Witoldowe boje

I

Dlaczego duchem po rodzinnéj ziemi

Błądzę ja zawsze, rozkopując groby,

I szukam życia zgasłego pod niemi2,

Życia wśród prochów, śmierci, wśród żałoby?

Dla czego idę ze świata upiorem3

Na Anafielas, gdzie naddziadów4 cienie,

Z łukiem na plecach, a w rękach z toporem,

Z siwemi brody5, siadłszy na kamienie,

Płaczą i patrzą ku rodzinnéj stronie

Szklannemi6 oczy7, bez łzy i uśmiechu,

Sparłszy8 na oręż spracowane dłonie,

Sparłszy na ręce piersi bez oddechu?

Dla czego duch mój nie pójdzie z żywemi9

Życiem dzisiejszém10 serca rozweselać,

I bujać z niemi, i rozśmiać11 się z niemi,

I ich roskosze12 i radość podzielać?

Dla czego w górę zwracam tęskne oczy,

i szukam duchów, co w nieba wzleciały,

W kraj nieśmiertelny, smutny a uroczy?

Dla czego z niemi i w nim żyję cały?

Dla czego w pieśni umarłych, co ludzi

Piersi nie grzeje, serca nie porywa,

Wiecznie się głos mój wysila i trudzi,

I ledwie ustał, znowu się odzywa?

Czemu sam jeden na Anafiel lecę,

Na próżno ciągnąc zimny lud do siebie;

Wskazując przeszłość, stary ogień niecę,

Sam tylko, Litwo, mając łzy dla ciebie?

Czemu?? — nie powiém, i wy nie powiécie13,

Bo nikt z was nie wié14 słowa téj zagadki:

Z piastunki ręku15 czemu drobne dziécię,

Płacząc, się ciągnie do grobu swéj matki?

Matką mi — przeszłość, a piastunką — życie.

II

O morze! sine morze! kto nad cię piękniejszy?

Z wszystkich Stwórcy objawień kto większy od ciebie?

Nic twych wdzięków nie zgasi, wielkości nie zmniejszy;

Piękneś w obliczu ziemi i piękne przy niebie,

I wielkie, i ogromne, jakby Bóg cię stworzył,

Aby wieczność wystawił16, ludzi upokorzył.

Czy słońce się przegląda w twéj zielonéj fali,

I, topiąc swe promienie w przezroczyste głębie,

Stem17 barw ciebie ubiera, płomieniem zapali,

Lub maluje, jak opal, jak szyje gołębie,

Czy noc czarna zapadnie, Menes18 wejdzie blady,

I strugą światła śrébrną19 wysypie swe ślady,

Ty zawsze wielkie, piękne, ty zawsze cudowne!

Oko ludzkie, co na twych przestrzeniach spoczywa,

Drogie myśli z twych głębin, obrazy czarowne,

Droższe pereł, korali, nurzając, dobywa;

A ucho twego głosu słuchając zdumiałe20,

Zda się słyszy, jak w niebie nócą21 Bożą chwałę.

Ciche, tyś wielkie, straszne w swoim majestacie,

W lazurem, zielonością wyszywanéj szacie;

Zburzone, ty falami bijąc brzeg zszarpany,

Rycząc, z wnętrzności białe wyrzucając piany,

Trwogą napełniasz serce, duszę niepokojem,

Jakbyś ziemię pochłonąć chciało w łonie swojém.

Morze! czemuż ten, co cię pokochał namiętnie,

Jak piérwszą miłość w duszy, pamięć twoję22 chowa,

I wspomina o tobie z uniesieniem, smętnie?

We snach ku twoim brzegóm23 zwraca mu się głowa

I serce na szmer fali podnosi się twojéj,

A w oczach wciąż twa wielkość i piękność mu stoi?

III

Chmurne niebo nad głowami,

Żółte piaski naokoło,

W dali szumi bałwanami24

Sine morze burzą wzdęte,

Wyżéj Świętéj Góry czoło,

Sosnowym wiankiem opięte,

Chmury lecą po niebiosach.

Po ziemi piasku tumany,

Wiatr w sosen zielonych kosach25

Wyje burzą rozpasany,

I zaszumi gdzieś na chmurze,

To na morzu, to na górze.

Znowu cicho, znowu fale

Konają na piasków łonie,

Chmury toczą się wspaniale,

Sosny zgięte wznoszą skronie,

Cisza wkoło, którą zrywa

Ptaków gromada krzykliwa.

Lecz już znowu ryczy morze,

Piaski z brzegów wiatr rozprasza,

Chmury rozrywa i porze26,

Sosen gałęzie podnasza27,

Lecz nie słychać w burzy ryku

Sosen szumu, ptaków krzyku.

Wieczór chmurami odziany,

Już zachodnie gasną zorze

Blaski krwawemi28; bałwany,

I dalekie błyszczy morze,

A na górze zza gęstwiny

Dym się w niebo podniósł siny.

Na górze, w sosnowym wianku,

Bieleją mury świątyni;

W niéj goreje bez ustanku

Ogień Litewskiéj Bogini;

Dwanaście dziewic swojemi

Tli go rękoma białemi.

I nieraz żeglarz zbłąkany,

Gdy burza z łodzią szaleje,

Wierzch góry w sosny odziany,

Ogień, co na górze tleje,

I Bóstwo wzywa w rospaczy29,

Aż znak wybawczy zobaczy.

Pusto; na niebios przestworzu

I ptak jeden nie przeleci;

Łódź nie czernieje na morzu;

Na ziemi w piasków zamieci

Duchy szalonemi skoki30

Na Bałtyk lecą széroki.

I znowu wiatr się uśmiérza,

Chmury rzadnieją31 nad głową,

I wolniéj fala uderza

W żółtą mieliznę piaskową,

Ptaki nad morze wzleciały

A sosny szumieć przestały.

Czyjaż tam suknia bieleje

Na wydmach piasku w oddali?

Wiatr jasnym fartuszkiem wieje.

Czy to bóstwo wyszło z fali?

Czy to Bałtyku królowa32,

Po kochanku płacze wdowa?

Czy to morza córa biała

Zbiera rozpierzchłą drużynę,

Którą burza rozsypała,

Bijąc o brzeg fale sine?

Czy zbiera rybki, co drgają,

Na piasku wody czekają?

Czy to Praurma33 góry swojéj

Idzie kapłanki odwiedzić?

Służby, co w świątyni stoi,

Tajemne kroki dośledzić?

Praurma, co na Litwy niebie

Nie zna możniejszéj nad siebie?

Nie bóstwo to, nie duch morza,

Żmudzka to idzie dziewczyna,

Widymuntówna to hoża,

Bojara córka jedyna,

Wejdalotka z Świętéj Góry

Śpieszy pod ołtarza mury.

Na głowie wianek ruciany,

Na szyi sznur bursztynowy,

Rąbek34 biały spływa z głowy,

Fartuch w dzwonki obszywany,

A koszulka z lnu żmudzkiego,

Jak piana morska białego.

Niespokojna — noc zachodzi,

Gasną zorze, duchy wstają,

Z morza na spróchniałéj łodzi

Już topielce przybijają,

I po brzegach wyć poczęli,

Pastwę35 ciągną do topieli.

Duchy nocy już głosami

Ptaków krzyczą, i czarnemi

Skrzydły36 wioną nad głowami,

Smutne pieśni nócąc37 ziemi.

Ona śpieszy — noc zapada,

A przed nocą wrócić rada.

Już pod górą, a po błoni38

Słychać tentent39 i parskanie:

Jakiś jeździec za nią goni;

Miecz mu brzęczy, a w kołczanie

Pióra strzał zaszeleściały40,

A koń parą bucha cały.

Ona bieży, on ją goni;

Po piasczystéj41 lecą błoni;

Ale biały koń wyściga

Coraz dziewczę, coraz bliżéj,

I jak strzała tylko miga,

Ku niéj prędzéj, ku niéj chyżéj.

Aż ją dognał; ona stała,

Serce biło, twarz pałała;

On jéj w oczy zadziwiony

Patrzał długo, patrzał śmiało.

— Dziewczę! z któréj idziesz strony?

Co cię w burzę tu zagnało? —

— Córką jestem Widmuntową,

Wejdalotką z Świętéj Góry;

Bracióm42 strawę niosłam dniową43,

Gdy mnie burza, gdy mnie chmury

Na morskim brzegu zastali44,

I dzień cały zatrzymali.

Teraz wracam do ołtarzy.

Nie czyń złego, puść mnie, panie!

Bóg podróżnych niech ci zdarzy

Szczęsną drogę, powitanie

W progu zamku, gdy spoźniony45

Do dzieci wrócisz i żony. —

— O! do zamku mi daleko!

