyma.

— Bogi niech strzegą tego domu progów,

Rzekł w wrotach. — Jestem podróżny z daleka —

Chciałbym odpocząć — Z Rusi idę, bracie!

Dawniéj służyłem Kniaziowi waszemu.

Może mi dacie położyć gdzie głowę,

I przespać precz noc w podwórcu pod wroty. —

Sargas nań spójrzał262 i popchnął wzgardliwie.

— Precz ztąd, włóczęgo, — poszczują cię psami —

Zamek to pański, nie żebracza chata. —

— Na Litwież to ja? odrzekł Letas stary —

Nie wierzę uszóm i oczóm nie wierzę!

Dawniéj najlichszy żebrak o gościnę

U pana prosił i nie był popchnięty.

A za zgwałcenie gościny szła Maras263,

Czérwoną chustą trzęsąc nad siołami,

I ród występnych wysłała trupami.

Teraz. — A teraz, sargas odpowiedział,

Idź, bo na zamek Kunigas Mindowe

Przyjmuje tylko sług swoich i braci. —

— I jam też sługa — Letas odpowiedział;

Lecz stary sługa, niezdatny — dlatego

Pod wroty leżę i psami mnie szczują.

Spytajcie starszych, wszak Letasa znają,

Może w twarz spójrzą, i choć mi na twarzy

Lata deptały, poznają zmienioną. —

Nadeszli słudzy i patrzali z dala;

Letas niektórych zwołał po imieniu,

A choć w żebraczém i lichém odzieniu,

Poznany został. — Na zamek go wwiedli

I u ogniska rozpytywać siedli.

Kniaź wracał z łowów i postrzegł żebraka.

Skinął nań, Letas padł do nóg Mindowsa.

— Nie poznasz, panie, starego już sługi,

Z torbą żebraczą i siwemi włosy.

Jam Letas, panie, i z Rusi powracam!

Mindows zsiadł z konia i szedł do świetlicy,

Letasa z sobą przed ogień prowadził,

Usiadł na skórze i jął się go pytać.

— Wyszedłem, panie, z Towciwiłłem młodym

Na Ruś bogatą po łup i zdobycze.

Bogi szczęściły, podbiliśmy ziemię

Széroką — Końca i z najwyższéj góry

Nie zajrzysz wkoło. Lud z lasów powrócił

Do siół spalonych, na zgliszcza domowe.

Piękna Ruś, panie! Każdy z twych synowców

Xięztwo264 wziął, jakie sam wybiérał sobie.

Cuda tam, jakich nie ujrzysz na Litwie:

Futra bogate, naczynia złocone,

Bronie za morzem przez duchy robione,

Zbroje z żelaza i ze stali kute,

Stada ogromne i bydła, i koni.

I czegóż nié ma! Lasy zwierza pełne,

Rzeki ogromne, jeziora jak morza,

Dęby jak słupy niebo podpiérają,

Pola kłosami jak falą spływają.

Takie to ziemie Montwiłłowe dzieci,

Twoim orężem, o kniaziu, podbili.

Ale na Litwę zapomnieli swoją,

Na ciebie nawet zapomnieli, panie,

Swoich się Bogów wyrzekli i wiary —

Wszyscy chrzest w cerkwi Rusinów przyjęli,

I zaprzysięgli się na twoją zgubę!

Stary, jam na to nie mógł patrzéć długo,

Ja pamiętałem, żem był twoim sługą.

Rzuciłem wszystko, wziąłem kij żebraczy,

I tu do Litwy zawlokłem się mojéj. —

Mówił, a Mindows porwał się ze skóry,

Zacisnął pięści, tocząc wzrok ponury —

I pytał znowu, srożył się i zżymał,

A Letas ogień wybuchły poddymał.

I badał starca o xięztwach podbitych,

O ziemiach tamtych, o synowców spisku. —

Letas mu mówił, jako się zjeżdżali,

Jak Litwę-matkę napaść zamyślali,

Jak Mistrz Inflancki podał kniaziom rękę.

— O hańbo! krzyknął Mindows rozjuszony.

Jam ich na Rusi wyprawił podbicie —

Samem na siebie podał im oręże.

O, lepiéj było zdusić ich w ciemnicy,

Wilczęta, których nie ugłaszcze człowiek —

Lepiéj ich było oślepić, i z kijem

Wyprawić żebrać i modlitwy śpiéwać —

Lepiéj, o lepiéj stokroć jeszcze było

Z ojcem i stryjem wyprawić ich razem!

