XXXVI

Biada téj ziemi, w którą koń Mindowsa

Bieży, za sobą wiodąc ludu tłumy;

Bo kędy czarną powieje on grzywą,

Sypie z niéj iskry, i sioła goreją;

Kędy on parsknie, mór nozdrzami bucha,

Ludzie padają, zwierz rycząc ucieka —

I pusto, ani ujrzysz w siołach człeka,

Ani bydlęcia w spokojnéj zagrodzie,

Ani kłosami wyzłoconych łanów.

Tylko szlakami leżą trupów stosy,

I pędzą stada bydląt, niewolnika:

I słychać pieśni zwycięzkiéj672 odgłosy,

Jak się z płaczliwą zwyciężonych mięsza.

Mindows na Lublin goni lacką ziemią.

Drewniany zamek oblega płomieniem;

Wpadł, zniszczył, wrócił z łupem i jeńcami.

Danjel673 Halicki w ślad za nim się goni,

I zgliszcza puste osadza swojemi.

Łupy Mindowsu674, Danjelowi675 kraje.

Zaledwie wrócił w nowogródzki zamek,

Połockie posły czołem biją jemu,

Proszą na wojnę przeciw Smoleńskiemu.

Mindows chorągiew trzechtwarzą676 rozwija,

Leci na Smoleńsk, pustoszy krainę,

A powróciwszy, zastał Tatar677 doma.

Więc na Tatary gna z ludem, i z granic

Wypchnął najezdców678 i zatrzasnął wrota.

Nie śmie wróg napaść — Mindowsa poznali:

Ręka spoczęła i siły nabrała;

Na kogo wzniesie ją, nie ujdzie cało.

Zaledwie zima pochody strzymała,

Ale wre w sercu żądza niezgaszona,

Pragnie krwi jeszcze: długo wojnę zwlekał,

Bezczynny leżał, na to święto czekał.

Teraz niełatwo zrzuci szłyka z czoła,

I do sąsiadów o pokój zawoła.

Wrócił na zamek, spojrzał po świetlicach.

Naprzeciw ojcu wyszło dzieci dwoje,

Same, i nié ma komu wieść za rękę.

Pusto na zamku, pusto! Jeszcze słychać

Pogrzebu wonie; w niewieściéj komnacie

Sprzęty jak dawniéj rozrzucone leżą:

Kądziel zerwana, krośna679 niedotkane.

Rąbki680 nie całkiem681 kraśną nicią szyte;

Jak gdyby Marti wyszła w sad za rutą,

Jakby za różą wyszła w las zielony,

Jakby ze sługi na łąkę wybiegła,

Lub płócien swoich bielących się strzegła.

Mindows dziesięćkroć do świetlicy wkroczył,

Jak gdyby szukał czegoś; a gdy zoczył

Krosna milczące, kądziele porwane,

I rąbki białe kurzawą zwalane,

Wrócił znów, siedział u ogniska długo,

Wysyłał patrzeć pogody na dworze,

Czy z wojskiem swojém już w pole wyjść może?

A zawsze sługa odpowiadał — Panie!

Zawieje kręcą śniegami białemi,

Że ani nieba, ani widać ziemi. —

Znowu Kunigas usiadał682 na skórze,

Na ogień patrzył, to po zamku kroczył,

I błędnym wzrokiem aż do komnat toczył,

W których Królowę zdał się widzieć jeszcze.

Raz wieczór szumiał śnieżystą zawieją,

W ognisku węgle niedogasłe tlały;

Mindows gdzieś myślą uciekł w dawne boje.

Pamięcią wojny znów odbywał swoje,

Gdy w ucho jego — pieśń kobiéca wleci —

Zerwał się, bieży do świetlicy dzieci,

I szybko podniósł ode drzwi zasłonę —

Spojrzał i stanął, a oczy zdziwione

Słupem się wryły — Nie postąpił krokiem.

Nie wyrzekł słowa długo. — Cóż zobaczył? —

Królewską kądziel w ręku białogłowy,

U stóp jéj dwoje bawiących się dzieci. —

Ona śpiéwała — Piosnka tak wesoła,

Dawno od zamku ścian się nie odbiła;

Ona śpiéwała, i w swém śpiéwie cała

Kędyś pieśniami w kraj pieśni uciekła.

I Mindows patrzał. Nie Marti to z grobu

Powstała młodszą, bo nie Marti lice;

Twarz jéj weselsza, ognistsze źrenice.

I głos nie Marti Królowéj, a przecie

Inna, a tamtéj podobna; tak kwiaty,

Na jednéj oba kwitnące łodydze,

Jednéj są barwy, woni, choć ich lica

Nie jedne obu. — Zamężna? dziewica? —

Kto ona? — myślał, i postąpi ku niéj.

Naówczas z ławy zerwie się kobiéta.

Uciekać pocznie — On goni i pyta —

— Ktoś ty? — odpowiedz. — Nie służebna moja?

Nie z dworu mego, obca, znać ze stroju,

Ruskie to szaty. — Ktoś ty, i zkąd683 tutaj? —

Klękła kobiéta, i podniósłszy oczy,

Mówić mu zacznie — Przebacz, Kunigasie!