Widmuntówno! nie dziś stanę;

Za siódmą on stoi rzeką,

A gdy wrócę, nie kochaną

Żonę, ale psy, sokoły,

Powitam w nim, niewesoły. —

I poleciał. Ona stała;

Raz ku górze, dwa ku niemu

Tęskno, smutno spoglądała;

I powoli ku swojemu

Szła ustroniu, a dumała

Z okiem w ziemi, w myślach cała.


Jasne niebo, znikły chmury,

Żółte piaski złotem świecą,

Na wierzchołek Świętéj Góry

Stada dzikich ptaków lecą,

I krążąc nad nią wokoło,

Pieśń zaśpiewały wesołą.

Już nie szumi gaj sosnowy,

Morze do snu się kołysze,

Fala, brzeg całując płowy,

Ledwie szmerem przerwie ciszę.

Światło wkoło, radość wkoło,

W niebie, na ziemi wesoło.

Tam rybacy z siecią płyną

I pieśniami brzeg żegnają,

Wiosłem wodę porąc46 siną,

Pieśnióm47 wtóry wybijają.

Światło wkoło, radość wkoło,

Na ziemi, morzu wesoło.

Ale słońce już zapada

Do kąpieli po upale,

Na noclegi ptaków stada

Lecą w jezior ciche fale,

A Święta Praurymy Góra

Cieniem słoni48 się ponura.

Tylko na jéj sosen skronie

Jeszcze słońce rzuca blaski;

Stoją w złocistéj koronie,

Ponad morze, ponad piaski

Harde, smutne wznosząc głowy,

Stróże świątyni Królowéj.

Czyjaż tam suknia bieleje

Na żółtych wydmach w oddali?

Wiatr jéj rąbkiem jasnym wieje.

Czy to bóstwo wyszło z fali?

Czy to Bałtyku Królowa,

Po kochanku płacze wdowa??

Czy to morza córa biała

Zbiera rozpierzchłą drużynę,

Co fala powyrzucała,

Bijąc o brzeg fale sine,

I zbiera rybki, co drgają,

Na piaskach wody czekają?

Czy to Praurma góry swojéj

Idzie kapłanki odwiedzić?

Służby, co w świątyni stoi,

Tajemne kroki dośledzić?

Praurma, co na Litwy niebie

Nie zna możniejszéj nad siebie?

Nie bóstwo to, nie duch morza,

Nie Praurma w ludzkiéj postaci;

Biruta, Żmudzinka hoża,

Wraca od rybaków braci,

Z rucianym wiankiem na skroni,

Z próżnym koszem w białéj dłoni.

Znowu tęskni, znów ją goni

Jeździec na siwym żmudzinie49;

Niedźwiedzi ma szłyk50 na skroni,

Burka51 czarna z ramion płynie,

Łuk rogowy, miecz u boku,

W ustach uśmiech, duma w oku.

Widmuntówna go ujrzała

I szła daléj — serce biło;

Zrumieniona, w strachu cała,

W sercu, w uszach jéj tętniło;

Nie widziała, gdy ją witał,

Nie słyszała, gdy zapytał:

— Dokąd? Widmuntówno hoża!

Dokąd poźnym52 znów wieczorem?

Już zachodnia gaśnie zorza,

Krucy kraczą ponad borem —

Duchy lecą, widma lecą,

Kaukie53 złém już okiem świecą! —

— Kapłanką jestem Zniczową,

Wejdalotką z Świętéj Góry;

Bracióm54 strawę niosłam dniową55,

Pod świątyni wracam mury.

Od złych duchów, złego człeka,

Praurmy broni mnie opieka. —

— Widmuntówno! pojedź ze mną.

Dość kapłanek ma Prauryma.

W moim zamku pusto, ciemno,

I zaświecić komu nié ma56;

Zamek smutny, opuszczony —

Dzieci nie mam, nie mam żony.

Pojedź ze mną. Skarb mój mnogi,

Sług mam wielu, kraj széroki,

Skarby kładnę57 ci pod nogi,

Sługóm każę strzedz58 twe kroki59,

Złote wieńce, miękkie szaty,

Kraj mam wielki, dwór bogaty.

Widmuntówno! pojedź ze mną;

Siwy nas uniesie dwoje.

Pod zasłoną nocy ciemną

W Litwę polecimy moję60.

Nim się druga noc rozściele,

Na Trokach będzie wesele. —

— O, nie, panie! jam Zniczowa61,

Wejdalotka z Świętéj Góry;

A kto przysiąg nie dochowa,

Perkun karze ogniem z chmury;

Kto przysiąg świętych62 naruszy,

Perkun karze ogniem w duszy.

Porzuć Widmuntowe dziecię.

Sto na Żmudzi dziewcząt, panie,

Pójdzie z tobą, gdy zechcecie,

Dzielić na Trokach mieszkanie.

Jam piérwszy wianek z méj głowy

Rzuciła w ogień Zniczowy. —

— Sto kapłanek ma Prauryma,

Jest tam komu Znicz rozdymać63;

U mnie w Trokach jednéj nié ma

Domowy ogień utrzymać.

Ucieczka będzie tajemną,

Siadaj na koń i jedź ze mną. —

— O, przed Bogów okiem, panie,

Żaden krok się nie utai.

Przez morski odmęt, otchłanie,

Z głębi lasów, z ludów zgrai,

Bóg wywlecze przeniewiercę

I piorunem trafi w serce.

Tu mi miejsce, tu przysięga,

Tu mój ojciec, bracia mili,

Tu rodzinnéj rzeki wstęga,

Tu mi żmudzki ptak mój kwili,

Wszystko moje, kraj mój miły,

Wejdalotkę uwięziły. —

— Litwa, Żmudź — siostry rodzone,

Język bratni, kraj to krewny,

I dłonie ich połączone,

Los ich nie rozerwał gniewny.

Twa rodzina — mą rodziną.

Siadaj, jedź ze mną, dziewczyno!

Piękny zamek na jeziorze,

W zamku wesołe komnaty,

Tłumy sług na moim dworze.

Sznury pereł, drogie szaty,

Xiążęcą64 czapkę na skronie,

Złotą kądziel dam ci w dłonie.

Będziesz wieść xiążęce życie.

Wśród sług wesołego dwora,

Śpiewem budzona o świcie,

Śpiewem uśpiona z wieczora,

Na posłanie twe puchowe

Kładąc od trosk wolną głowę. —

— O, nie, panie! o, nie, panie!

Ja chcę tylko żyć ze swemi.

Za roskosze65 wszystkie stanie

Roskosz widzenia swéj ziemi.

Tu mój ojciec siwy żyje,

Tu mój brat z morzem się bije.

Tu dzieciństwa zeszły lata,

Nad morzem muszle zbierała,

Na tym brzegu jam czekała

W poźną66 noc rybaka brata,

Tum67 zrywała piérwsze kwiaty,

Tam w dolinie dym méj chaty. —

Ona bieży, on ją goni;

Próżno dziewczę się wyrywa,

Po piasczystéj68 lecą błoni.

Z wiatrem końska igra grzywa,

Burka z wiatrem się poddyma.

Kiejstut dogonił ją, trzyma,

I porywa, na koń sadza.

— Próżne łzy, Biruto, twoje!

On nie takie staczał boje,

Nie taki łup uprowadza.

Nigdy łzy go nie skruszyły,

Nigdy jęk nie wydarł siły.

Leci Kiejstut, a na ręku

Płacze swojéj braci, ziemi,

Płacze, w głośnym lejąc jęku

Żal za rodziną, za swemi,

Płacze sercem i oczyma,

Płacze dziewczę — płacz nie wstrzyma —

I tak woła: — Bogi moje!

Zwiejcie burzę, gromy ślijcie,

I kapłankę weźcie swoję69,

I niewolnicę odbijcie! —

A Bogowie nie słuchali,

Jeździec coraz jechał daléj.

Ona woła: — Ojcze stary!

Wyślij lud twój, sługi, woje,

Na porywcę70 wzywam kary,

W obcych rękach dziecię twoje. —

I nie słuchał ojciec stary,

Jeździec sadził przez obszary.

Ona woła: — Bracia moi!

Wy na morzu, wy daleko,

Nie ujrzycie siostry swojéj.

Siostrę waszą w połon71 wleką. —

I bracia jéj nie słuchali,

Jeździec coraz leciał daléj.

— Nocy czarna! straszna nocy!

Nie gaś słońca, niechaj płonie.

Saułe72! wzywam twéj pomocy,

Świeć mym bracióm na pogonie;

Gdy mnie szukać się rozbiegą73,

Wiedź ich prosto śladem jego. —

Lecz i słońce nie słuchało,

Nie słuchała noc jéj czarna,

Piaskiem drogę zasypało.

Siwy biegł, jak leci sarna,

Kiedy łowiec74 za nią w lesie

Psy i strzały zbójcze75 niesie.