Lecz stójcie — Mindows ma miecz Ryngoldowy,

Miecz ten niejednéj spróbował już głowy,

Trzy mu się jeszcze na potém zostały,

Lecz na trzy jeszcze ostrza mu wystarczy. —

XIII

Wrzał Mindows gniewem, jak wrą jezior fale,

Gdy burza wzdyma, o brzeg rzuca niemi,

Jak wrą i szumią bory wichrem zgięte,

Gnąc swe konary i ścieląc po ziemi;

Jak orzeł, gdy mu z gniazda wezmą dzieci,

Jak dzik, gdy strzała uwięźnie mu w oku. —

Aż Letas z dala drżał przed gniewem jego. —

A głosem Kniazia nie Krywiczan zamek,

Nie gród Krywiczan jeden się rozlegał,

Głos jego Litwę przelękłą przebiegał;

Ludzie padali milczący, pobledli,

I cicho drżący nawzajem pytali —

Kogo Mindowsa straszny gniew obali? —

Wpośrodku zamku, na wzgórzu, nad wodą,

Stał stos z smolnego zrzucony łuczywa;

Stos to wojenny. — Kiedy się zapali.

Płoną po całéj Litwie wojny stosy,

Każdéj się góry wierzchołek zażega,

Z sioła do sioła ognisko przebiega,

Stanie się odbić nad morzem Kuronów,

Nad świętym Bugiem, nad Styru brzegami,

Nad Wilją265, Niemnem, błotnistą Prypecią.

I gdy stos wojny w nowogródzkim zamku

Zapalą, wojną Litwa się rozlega.

Co dźwignie oszczep, łuk naciągnąć może,

Wszystko wychodzi na skinienie pana.

Kniaziowie z zamków z swemi poczty śpieszą,

Bojary ludzi po siołach zgarniają.

I płacz po Litwie żon, niewiast i dzieci,

I jęk po Litwie na płomieniach leci.

A lud, co został po siołach bezbronny,

Pędzi się w lasy, za błotami kryje,

I słucha, rychło wróg wbieży w pustynie

Z mieczem i ogniem, mszcząc się za swe klęski?

O, stos to straszny — i długo stał zimny,

Aż urósł wielki, jak gniew Kunigasa.

Każdy dzień jedno dorzucał łuczywo,

Każdy dzień gniewu do serca doléwał,

I w wieczór jeden — płomień objął wielki

Suchy stos wojny; — błysnęło na zamku,

Buchły płomienie; na górach sąsiednich

Żółte im głowy stosów wtórowały.

A wkoło, jakeś pójrzał266, po równinie

Płonęły wszędzie, migały z daleka.

I słychać było płacz żon, jęki matek,

Krzyki dorosłych, giętych łuków chrzęsty,

I proc świstanie, i zmięszane267 głosy

Pożegnań, pieśni, wojennego śpiéwu.

Cała się Litwa płomieniem objęła,

I wrzała gniewem Kunigasa swego.

Starce, co jeszcze z Ryngoldem walczyli,

Co piérwsi w Rusi po Mogułach268 siedli,

Wiżos269 wdziewali, szłykiem głowę kryli,

Z łukiem na plecach i oszczepem w dłoni,

Z pałką za pasem, biegli w swoich grodach

Łączyć się z starych dowodźców270 orszakiem.

Na progach numów271 żegnał się syn z matką,

I płakał, ciesząc272, że z łupem powróci; —

W grodach xiążęta273, bojary, smerdowie,

Tłumy swych ludzi szykowali zbrojne,

A wejdalota błogosławił wojnę,

I przepowiadał zwycięztwa i sławę;

A burtynikas274 poległych imiona

W pieśniach potomnym podać obiecywał,

Nieśmiertelnemi uczynić na ziemi.

Ówdzie się z młodą Litwin żegnał żoną,

Dziecię na ręku jéj śpiące całował,

Wychodził, wracał, usiadał na progu,

Modlił Kobolóm, Kawie lał ofiary,

I szedł, i tęském ozierał się okiem,

Aż mu za lasem znikła chaty strzecha,

Męztwo275 z zapałem do serca wstąpiło.

Już gasły stosy, biegli wojownicy;

Pod nowogródzkim zamkiem usłał niemi;

Jakby mrówisko276 rozsypane nogą,

Czerniało z dala — wrzało i szumiało.

Daleko w polach, piesi, jezdni, tłumnie

Biegali, stali, leżeli, krzyczeli,

Pieśni śpiéwali i strzelali z łuków.

Jeszcze Kunigas nie dał znać do boju,

Czekali, a tuż drogami wszystkiemi

Lał się lud zewsząd, jak na wiosnę wody

Lecą z gór warcząc czarne, zapienione.

O, któż wypowié, co w Mindowsa sercu

Działo się, kiedy z okna zamkowego

Na lud swój pójrzał, nie mógł zliczyć tłumów,

A ciągle nowe ufce277 przybywały,

Aż, tak jak zajrzał, doliny usłały,

I gród ich pełen, i lasy sąsiednie,

A gwar nad wojskiem, jak szum puszczy staréj,

W powietrza falach ciągle się kołysze

I mile głaszcze Kunigasa ucho.