Jam siostra Marti cioteczna, na pogrzeb

Zjechałam tutaj, bo nie było komu

Xiążęcéj684 żonie płakać na pogrzebie;

Przybyłam, żal mi sierot było rzucić,

I od dnia do dnia odkładam powrócić.

A tam mąż czeka i gniewa się może! —

Jutro ztąd685 jadę, dziś wieczór ostatni,

Chciałam się dziećmi méj siostry nacieszyć. —

— Po cóż od sierot, rzekł Mindows, się śpieszyć?

Czy na xiążęcym zamku źle wam może,

Małe wam izby, niewygodne łoże?

Lub sług wam mało, nudno saméj jednéj? —

— O! nie, nie źle mi! — lecz nudno za swemi,

Doumand sam został, i nie wojny pora.

On u ogniska siedzi, nié ma komu

Pieśnią lub słowem dum rozerwać smutnych. —

— Doumand, rzekł Mindows z szyderskim uśmiéchem,

Znajdzie pociechę, zapomni o stracie;

Wam gdy tu dobrze, zostańcie przy bracie. —

I siadł u ognia, skazał Doumandowéj

Kądziel rzuconą i piosnkę przerwaną

Kończyć. — Kobiéta długo się wzdragała;

Uciekać myśli, jednak nie ucieka,

I twarz odwraca, a patrzy zpod oka,

Dąsa się niby, usta w uśmiéch strojąc.

Aż wpół ją porwał Mindows i posadził.

I kazał śpiéwać — Ona milczy jeszcze,

Nić długą ciągnie, białą ręką zwija,

To spuści oczy, to wzniésie na niego.

A tak jéj wdzięcznie zawstydzonéj, gniewnéj,

Że Mindows patrzy wciąż na Doumandowę,

Zapomniał piosnki i oczy w nią wlepił.

Aż dzieci poczną cóś bełkotać do niéj,

I ona ku nim rumianą twarz skłoni,

Pieści się z niemi, na kolana bierze,

Włos złoty głaszcze i całuje w czoło.

Kunigas patrzy — Trzeba dziecióm matki,

Trzeba i mnie żony — niech im matką będzie,

A dla mnie żoną. — Wstał, po izbie kroczy.

— Zostaniesz tutaj, rzekł jéj; do Doumanda

Gońca ślę jutro, by ciebie nie czekał. —

Wyszedł, i zaraz szlakiem ruskim bieży

Spudo z podarki w xiążęcą stolicę.

Nazajutrz xiężna topi we łzach lice.

— Pozwól mi jechać, do swoich powrócić! —

Mindows się śmiéje — Alboż źle ci ze mną?

Pozostań tutaj — Dziś w nocy duch Marti

Nad łożem mojém ukazał się biały,

I mówił do mnie, bym cię wziął za żonę;

A jak duch kazał, ja zrobię, na Bogi! —

Za dwa dni xiężnie łezka znowu z oczu

Wytrysła biała, i prosi Mindowsa —

— Puść mnie do męża, odpuść mnie do domu;

Po moich smutno, i mąż mnie przeklina. —

— Mąż cię zapomniał i wziął sobie drugą;

Tyś moją, Marti! — duch cię mnie poślubił.

Niech Doumaud milczy, bo włość mu najadę. —

A dnia trzeciego xiężna jeszcze prosi,

Ale tak cicho, że słów jéj nie słychać.

Kunigas nic już na prośby nie mówi —

Lecz przyszedł wieczór, — on u nóg jéj siedzi.

Ona go pieśnią litewską kołysze;

A rano ledwie z kobiécéj świetlicy

Wychodzącego widzą domownicy. —

Już dnia czwartego milczy Doumandowa,

Nie prosi wracać do męża i domu.

A na jéj czole nié ma kropli sromu686.

W drogich bursztynów sznury się ubrała,

Perłami włosy złote posplatała,

Kraśnemi szaty piersi osłoniła,

I śpiéwa w oknie stojąc jak jaskółki,

Kiedy do gniazda na wiosnę przylecą.

A dnia piątego Mindows na Doumanda

Wspomniał, i ona usta mu zatuli.

Śpiéwać zaczęła, zagłuszyła słowa,

I zaśpiéwała — Jam nie Doumandowa;

Kunigas wielki zaślubił mnie sobie,

Dał sznury pereł i bursztynu sznury,

Dał szaty złote i szaty z purpury —

Do ubogiego grodu nie powrócę.

Pana mojego na wieki nie rzucę. —

Aż dnia szóstego goniec z Rusi śpieszy;

O Doumandowéj mąż wieści się pyta —

Kiedy mu wróci, dawno po pogrzebie,

Czegóż się bawi w nowogródzkim zamku? —

Gońca ode wrót odegnali słudzy;

A ona stała w okienku wesoła.

I złote włosy czesała śpiéwając;

Gońca widziała, jakby nie widziała.

Perły nizała i piosnkę śpiéwała.