Ona płacze; łzy jéj biegą,

A za łzami, za lasami,

Ni domku ojca starego,

Morza z złotemi brzegami

Nie widać, ni Świętéj Góry,

I Praurymy znikły mury.

Wszystko znikło przed jéj okiem,

Wszystko minął jeździec w biegu;

Już na polu gdzieś szérokiém,

Na nieznanéj rzeki brzegu.

Ona to, co postradała,

Jeszcze w mokrych oczach miała.

IV

O! dzień to wielki, dzień był uroczysty.

Gdy kurzem osunięty, cały krwią oblany,

Kiejstut na zamek zawitał ojczysty,

A sługa w bramie, z zgiętemi kolany76,

Z łbem nachylonym, powitał go słowy:

— Kniaziu! do zamku gość nam przybył nowy.

Serce Kiejstuta zatrzęsło się w łonie.

On przeczuł, jaki gość na zamku świeży;

Więcéj nie pyta, z potu otarł skronie,

Konia porzucił i w świetlicę bieży.

Biruta siedzi na łożu rumiana,

A białą piersią karmi swe pacholę,

Wstała na nogi przeciw swego pana

Z radośną krasą na wesołém czole.

— Patrzaj, Kiejstucie! syn ci się narodził!

Ty syna chciałeś, masz mieczu77 dziedzica,

Co, jak ty, będzie w krwi krzyżackiéj brodził,

Co, jak ty, będzie bicz i nawałnica

Na wrogów Litwy! Weźmij go na ręce

I pobłogosław w imie78 Bogów Litwy. —

A Kiejstut syna podniósł, i dziecięce

Rysy rozpatrzył79. Czy rękę do bitwy,

Oczy wojaka ma, siły żołnierza?

Patrzy i patrzy, czoło mu jaśnieje.

Dziecię nie płacze na widok rycerza,

Rączki podaje, do niego się śmieje,

Już nie ku matce, ku ojcu swojemu.

Na wpół weselem, wpół się smutkiem kraje

Biruty serce — synu80 jéj małemu

Lepiéj żołnierski uścisk zasmakował

Niżli matczyny; syn już od jéj łona

Wyrwał się, bojów zapachu skosztował;

Znów będzie samą, znów osamotniona!

Zdjął szłyk81 i usiadł Kiejstut, i kołysze

W niedźwiedziéj burce na kolanach syna,

A matka patrzy, niespokojna dysze82,

Oczyma wodzi, serce jéj się ścina,

Jak Trockie, w mrozy zimowe, Jezioro.

Łzów83 nie uronisz, Widmuntowa córo,

Ale cię boleść, jak mróz kwiaty, zwarzy,

Dziki swój pazur zostawi w twéj twarzy.

Już do twéj piersi nie zrywać się jemu;

Ojciec kołysze rękoma twardemi,

A Witoldowi tak lubo84 małemu;

Lepiéj niż kiedy piersiami białemi

Tyś go karmiła, i piersią kobiécą

Do snu na próżno chciała skleić oczy.

Patrz, on się śmieje; na powieki lecą

Mary wesołe, sen jakiś uroczy.

Kiejstut Birutę pocałował w czoło.

— Dzięki ci! Rodź mi takie, jak ten, syny85.

Trzeba ich Litwie, by stanęli wkoło

Murem żelaznym bezbronnéj krainy,

Któréj gór, morza, gdy Bogi nie dały,

W piersiach swych synów ma morza i wały;

Trzeba nam ręki i głowy do boju,

Bo długo jeszcze nie będzie na Litwie,

I nigdy może nie będzie pokoju —

I żyć nam w boju, i umierać w bitwie. —

Mówił, a słowa leciały do ucha.

Ona słyszała, a jakby nie słucha;

Cóś86 może biedna o swym synu marzy,

Bo widać myśli na schmurzonéj twarzy.

I nic nie rzekła, nie odpowiedziała,

Syna przyjęła, cisnęła do łona,

Piersi mu białéj do ustek podała;

Dziecię nie wzięło — żółcią zaprawiona.

Ilekroć Kiejstut powracał z wyprawy,

Bieżał87 do syna — piérwszy to syn jego.

Piérwszy raz serce, co w bój wrzało krwawy,

I do dziecięcia zabiło małego,

I biegło, jako łanie ku swym biegą88.

A kiedy przybył, nie ściskał dziecięcia,

Ani je tulił, ni pieścił ustami,

Lecz na żołnierza chował pacholęcia,

Grając mu w rogi i dzwoniąc szablami;

Nie chował syna jako ptaka w klatce,

Co go hodują, aby pięknie śpiewał;

Nie dał kobiétom, własnéj nie dał matce,

A pierś mu męzką89 prawicą rozgrzewał;

Nosił jak orlę do łowów uczone,

Jako sokoła, co, gdy skrzydła wzrosną,

Spójrzy90 na ptastwa91 stada wylęknione

I puści na nie z źrenicą radośną92,

I pójdzie w górę bujać po obłokach;

Chował go, jako chowają ogary,

Którym krew lizać, mięso szarpać dają,

Aby, gdy przyjdą do lat, w zgrai staréj

Poszły, za starą nie zostały zgrają;

Chował do boju Witolda młodego,

Na niewygodach, na łowach, na koniu;

A w odpoczynku nie pieśnią kobiécą,

Ni śpiewem dziewic ucho mu głaskano,

Ale Jaćwieży93 pieśni mu śpiewano,

Co ogniem idą, ogień w sercu niecą,

I całe życie potém w duszy świecą;

Pieśni o dziadów zapasach szalonych,

Pieśni o ojców bojach utrapionych!

Niemi94 młodego karmią bez ustanku,

Niemi do serca ojciec mu kołata.

O! bo najdaléj, co w życia poranku

Do serca pójdzie, w serce się zaszyje,

Tego nie zetrze wiek, życie nie zmyje,

Tego poźniejsze95 nie zagaszą lata.

Ledwie zagrzebiesz, na wierzch znów wychodzi,

Człeka odżywia i znowu odmłodzi.

Napróżna96 praca! Gdy w serce upadnie,

Myśl czy uczucie pozostanie na dnie

I długie lata, jak koncha97 perłowa

W przepaściach morza duszy się przechowa.

V

Płyną lata jak fale, wiatr losu je wzdyma,

Płyną falą do brzegu, o brzeg się rozbiją,

I rozprysnął się bałwan, a po nim nic nié ma!

Trochę piany, którą się suche piaski myją,

Trochę muszli, i rybek, i bursztynu bryła,

Co się wstydząc przed słońcem, do ziemi zaryła.

Czasem fala o brzegi kiedy się rozbije,

Piany nie pozostawi, nie rzuci bursztynu,

Rozpryśnie się o skały, zimny kamień zmyje

I topielca wyniesie, na postrach dla gminu98.

Nikt fali nie policzy, fali nie wywróży,

Pogody nie przepowié, nie przepowié burzy.

Płyną lata falami na trockiém zamczysku,

I Biruta nie płacze po żmudzkiéj rodzinie,

Wieczór99 tylko w zachodu jaskrawym odbłysku,

Gdy, jak morze, jeziora świecą fale sinie100,

Kiedy wody zaszumią, ptak jaki zakwili,

Ona myślą ucieka do ubiegłych chwili101,

I wspomina na ojca102, wspomina na brata,

Na świątynię Praurymy, na ojczyste kraje,

Na pamiątki z innego, z młodzieńczego świata,

Których do szczęścia sercu Biruty nie staje103,

Ale nie pójdzie ona za rodziną swoją,

Bo przy łożu Biruty dwie kolebki stoją.

W jednéj kolebce córka śpi z złotemi włosy104,

Xiężycowe105 ma jasne oblicze, spójrzenie106,

I pogląda, jak xiężyc, gdy wejdzie w niebiosy,

Siejąc po białym świecie srébrzyste promienie;

Jako gwiazda przyświeca nad dolą matczyną;

Przy niéj mroki przyszłości jaśnieją i giną.

W drugiéj kolebce matki i ojca nadzieje,

Młody Witold usypia. To słońce u wschodu

Jeszcze wielkiémi blaski107 po świecie nie sieje,

Lecz słońce i olbrzyma rozpoznasz za młodu.

Inaczéj gwiazdy świecą, srébrny xiężyc108 świeci,

Inszym109 wzrokiem patrzają110 drobne ludu dzieci.

On w kolebce sokolém111 patrzy już wejrzeniem,

I dziecinnych zabawek, jak siostra, nie żąda,

Do zbroi się wyciąga bezsilném112 ramieniem,

Na miecz ojcowski okiem gorącém pogląda113,

A gdy biją w lietaury114, gdy w rogi zadzwonią,

Serce mu skacze małe, drobną klaszcze dłonią.