Pieśni wojenne nad tłumy żeglują,

Jak śpiéw słowika wiosną ponad krzewy.

Mindows wciąż słucha, sercem, duszą całą,

I czeka jeszcze — jeszcze ludu mało.

Aż gdy ich było jak piasku nad morzem,

Jak dészczu kropli, jako gwiazd na niebie,

Rzekł — Dość; — i z zamku na białym się koniu

Sam ruszył naprzód — A wnet wojsko całe,

Odgłosem jednym ochotnym zabrzmiało,

I z rykiem wściekłym za jego śladami

Biegło, leciało, rzucając oszczepy.

— Ha, synowcowie278! wołał Mindows w gniewie,

Nie chcę ja inszéj od was teraz dani,

Jak głowy waszéj, ziem waszych i grodów,

Które, jak wodą, ludem mym zaleję.

Szli, aż gdzie stary dąb był ponad drogą

Tam wejdaloci ofiarę i wieszczbę

Czynili wojsku przed wielką wyprawą.

I braniec Rusin, z nagiemi piersiami,

Stał, krwią swą mając wróżyć im na drogę.

Czemuż tak rychło Mindows ztąd ucieka,

Czemuż do końca ofiary nie czeka?

Nikt nie wié — ale smutni wejdaloci

Spuścili głowy, ręce załamali.

Biada ci, ludu, — zła wieszczba na wojnę!

— Zła wróżba, — z cicha w tłumach powtarzają;

I zmilkły śpiéwy i zwolniały kroki,

I każdy westchnął, oczy zasmucone

Zawrócił jeszcze na rodzinną stronę —

Jakby ją żegnał, może raz ostatni.

Mindows się pędzi na swym koniu białym,

Za nim kniaziowie, starsi i bojary,

Z spuszczoną głową, milcząc w tropy jadą —

I lud się wlecze, lecz teraz leniwo.

Zła wróżba wszystkim odwagi odjęła,

Wojna straszniejsza niż wprzódy stanęła.

Patrzcie! Sam Mindows pośród drogi staje.

Coż znowu? drugaż jeszcze wróżba licha?

Żółta tam liszka279 przez zagony sadzi —

A liszka wrócić do domów im radzi;

Lecz któż powróci, kiedy serce pała

Gniewem i zemstą, kiedy siłę czuje,

I w swój upadek i w zły los nie wierzy?

Pojechał Mindows, wojsko się ciągnęło,

Poszli, tylko się bojaźliwsi starzy

W lasy rozpierzchli, do domów wrócili.

Młodszym na sercach piekła żądza boju,

I chciwość łupów, i sławy pragnienie. —

Poszli w Ruś, poszli!! — a krucy280 stadami

Lecieli kracząc wojsku nad głowami;

I coraz większe, czarniejsze ich chmury,

Na próżno chcą je odegnać strzałami;

To się rozpierzchną, to w górę podniosą,

A lecą ciągle i kraczą złowrogo;

I gdzie się stada spotkają z nowemi,

Garną je w siebie. — Rzekłbyś, wojsko drugie

Powietrzem ciągnie, ostrząc dziób i szpony.

I słychać jako Litwie urągają,

Jak się paść trupy281 Litwinów zmawiają.

Tylko Jaćwieże wróżby się nie boją. —

Jaćwież się śmierci nie lęka, ni wojny;

On w pieśniach braci żyć pewien na wieki,

Umrze z pogodném w ustach pożegnaniem,

Z ręką na sercu! A duch jego leci

Prosto do Wschodniéj, do ojców ziemicy!

Jaćwieże naprzód pędzą niezlęknieni,

I pieśni wojny dzień i noc śpiéwają.282

Jaćwiezka283 pieśń wojenna

Bądź mi zdrowa, miła,

Bądź mi, ojcze, zdrowy!

I dziadów mogiła —

I ogniu domowy!

Bądź mi zdrowy, bracie,

Bądź mi zdrowa, żono!

Nie czas siedziéć w chacie,

Stosy zapalono.

Pójdę ja polować

Na wrogi, daleko —

Palić i rabować

Za dziesiątą rzeką.

Za rok powróciemy284,

Zastukam do chaty —

To wam przyniesiemy

Z Rusi łup bogaty.

Ojcu szatę drogą,

Matce pieniądz złoty,

Żonie zausznice

Zamorskiéj roboty.

A jeśli po roku

Bracia wrócą z wojny,

Nie płacz, ojcze miły,

Syn twój śpi spokojny!

Duch już w ojców kraju

Dziadóm285 się pokłonił,

I za cieniem wroga

Daleko pogonił.

O, nie żal nam życia,

Nie żal naszéj ziemi;

My w pieśni na wieki

Żyć będziem ze swemi!!