XXXV

W rogu świetlicy blada lampa świéci,

Rzuca blask drżący ponad głowy dzieci —

Śpią one. Złoty włos ich pomięszany,

Spojone usta, rączki na ramiona

Wrzucili sobie, i w bratnim uścisku,

Snami dusz w kraju wieczności spoczęli.

Nad niemi Marti klęczy, i modlitwę

Cichą za dzieci do Boga posyła;

A łzy srébrzyste płyną zpod666 powieki

Na głowy synów, na piersi ich białe.

Marti ich chrześcijan667 Bogu poleciła,

Chrystusa matki za niemi prosiła:

Ona zna boleść, — sama matką była.

Sama po synu, za synem płakała.

Czuje zgon blizki668; bo Mindows szalony

Zwycięztwem669 Litwy i odstępstwem syna,

Srogiemi męki chce probować żony,

Ażeby Boga swego odstąpiła.

A Marti w sercu modli się do Boga,

Żeby jéj męki nie dał dożyć srogiéj —

Bo słaba, męczarń lęka się i siebie —

Bóg ją wysłuchał — I oto w modlitwie

Twarz się promieni, łzy płynąć przestają.

Oczy wlepione na niebo patrzają —

I radość w nich się nadziemska maluje.

Po raz ostatni swe dzieci całuje,

I jeszcze łzami swemi błogosławi.

Potém krzyż złoty kładzie pod ich głowy,

Modli się jeszcze, pada na posłanie,

Czując, że z niego więcéj już nie wstanie.

Po dwakroć zrywa się, oczy podnosi

Na dzieci swoje — i upada znowu —

Usnęła — śpi już snem szczęśliwych ludzi,

Z którego nic ją więcéj nie obudzi,

Nawet dziecięcia płacz ukochanego.

Usnęła — nad nią niebo się otwiéra,

Chrystus Pan jasne ukazał oblicze.

Promienną głowę, Boskie oko swoje,

Którego jedno gdzie padnie spójrzenie670,

Rozbija ciemność i burze uśmierza,

I na raj ziemię oschłą z łez przemienia.

A wkoło niego archaniołów cztéry

Błyszczą uwite w wielki wieniec złoty.

Przy boku Matka, co razem na syna

I na świat patrzy, i serce swe dzieli

Miłością Boga i miłością ludzi;

Niebieską, białą osłoniona szatą.

I stóp jéj czarny trup węża zgnieciony,

Na czole wieniec z siedmiu gwiazd spleciony;

Z serca Jéj promień na ziemię upada,

Promień miłości, co objął świat cały,

I na Jéj syna odbił się obliczu. —

I widzi Marti niebieską krainę,

Widzi, jak z niebiós po złotym promieniu

Anioł się śmierci spuszcza nad jéj łoże,

Nie straszny potwór, co życie wydziera,

Z kośćmi suchemi i wygasłem okiem,

Biały to poseł szczęśliwéj wieczności,

W szacie ze światła, z gałęzią zieloną

Pokoju, szczęścia! — z złotemi skrzydłami —

Na jego ustach uśmiéch się kołysze,

W oczach łza błyszczy, na wpół łza wesoła,

Wpół łza litości — Nią płacze po stracie,

Z temi, z któremi zmarły się rozdziela.

O! jak łagodnie przymyka powieki,

Jak lekko duszę na ręce przyjmuje,

Żadna tak matka dziecięcia nie tuli;

I jak ją pieści, gdy z nią w niebo leci! —

Oto u łoża Marti w głowach staje,

Czeka jéj duszy — Już w jego objęciu,

I białą szatą otulił już drżącą —

Leci z nią — Marti pół w niebie, a jeszcze

Dwakroć od nieba za dziećmi swojemi

Duszą się matki zwróciła ku ziemi.

Rankiem wszedł Mindows do żony świetlicy,

Z nim dwóch ewarte i dwóch wejdalotów,

Słudzy, siepacze za niemi cisnęli —

I stali w progu, iść daléj nie śmieli.

Marti leżała blada na pościeli.

Ale ust tchnienie już nie poruszało,

Życia na licu, w rumieńcu nie było,

I piersi wpadłych oddech nie podnosił.

Złożone ręce, zamknięte powieki —

Weszli, a hałas nie zbudził uśpionéj —

Tylko się dzieci porwały z posłania,

I dwoma głosy matki zawołały.

Mindows stał nad nią niemy i wybladły,

Trup żywy jeszcze nad nieżywym trupem. —

— Umarła! — krzyknął, i zamilkł ponuro,

Aż płacz dziecięcy zdrętwiałego zbudził.

— Na konia! woła, na wrogi, za wiarę! —

Leci w podwórzec zjadły, bez pamięci,

— Na koń! na wojnę, na mnichy671, na Lachy! —

Wypadł najpierwszy, za nim tłum się goni,

I całe wojsko zpod zamku się rusza,

Rozwija, wielkim boju krzyczy głosem,

W ślad bieżąc, kędy podkowy złotemi

Koń jego drogę wybija przed niemi.