A gdy Kiejstut na wojnę szłyk niedźwiedzi wdzieje,

Kiedy burkę narzuci i wiżos115 obuje,

Mały Witold do ojca wesoło się śmieje,

Za szyję obejmuje, sukni uwiązuje,

Jak gdyby już chciał dzieckiem116 dzielić niespokojny

Zwycięztwa117 nad Krzyżaki i z Lachami wojny.

— Nie czas jeszcze, Witoldzie! — ojciec mu powiada —

— Nie czas — mówi mu matka — śpij jeszcze spokojny,

Przyjdą i tobie lata, a Litwa ci rada

Da lud zbrojny do ręki i miecze do wojny.

Śpij w kolebce. Za wcześnie obudzą sąsiady118,

Wrzawa boju, pożogi i Rusi napady.

Śpij, Witoldzie! Po ojcu miecz wziąwszy skrwawiony,

Nie dasz mu w pochwach drzémać i rdzą się okrywać.

Trzech strasznych wrogów stoi z każdéj Litwy strony,

Nie będziesz mógł spać wówczas, nie będziesz spoczywać,

Usiąść nie będzie kiedy na ojczystych progach,

Z sokoły, psami hulać po Litwy rozłogach.

Śpij, Witoldzie, śpij, dziecię, snem na całe życie!

Spadnie ci potém Litwa na piersi brzemieniem,

Wrzawa wojen obudzi o młodzieńczym świcie,

I do grobu wojenném wieść cię będzie pieniem.

Sen twój na życie całe; po nim nie spać tobie,

Aż z przodkami twojemi, w Swintorohy grobie. —

A dziecię, zda się, słucha, i słowa nie słyszy,

Wciąż za tarczę błyszczącą, to za łuk porywa,

I za ojcem, gdy jedzie, niespokojnie dyszy119;

A matka go w objęciach ściska nieszczęśliwa,

Pieśnią wojny usypia najmilszego syna,

W zbroję twardą go kładzie, gdy kwilić zaczyna.

Rośnie olbrzym w żelazie, karmiony od młodu

Mlékiem żmudzkiéj dziewicy120, żmudzką pieśnią boju,

I po żyłach już płynie krew starego rodu

Dziadów, którzy nie znali spoczynku, pokoju,

Co dziecinną już ręką gdy wzięli miecz biały,

Szli z nim w boju niezbytym przez długi wiek cały.

VI

Nad kolebką Witoldową

Dwa duchy ciężą skrzydłami:

Czarny duch wisi nad głową,

Świeci krwawemi121 ślipiami,

A w paszczy język śpieniony122:

To słowika głosem śpiéwa,

To zahuczy rozjuszony,

Jak wąż, sowa się odzywa;

U nog123 dziecka biały klęczy,

Ręce załamał i jęczy,

A po twarzy dwie łzy płyną,

To wytrysną, to znów zginą.

Dziecię śpi i przez sen słucha

Czarnego, białego ducha.

Oba w drobne szepcą uszy,

Obu pieśni grają w duszy.

Czarny okrył mu skrzydłami

Śpiącą, sny młodemi124, głowę,

I serca objął połowę,

I tak mu śpiewa, tak mami:

— Ty będziesz wielki, wielki jak przodkowie,

Wielki jak Bogi125, co siedzą w Romnowie126,

Litwy ty panem, ty panem na Rusi,

Przed tobą wszystko paść, czołem bić musi.

Gdzie mieczem skiniesz, ludy ci pokłonią,

Zgarniesz je w jedno olbrzymią twą dłonią.

Na próżno Lach ci krzyż złoty ukaże,

Ty wiész, że Litwy Bogi, Bogi twoje.

Niech zdrajcy padną na wylękłe twarze,

Ty z krzyżem tylko zwodzić127 będziesz boje.

W ręku twych128 wojna, wojna na twém czole,

Wojna twą sławą, twéj wielkości pole,

Krew ci ofiarą, co serce ochładza,

Łza — napój słodki, który sen sprowadza!

Ty będziesz wielki, jak wielcy przodkowie,

Dziadowie twoi z kamienia i stali,

Co suchém okiem w morza krwi patrzali129,

Nogą na wrogach podeptanych stali,

Rusi na piersiach, Krzyżakóm130 na głowie,

Lachóm wnętrzności jedli i szarpali.

W tobie krew krzyża nieprzyjaciół płynie,

Ojców, co w wierze wytrwali do końca.

Tyś Litwy panem, i Litwa nie zginie —

Tyś wiary ojców i swobód obrońca.

Skroń twoję131 sława uwieńczy koroną

Z kości twych wrogów i ciał ich splecioną!! —

Dziecię śpi i przez sen słucha,

Do czarnego śmiejąc132 ducha,

I serce mu drobne bije,

I myśl ciemna w głowie wije,

I rękami szuka broni,

I już wrogów we śnie goni,

Ciśnie Litwę w silnéj dłoni

I przyciska ją do łona.

Rozszarpana, pokrwawiona,

Z zdartą piersią, w łzach i jęku

W Witolda spoczęła ręku.

A duch biały cicho śpiewa.

Nie słychać go w dziecka duszy;

Śpiew anielski nie porywa,

Śpiew pokoju nie poruszy;

Bo wciąż w uszach brzmi bojowo

Czarnych duchów wielkie słowo.

— Ty będziesz wielki, nie twych przodków sławą,

Nową sławą, nową chwałą,

Nie pogan wielkością krwawą,

Chrześcijan spokojną i trwałą.

Ty będziesz wielki — serce twe usłucha

Głosu chrześcijańskiej wiary,

Złego wyrzeczesz się ducha,

Czarnych bogów Litwy staréj.

Ty będziesz wielki — pod twojém ramieniem

Pokój i wiara rozświecą;

Będziesz dla Litwy wytchnieniem;

Ludy pod skrzydła twe zlecą.

Ty będziesz wielki, bo przebaczysz wrogóm133,

Bo lud przyciśniesz do łona,

Krwawym nie skłonisz się bogóm134,

Litwy, tyś Rusi — obrona.

Pogasisz ognie, co tleją, pogańskie,

Krzyża ty będziesz podporą;

Błogosławieństwa ci Pańskie,

Na wysokiém niebie gorą. —

Dziecię śpi, przez sen nie słucha,

Do czarnego tuli135 ducha.

Biały u nóg jego klęczy,

Załamał dłonie i jęczy,

A wciąż pieśń pokoju śpiéwa,

Do serca się nią dobywa.

Kołyszą tak bohatera

Pogan bogi, Anioł Boży,

Ich pieśń serce mu otwiera,

Pieśń anielska nie otworzy.

I płakał łzami duch w bieli

A czarne duchy się śmieli136.

VII

Ryngoldzie137 wielki! dobrze Litwie było

Pod twemi skrzydły w jedno wzrastać ciało.

W Mindowsa138 ręku jeszcze się łączyło,

Co po nim tylko rozpadać się miało.

Syn mścić śmierć ojca zrzucił suknie mnisze139,

Lecz jemu w boju klasztorne zacisze

Śmiało się jeszcze. Ni serca, ni dłoni

Nie miał mnich zemstą za ojca zagrzany.

Ni sił ojczyznę z złéj podzwignąć140 toni,

Sąsiady141 zwalczyć, upokorzyć pany.

Na próżno na koń siadł z szłykiem na głowie.

Śmieli się z mnicha rycerza kniaziowie,

I jednéj nocy w Włodzimierza grodzie

Miecz zdradny142 w piersi bezbronne posłali;

Krew upłynęła ostatnia w cnym rodzie,

Oni się ciesząc, na bezpańską gnali

Litwę sierotę, co po swoich panach

Na mchem zarosłych płakała kurhanach.

I Krzyżak leciał część swojego łupu

Garnąć, Lach leciał na wołyńskie włości,

Rusin Krewiczan chciał wziąść143 bez okupu,

A kniazie Litwy w wzajemnéj się złości

Nad trupem matki o puściznę144 bili,

Krwią swoją ziemię użyżniając145 wrogów,

I jeden z drugim tłukli i walczyli,

Święcąc na przemian wiarę swą i Bogów.

I długie walki, długie były boje,

Aż Gedymina146 prawicą objęta

Litwa na rany zapomniała swoje147,

Ale o zemście we wnukach pamięta.

Walczył Gedymin, walczy Olgierd148 z bratem,

W karki sąsiadów tnie ciężkim bułatem149,

A każde cięcie krwi strumień wyciska;

Leje się! Lecz cóż na krwi Litwa zyska??

VIII

Biruta siedzi u złotéj kądzieli,

I z wolna, myśląc, wyciąga nić długą;

Ilekroć wzrokiem spotka się ze sługą,

Pyta o pana, czy go nie widzieli?

— Powiedzcie, Kiejstut nie wraca z wyprawy?

Nie słychać trąbki? nie widać kurzawy? —

A słudzy milczą, cisza wpośród grodu,

Cisza na jasném i gładkiém jeziorze,

Nie pyli droga. Drogą od zachodu

Wracać powinien Kiejstut o téj porze,

A jego nié ma! Dnie samotne płyną,

I tęskniéj z każdą przebytą godziną.

Nié ma Kiejstuta! Czy znowu Krzyżacy

Wzięli w niewolę zaciętego wroga?

— Powiedz mi, wietrze, powiedzcie mi, ptacy150,

Czemu gród pusty, czemu milczy droga?

Powiedz, kukułko, zwiastunko dobrego,

Czemu mi pana nie widać mojego??

Czemu łodź151 jego jeziora nie porze152?

Nie słychać rogu, którym żonę wita?

Tyle już razy zagasały zorze,

A wzrok Biruty próżno się oń153 pyta;

I ranki wschodzą, i noce zapadną,

Dokoła z wieścią nie spotkać się żadną.

Czego tak długo bawi się na Żmudzi?

Wszak pobiegł tylko na krzyżackie włości

Na siwym koniu, z małą garścią ludzi,

Z żagwią i mieczem do Krzyżaków w gości;

Wszak nasze wojny, jak burzy nachody,

Nazajutrz po nich jednym śladem154 szkody.

I czas powrócić, dość komturów gonić.

Dwadzieścia ranków, jak już nié ma wieści.

Biruta ciche łzy poczęła ronić,

A sercem przestrach owładnął niewieści.

Czy Kiejstut o swéj zapomniał rodzinie,

I gdzieś z obcemi czas mu miléj płynie?

Ona wygląda sama; przy jéj boku

Nié ma Danuty — Danuta daleko!

Xiążę155 Mazowsza uwiózł ją od roku;

Pod obcym dachem, pod cudzą opieką;

Młode się dziewczę w Laszy kraj dostało,

A matce po niéj łzy puścizną całą.

Nié ma Witolda — Witold nie wytrzyma

U kolan matki; on w podworce bieży156,

Koni, orężów157 szukając oczyma,

Wieści o wojnie u starych rycerzy;

Pyta i słucha sercem stare dzieje,

I ręka drga mu, a głowa szaleje.

I teraz matkę odbieżał158 stroskaną,

Ponad jezioro leci z starym Grydą;

Młodzieńczą głowę sparł mu na kolano,

A myśli jego już na boje idą,

Już ostrzy miecz swój i konia dosiada,

Z ogniem i śmiercią lecąc w kraj sąsiada.

A matka duma i patrzy po drodze —

Droga ciemnieje, zachód gaśnie cały.

Oczy jéj we łzach, serce jéj we trwodze,

Duchy do uszu złowrogie szeptały,

Sen ciężki w nocy pierś cisnął stroskaną;

Nie ustał, choć ją rozbudziło rano.

Słucha — w oddali cóś159 zatętnia160 głucho,

Któś161 drogą pędzi. Kądziel z rąk wypadła,

Wstała, nastawia niespokojne ucho,

Ręce złamała162, na twarzy pobladła,

I chciałaby się rzucić na jezioro,

Płynąć, by wieści dostać o nim skoro.

Już widny163 tuman. Może gnają stada?

Może z pol164 ludzie wracają na sioła165?

Nie — bo jéj serce o wieści powiada,

Nie — bo jéj serce wielkim głosem woła:

— Kiejstut powraca z dalekiéj wyprawy!

Lecz czy zwycięztwem166, czy swą raną krwawy? —

I róg się ozwał na przeciwnym brzegu.

Ona pobiegła, kędy łodzie stały,

Na przewozników167, niespokojna, w biegu

Woła, wysyła, dwór wzruszyła168 cały:

— Pan wasz przybywa! lećcie! pan przybywa!

Róg się Kiejstuta nad brzegiem odzywa. —

I promy pędzą, łodzie się uniosły,

Laskami robią169 i długiemi wiosły,

Żeglują szybko po cichém jeziorze;

Jéj niespokojność, jak łódź fale, porze170;

Czeka i czeka — nie widać ich w mroku.

Całun na ziemi, noc na bystrém oku.

Już bliżéj szelest i szum prutéj fali,

Już płyną, ale w milczeniu, bez krzyku;

Nigdy z zwycięztwem171 tak nie powracali.

Kiejstut bez burki, bez swojego szłyku,

Nie widać konia, siwego żmudzina,

Milczący xiążę172, niewielka drużyna.

I Witold skoczył, przeciw ojcu śpieszy,

I patrzy z matką. Już Kiejstut wysiada —

On klaszcze w dłonie, przybyciu się cieszy,

Wiesza u sukni, na ojca napada,

Matkę wyprzedził i odpiął miecz biały,

Krwi na nim wroga szuka zardzewiałéj.

A Kiejstut milczy, zimno syna wita,

Birutę, co mu do nóg się skłoniła,

Na zamek krótkim wyrazem odsyła,

Cóś do swych ludzi szepce, i nie pyta

O psy swe lube, o sokoły skore —

Znać na wyprawę wyjechał w złą porę.

W świetlicy173 zbroję pożyczaną zrzucił,

Kazał myć nogi; milczy, ciężko wzdycha,

Syna uściski, pytania odpycha,

Czoło pochmurzył, w sercu się zasmucił,

Jakby nie witał swych domowych Bogów,

Jak gdyby cudzych dotknął stopą progów.

Niosą mu wodę, róg alusu174 złoty,

Sama Biruta podaje wieczerzę,

Z czoła pył sciera175, a z serca tęsknoty

Próżno chce zetrzeć — nikt jéj nie odbierze.

Kiejstut milczący, srom176 na jego twarzy,

A w duszy zemsta gotuje się, żarzy.

Chwycił róg drugi, miodem się pokrzepia,

I westchnął ciężko. Syn się sukni czepia,

Pyta go: — Ojcze! powiedz, gdzieś był? drogi!

Czyli177 ci język odebrali wrogi?

Dlaczego żony nie witasz i syna?

Siedzisz tak smętny? Gdzie smutku przyczyna? —

— Smutku? — rzekł Kiejstut — nie smutek mam w duszy,

Zemstą ja płonę, bom upokorzony.

Wspomnienie hańby słowa w ustach kruszy.

Nie śmiém do dziecka ozwać się, do żony,

Bo raz już drugi więzy krzyżackiemi178

Związanym jęczał179. Chcę się mścić nad niemi180!

I będzie zemsta! — porywczo zawoła. —

Wysłałem ludzi, gromadzą się woje,

Nogóm nie spocznę181, nie obetrę czoła,

Póki Krzyżakóm nie oddam za swoje.

Pozna mnie Henryk, żem się nie postarzał.

Nie zawsze będę u nóg mu się tarzał. —

Oni słuchają, on im opowiada:

— Wiécie, jak Winrych Kniprode182 niedawno

Wysłał w Ruś naszą psów niemieckich stada;

Lecz zanim wyszli, już nam była jawną

Wyprawa owa, i z Olgierdem razem

Szliśmy ich spotkać — żelazo żelazem.

Patryk był z nami, z nami lud dobrany.

Biegliśmy przeciw, piérwsi uderzyli,

Lecz, wstyd i hańba! zewsząd opasany

Lud nasz na próżno, i myśmy walczyli.

Darmo ja jeden, wiodąc mych Żmudzinów,

Wścieklem się dwakroć rzucał na psich synów183.

Murem ze stali opasawszy ciała,

Gromada Niemców niewzruszona stała;

Strzały bezsilnie odbite od zbroi

U nóg padały; pałki, jak trzcinowe,

W rękach pękały. Już pierzchali moi.

Próżnom zachęcał, wiódł w potyczkę nową.

Zewsząd Krzyżaków moc nas opasała.

Olgierd z Patrykiem ze stratą wywiedli

Wojsko z zasadzki. Moja część została

Walczyć i ginąć. Przelękli, wybledli

Ludzie się zpod184 méj wymykali dłoni,

W lasy skrywając od Niemców pogoni.

Wtém na mnie Henryk z Eckersburga185 zmierza

Ja k’niemu186; konie łbami się oparły;

On drzewcem długiém w siodło mi uderza;

Chciałem ciąć, padam na poły umarły,

I słyszę wrzawę, radośne187 oklaski,

Jęki Litwinów i Krzyżaków wrzaski.

Chciałem się dźwignąć — jak mrówię188 opadli,

Wnet więzy ręce i nogi krępują,

Na swego konia związanego kładli,

Wkoło się cisną, z placu ustępują;

I widzę jeszcze, jak Patryk na ziemi,

Spadłszy, z zbójcami bije się wściekłemi.

Ale go Litwa z niewoli odbiła.

Mnie wiodą szybko; odetchnąć nie dali,

Dzień i noc aż do Malborga189 jechali;

Aż się przede mną brama otworzyła,

Któréj myślałem, że nie przejdę żywy —

By do was wrócić! Wróciłem szczęśliwy. —

Złamany padłem boleścią i trudem,

Kędyś w ciemnicy głębokiéj zamknięty,

Płacząc nad sobą, płacząc nad mym ludem,

Żarty190 boleścią i zemstą przejęty.

Noc była — prędko znużenie owładło191

I snem żelaznym na powiekach siadło.

Budzę się — ranek przez okno już wpada;

O, smutny ranek, co wita przez kraty!

I światłość jego jak tęskna i blada!

Obejrzę ściany podziemnéj komnaty:

Widać Krzyżacy zgotowali wcześnie,

Albo ciemnicę przybrali mi we śnie.

Dokoła wisiał kobierzec bogaty,

Dzbany srébrzyste na podłodze stały,

I miękkiem192 znalazł zgotowane szaty,

I przybór193 wszelki, i porządek cały.

Chcieli, bym, jak źwierz194, zapomniał mą dolę,

Jak gdyby można osłodzić niewolę!

Jam szaty targał, przybory deptałem,

Porwałem kratę, wyjrzeć na świat chciałem:

Niebam nie ujrzał, tylko ziemię czarną

I jakieś Niemców postacie poczwarne,

Co, szemrząc cicho, snuły się po murach

W sukniach wlokących i czarnych kapturach.

Wtém u drzwi ciemna zadrżała opona195,

Któś wszedł. Jam twarz swą odwrócił do ściany —

Niech wróg nie patrzy, jak niewolnik kona,

Niechaj z boleści nie szydzi pijany,

Nie ujrzy twarzy, głosu nie posłyszy,

Tchnienia ostatku, co mi w piersiach dyszy.

Aż głos litewski posłyszałem znany.

Marzeniem — myślał — sen to nocny jeszcze,

Odbiły w uszy obłudny głos ściany;

A może wróżba? może słowa wieszcze?

Kto wié? Wtem znowu głuchą przerwał ciszę;

Mowę litewską, język bratni słyszę.

I twarz odwracam, patrzę — we drzwiach blada

Postać znajoma, lecz suknie niemieckie;

Szepce cóś do mnie i czołem przypada.

Pokłon to szczéry? podejście zdradzieckie?

Wierzyć głosowi? czy milczeć do końca?

Szpiegli196 to Niemców czy Litwin obrońca?

I patrzę w oczy. Na Bogi! poznałem —

Stary to sługa. Dawno, dawno temu,

W bitwie wziętego Alfa opłakałem.

Zkądże197 Alf tutaj? do mnie przyszedł? czemu?

Czy z Ziemi Wschodniéj duch się jego zjawił,

Ażeby pana z niewoli wybawił?

— Mów, Alfie! — wołam — ty stary mój sługo!

Gdzieś krył się, kędy198 przebywał tak długo?

Czy żyjesz życiem naszém? Czy cię Bogi

Ze Wschodniéj Ziemi na stos mój przysłały?

Śmierci to wyrok, czy swobody drogiéj? —

On zmilkł, a palce na drzwi mi wskazały.

Zniknął; lecz wieczór znowu Alf przychodzi,

I mówi: — Panie! jam w Niemców niewoli.

Rok już dziesiąty ciężkiéj płynie doli,

A dzisiaj mi ją dopiéro los słodzi.

Chrześcijanin jestem, lecz w duszy mi Bogi

I wiara dawna, i kraj jeszcze drogi.

Dziesięć lat ciężkich przebyłem, o panie,

Służąc wrogowi, myjąc obcym nogi,

A za posługę — tylko urąganie,

Kajdany ciężkie miałem i wzrok srogi.

Teraz mi wierzą! — o! nie znają ludzi!

Z snu lat dziesięciu jedna chwila budzi!

Sługą jam twoim — miéj nadzieję, panie!

Oto żelazo — pod kobiercy temi199

Łatwo otworzyć mur w pobocznéj ścianie.

Koń na cię czeka z sukniami mniszemi.

Wiém, jak się cieszą, że Kiejstut w niewoli,

I wiém, jak twoja wolność ich zaboli. —

— Ty ze mną, Alfie! — Ja tu — rzekł — zostanę.

Starym200, a zemsty jeszcze mi nie dosyć.

Wpośród nich pomszczę niezgojoną ranę. —

— Oni zabiją. — Wiém, jak się wyprosić,

I o śmierć nie dbam. Idź, wyłamuj ścianę;

Ja u drzwi twoich na straży zostanę. —

Trzy dni i nocy, po jednym kamieniu,

Żelazem, ręką szarpałem w milczeniu;

Otwór kobierzec zasłaniał nad łożem;

Nareszcie gwiazdy ujrzałem na niebie;

— Alfie! — krzyknąłem — już uciekać możem. —

On szepnął: — Jutro, koń czeka na ciebie. —

Czekałem jutra. On mi przyniósł szaty,

Komtura oręż, biały płaszcz na zbroję,

I hełm złocony, i pancerz bogaty,

Sam wdział, ucieczkę przygotował moję,

I łzą żegnając, rzekł: — Pamiętaj, panie,

Na sługę201 swego, który tu zostanie.

Koń u wrót czeka, jedź wolno ze grodu;

Chociaż dzień świeci, nikt nie pozna ciebie;

Potém bież szybko do słońca zachodu.

Dobieżysz202 lasu za słońca na niebie.

Daléj niech Bogi litewskie cię bronią

I przed niemiecką ukryją pogonią! —

Jak rzekł, tak było. Wśród ludu, w południe,

Na czarnym z wolna jechałem bachmacie.

W ulicach było i gwarno, i ludnie;

A gmin203, poznając starszego po szacie,

Bił mi pokłony, gdym wyjeżdżał z grodu.

W lesie stanąłem w godzinie zachodu.

Jam konia puścił; nienawistne szaty

Zdarłem i w błocie nogami zdeptałem;

Trzy dni, o głodzie, bez snu, ciężkie czaty,

Słuchając głosu pogoni, sprawiałem204;

Czwartego, drąc205 się puszczą i gąszczami,

W Mazowszem206 dążył bez drogi, nocami.

Gwiazdy mnie wiodły, mchy na drzewach wzrosłe;

Jagodą śpiekłe207 gasiłem pragnienie;

W dzień się na drzewa drapałem wyniosłe,

I gdy dokoła głębokie milczenie,

Jak ptak na wiotkiéj gałęzi zwieszony,

Chwiląm snu siły krzepił208 wycieńczony.

Nareście209 Bogi do Danuty210 cało

Dójść211 mi pomogły. Zaledwo poznali,

Tak zdarta suknia, tak zranione ciało,

Tak głód, niepokój, twarz mi poorali212!

W łachmanach, z kijem, z podartemi nogi213,

Wpadłem bezsilny na znajome progi.

Trzy dni na łożu, w łaźni się krzepiłem,

Snem się i miodem z kolei poiłem,

Aż znowu siła wróciła, i ciało

Wspomnieniem zemsty i żądzą zadrgało.

Wróciłem, ale nie spoczywać gnuśnie.

Kiejstut spokojnie bez zemsty nie uśnie. —

Rzekł, i do swoich bieży, ludzi woła,

Nie kładł się w łoże, nie usiadł do stoła214,

Witolda ręce odepchnął, nie słucha

Biruty cicho szepcącéj do ucha,

Aby na jutro swą zemstę odłożył.

Stary kunigas215 odmłodniał i ożył.

IX

Rannemi brzaski niebo świeci wschodnie,

Cicho na ziemi, wesoło, pogodnie,

Ptacy216 śpiewają, drzewa szumią w lesie,

Jezioro srébrną pianę na brzeg niesie.

Któż by pomyślał o zemście, o wojnie,

Kiedy tak lubo, cicho, tak spokojnie?

O! próżno świat się w wdzięczną stroi ciszę,

Ptacy śpiewają i perlą się rosy,

W złocistą szatę stroją się niebiosy!

Czyż to zranioną duszę ukołysze?

Czyliż to zemstę wrzącą uspokoi,

Która krwi pragnie, krwią się tylko poi? —

Kiejstut na konia siada biedz217 za wrogiem;

Żony nie żegnał, nie uściskał dziecka,

Ani z domowym pożegnał się progiem.

Jemu na myśli tylko krew niemiecka,

I bój z Niemcami, wojna i pożary.

Na wszystkich razem chce zemsty i kary!

A Witold ojca w progu hamuje:

— Ojcze mój! ojcze! weź z sobą na wojnę!

W domu ja tęsknię, w domu ja próżnuję,

Tak gnuśne wiodąc życie, tak spokojne!

Pokocham wczasy218, gdy weźmiesz na boje,

Jeśli nie dźwigną miecza ręce moje.

Weź mnie na wojnę! Ja już mieczem władam,

Zbroję uniosę i konia dosiadam,

Łuku naciągnę219, strzałów220 się nie zlęknę,

Raniony w boju na ranę nie jęknę.

O! weź mnie, ojcze! ja ciebie obronię,

Piersiami memi ja ciebie osłonię. —

A Kiejstut głową potrząsnął zsiwiałą.

— Czekaj! Niedługo będziesz wzrastał w siły.

Chwilę poczekaj jeszcze, chwilę małą.

I mnie tak niegdyś wojny się już śniły,

Gdym mieczem jeszcze nie władł221, i bezsilny

Mamił się, w zapał mój wierząc omylny.

Czas tobie jeszcze! Może ojca głowy

Mścić będziesz, synu! Czekaj, bądź gotowy.

Jeśli nie wrócę, padnę na wyprawie,

Tobie krwi mojéj pamięć pozostawię.

Rośnij. Sił trzeba, aby Litwy bronić,

Piersi, jak twoje, aby ją osłonić. —

Kiejstut już płynie. On stoi u brzega222,

Załamał ręce, twarz mu żądzą pała,

Żądzą młodzieńczą. Odmowa podżega.

Matka, co stała opodal, słuchała,

W drżące objęcia swego syna wzięła,

I milcząc, płacząc, do piersi cisnęła.

On pobiegł ukryć wstyd i żałość swoją;

Niewolnik, wyspę obieżał dokoła,

Siadł na łódź, z łukiem nie mogąc i zbroją

Walczyć, chce z wodą, i na sługi woła,

I płynie w lasy ze źwierzem223 bojować,

Aby krwi dostać i boju skosztować.

X

Na Johannisbergskim224 grodzie

Cicho, spokojnie; wieść żadna

Braci i mnichów nie mięsza225.

Idą z jutrzni226, z paciórkami227,

I ziewają, pomrukują,

To na niebo poglądają,

To do siebie cóś przemówią;

Jedni w łowy228 się wybrali,

Drudzy w pogan sioła idą

Za daniną, za zbiegami;

Kilka229 starców tylko w chórze

Nóci230 pieśń rozbitą231 piersią.

Nagle wrzaski, krzyk, popłochy,

Wrota z trzaskiem zamykają,

Wszyscy pędzą232 się na mury,

Nawet starce233 z chóru biegą234,

Młódź za oręż chwyta skora,

Konie siodła, ludzi zbiera.

Na dolinie tuman pyłu;

Po chorągwi znać czérwonéj,

Po maleńkich koniach Żmudzi,

Kiejstut swoich wiedzie ludzi;

Nie na sioła to bezbronne,

Lecz na zamki, lecz na grody.

— W imie235 Jana! héj! kto żyje,

Kto udźwignie oręż, łuki,

Niech na mury śpieszy z nami!

Wróg nasz liczny; już nam wyje

W uszy pieśnią swą pogańską.

Prędzéj! do wrót i na mury!

Dość się modlić, odpoczywać,

Trzeba bronić! Ognia, wrzątku

I kamieni mu na głowy!

Powitamy, odepchniemy!

Niech zuchwały się nie waży

Na nas drugi raz porywać. —

Tak wołają, i co żyje

Na wał leci i na blanki,

Przez strzelnicę łuki mierzą,

Z murów kamieniami sypią,

A pogański zastęp mnogi

Zewsząd już otoczył górę,

Wszystkie wrota opanował,

Wszędzie zaszturmował razem;

Pod bramami ogień niecą,

Po drabinach na wał drapią236;

Śpiewając, konają jedni,

Śpiewając, cisną się drudzy.

— To szarańcza! — komtur woła —

Bracia! w imie237 Boże! żywo!

Gaście ognie, brońcie bramy! —

Ale próżno, bo Litwini

Już płonące sieką wrota,

Już się cisną, w zamek gnają,

W cztéry rogi podpalają,

Wiążą, gniotą i ścinają,

A gdy zgliszcze pozostało,

Mur się zwalił, zamek spalił,

Z pieśnią zwycięztw238 odciągają.

Tam u morza, u wód białych,

Większy zamek, większe łupy —

Pociągnęły zbrojne kupy,

Strzały świszczą, ognie błysły,

Gdański gród w płomieniach stoi.

Nie spodzieli się Krzyżacy;

Ledwie zbroje na się wzięli,

Ledwie oręża dobyli,

Już więzami skrępowani,

Leżą na stosy zwaleni.

Kiejstut jeszcze nierad zemście,

Kiejstut daléj jeszcze bieży.

W niewolnika Niemców tłumie

Szukał na próżno Henryka239,

By się na nim mścić niewoli.

Nikt nie wiedział o Henryku.

— A więc w domu go znajdziemy,

W Eckersbergu240 on ucztuje.

Pójdziem w gości, go powitać

I zaświecić mu do uczty! —

Znowu bieży i nie staje,

Aż pod zamku dopadł wrota.

Henryk wyszedł sam na mury,

I zbladł, poznawszy Kiejstuta.

Próżna walka z garstką małą.

Szedł się modlić, zamknął bramy,

A na murach nie zostało,

Tylko kilka z Niemców braci.

Komtur zbroję wdział stalową,

Płaszcz wojenny, hełm świecący;

Wié, że w ofierze pogańskiéj

Męczennikiem dzisiaj spłonie;

I modli się, i spowiada,

I pobożnie złożył dłonie;

Słucha, rychło wroga ręka

Chwyci go i precz wywlecze?

Henryk upadł u stóp krzyża;

Wrzawa co chwila się zbliża;

On się modli; wié, że śmierci

Już mu wybija godzina;

Słyszy w uszach głos Kiejstuta,

Słyszy już swych braci jęki;

Dosyć czekać! sam wychodzi.

Kiejstut przeciw niemu goni,

Hełm strąca, za włos porywa.

— A! trzymam ciebie, psi synu!

I zemsta moja gotowa,

Gotowa Bogóm241 ofiara! —

Henryk słowem ni skinieniem

O łaskę wroga nie prosił,

Wzrok tylko w niebo podnosił

I wszystko zbywał milczeniem.

A już się stos z bierwion suchych

W podworcu wielki zapalił;

Sam Kiejstut swoję242 ofiarę

Wepchnął na jego wierzchołek;

Stanął i patrzy z pociechą,

Jak w mękach Niemiec wróg kona;

A tłuszcza w ręce poklasła243,

I wielkiem — Łado244! — zawrzasła. —

Teraz w pień załogę całą!

Lecą, i cięli bezbronnych

Knechtów i braci zakonnych.

Krwią się podwórce oblało,

A krew — pożoga245, popiołem

Gorącym sypiąc, pokrywa.

I trzeszczą dachy i wieże,

Padają mury i wrota.

Litwa246 łup unosi tylko,

Koni niemieckich dosiada,

A leżąc wkoło obozem,

Na pożar lubo pogląda.

Ale niedługo ich radość.

W Gdańsku Kollina247 zabrano.

Krzyżacy za jeńcem gonią

Z Restemburg248 i Bartensteinu249,

Lecą w pogoń komturowie.

Już szpiegi o nich znać dają

Kiejstutowi. I łup cięży,

I walką znużył się długą;

Ale miałżeby uciekać,

Gdy jeszcze krwi się niemieckiéj

Choć kropelkę napić może,

I dłużéj w szable podzwonić?

Noc czarna z trwogą nadchodzi,

A z nocą czarni Krzyżacy.

Lud we śnie szuka spoczynku;

Wrzaskiem zbudzony do bitwy,

Oręża znaleźć nie może.

Więźnie łyka potargali

I broń litewską porwali.

Sam Kiejstut konia dosiada

I chce ucieczką już bronić;

Werner Windecken nań wpada.

Nié ma tarczy, by zasłonić,

I z konia do niego zsiada.

Pieszo się spotkali oba.

Nierówna walka — tuż bratu

Na pomoc śpieszą Krzyżacy.

Komtur nieszowski250 go rani,

Windecken mieczem już płata,

A Bartenstejnski251 na ziemię

W krwi płynącego obalił.

I słychać głosy zwycięztwa,

I pierzcha Litwa do lasów.

Kiejstut znów wzięty w niewolę

Jęczy związany na ziemi,

Targa się z więzy swojemi.

XI

Dość jednéj rany na ciało,

Dość jednéj na duszę rany,

By człek i szczęścia przeszłego

Zapomniał, i dni pogody.

Cóż, gdy boleść niezgojona

Nową raną się podwoi,

Nowy ból wpije do łona?

Wówczas rozpaczą targany

Człowiek śmierci tylko woła,

I końca wzywa męczarni;

A każda chwila, co płynie,

Równa się wiekóm252, tak długa!

Kiejstut zamknięty w ciemnicy,

Wlepił krwawe oczy w ziemię,

Nie jęczy, ani wyrzeka,

Milczący śmierci swéj czeka,

Ani w wybawienie wierzy;

Nie spójrzał253 po swém więzieniu,

Nie rzucił okiem na straże;

Siedzi i kona w milczeniu,

Siedzi, umysłem na Litwę

Gnając, gdzie dziecię zostało,

Co śmierć jego pomścić może,

Co za krew krwią Niemców spłaci.

Noc idzie, głosu ludzkiego

Nie słychać; tylko gdzieś straże

Stąpają wkoło; chrzęst zbroi,

Mieczów254 brzęk do ucha wleci;

To znów milczenie grobowe!

Mury wilgotne, milczące,

Nad więźnia zgięły się głowę,

Jak wyrok nad nim wiszące,

Wyrok, co straszy, nim spadnie;

Długo ponad nim kołysze,

Aż żelazną, zimną dłonią

I kark, i serce ugniecie.

Noc idzie — rygle powoli

Rozsuwa ręka strażnika.

Ciemno. Któś stąpa w ciemnicy

I cicho pyta Kiejstuta.

On milczy. Głos mu nieznany,

Głos Niemca. Chwilę on uszy

Nastawił, myśląc, że Alfa

Litewską mowę usłyszy;

Ale któś wita grobową

Wrogów niepojętą mową,

Któś wita szyderstwem może.

Lepiej, że Kiejstut nie słyszał.

Milczenie. — Kniaziu Kiejstucie! —

Któś znowu szepce mu z cicha —

Czyliż już głos ci znajomy

Uszu ni serca nie dotknie?

Takeś strapiony na duszy,

Takeś stłuczony na ciele,

Że głos przyjaźni nie wzruszy

Uszu ni serca twojego?

Odpowiedz, kniaziu Kiejstucie!

Głos wszakże pyta cię znany.

Ten, co ci niesie pociechę,

Gościem na zamku był twoim. —

I Kiejstut rwie się z pościeli,

Augustyn komtur! Poznaje.

— Czy szydzić ze mnie przychodzisz?

Czy śmierć mi rychłą zwiastować? —

— Nie szydzić przychodzę, panie,

Ani śmierć tobie zwiastować;

Z pociechą idę do ciebie.

Twéj córki jam chrzestny ociec255,

I tobie, panie, pokrewny256,

Niosę na duszę ochłodę,

Niosę ci, kniaziu, swobodę.

Wstawaj i prędzéj idź ze mną. —

On słowóm jeszcze nie wierzy.

— Ty, Niemiec, miałżebyś wroga

Na karki własne wypuścić? —

— Chrześcijanin, mego Boga

Spełniam rozkaz — komtur rzecze.

Nieprzyjaciołom darować

On kazał, nie mścić się winy,

Dobrém za złe im odpłacać.

Wiém, że nie wszyscy Zakonu

To uczucie w sercu mają.

Ja — ojca córki mej chrzestnej

Z srogiéj chcę wywieść niewoli.

Może ty za to, o Kniaziu,

Gdy wojnę znowu w kraj naszy257

Nieść będziesz, jako bicz Boży,

Wspomniawszy na Augustyna,

Przebaczysz komu z méj braci;

Może — ach! modlę się o to —

Ty kiedyś błędy porzucisz,

Świętéj się wierze nawrócisz.

Już jedno z dzieci twych przecie

W Chrystusa imie258 ochrzciłem.

Idź i pomnij, że w Zakonie

Nie wszystkie zemstą tchną serca.

Oto płaszcz i kaptur mniszy;

Wdziéj na się259, uchodź; u bramy

Powiedz, żeś z wieścią posłany

Od naszych do Marii grodu.

Oto jest pismo. Uciekaj!

Koń na cię czeka u fórty260. —

A Kiejstut słucha, nie wierzy,

Na szyję padnie komtura.

— Miecza daj261! miecza na drogę!

Bez miecza jechać nie mogę,

Jak ptak bez skrzydeł ulecieć.

Miecza na drogę, komturze! —

Komtur od pasa odczepił

Miecz długi, ręką dał drżącą,

I przez drzwi biegł już otwarte.

Kiejstut szybko mijał wartę,

Wnet bramy przeszedł i mury,

Siadł na koń, leciał ku Litwie,

I znowu wolny, powietrzem

Piersią széroką oddychał;

A krótka jego niewola

Jak sen się ciężki wydała;

I śpieszył na trocki zamek,

By nowe wojsko zwoływać.

XII

Troki i Wilno sąsiadują z sobą,

Blizkie262, jak serca Olgierda, Kiejstuta.

Tyle lat oni i bojów przeżyli,

A nigdy chmura na braterstwa niebie

Burzą i gromem im nie zagroziła.

Dzieci chowają, w puściźnie263 im drogą

Przyjaźń na serca wszczepiając młodzieńcze,

Bo Litwie zgody potrzeba i siły,

I rąk, coby264 ją ściśnięte broniły.

Olgierd i Kiejstut, jak dwa palce dłoni,

Związani z sobą; nic ich nie rozdzieli.

Kiejstut przed starszym siwą głowę kłoni,

Lecz Olgierd serce dla brata otwiera.

I mówi Kiejstut Witoldowi swemu:

— Pomnij, rodzeństwo265 Olgierdowe, synu,

Bracia to twoi; zgoda między wami

Losy to Litwy i przyszłość jéj cała.

Olgierdowicze i wy póki w zgodzie,

Dopóki przyjaźń w bratnim wytrwa rodzie,

Dopóty Litwa wrogóm266 się ostoi. —

I mówi Olgierd Jagielle starszemu:

— Pomnij, Kiejstuta dzieci, bracia twoi.

Jak ja Kiejstuta, ty ich kochaj, synu!

Razem, wy silni. Pomnijcie, jak Litwie

Niezgoda krwawe rozdarła wnętrzności.

Pomnij, za dziadów ilekroć się bracia

Zadarli z sobą, wróg zawsze korzystał:

Jednego ciągnął i bił nim, jak mieczem,

Jednego puszczał na drugich ogarem267,

A kiedy wszystkich wycieńczył, na wszystkich

Szedł i zwycięzał268! Na waszych ramionach

I losy kraju, i wasz los jest przyszły. —

Tak młode łącząc bratnim węzłem dłonie,

Kiejstut z Olgierdem spokojnie patrzali

Na staróść269, która marszczyła im skronie,

Na przyszłość, która wschodziła w oddali.

Był u Olgierda starszy, u Kiejstuta,

Jagiełło, Witold, rówieśnicy z sobą;

Oba u ojców jak źrenice w oku,

Dwie latorośle u dwóch dębów boku;

Na nich nadzieje przyszłości ojcowskie;

I jako z siedmiu synów Giedymina

Olgierd a Kiejstut świecili nad Litwą,

Tak po nich Witold z Jagiełłą ojcowskie

Zająć dzielnice, słońcami wejść mieli,

I stać na straży od napaści wroga,

I stać na straży od wnętrznéj270 niezgody.

Oba271 dorośli — nie jednacy oba.

Na trockim zamku Witold się hodował,

A wojną młoda pałała źrenica;

Miecza w kolebce dziecięciem probował;

Wprzódy nim chodził, już rwał się do koni;

A gdy bojowy róg na wojnę dzwoni,

To klaszcze w dłonie, śmieje się dziecina.

Ilekroć ojciec na siwego siadał,

Wieszał się burki, do boku się czepiał,

I płakał, że go na wojnę nie brali.

On między chłopiąt, rowieśników272 gronem,

Dębem był młodym, co wyrość273 rokuje

Puszczy ozdobą, Perkuna świątynią.

Oko mu czarne ogniem duszy wrzało,

Piersi wzdymały na boju wspomnienie,

A dłoń szukała nie zabawek dziecka,

Miecza ciężkiego, szłyka274 wojennego.

Łza z jego oka nie trysła wezbrana,

Serce się miękkiém nie wstrzęsło275 uczuciem;

Chyba gdy wojnę wspomniał, któréj pragnął,

Na którą próżno za ojcem się zrywał,

Serce mu twarde na chwilę zabiło.

I w duszy jego nie było miłości

Ku ludzióm276; nie miał, kogo by ukochał.

On rozkazywał, nieposłusznych gromił,

A pacholęta na jego skinienie

Drżały, przed panem lasów jak drży źwierzę277.

Cudzéj on rady nie wezwał, nie prosił;

Wzgardą za radę i za miłość płacił.

Czuł siłę w sobie, gryzł ojcowskiéj woli

Wędzidła, kopiąc niecierpliwy ziemię.

Inny Jagiełło. On sercem za młodu

Więcéj żył, boju nie pragnął gorąco;

Lubił samotność i słowika śpiewy,

I kwiaty, dzikich puszcz Litwy mieszkańce278.

Nieraz u Wilii279, u Niemna wieczory,

Siedząc nad brzegiem, w zadumie przepędzał;

Patrzał na wody, jak kędyś leciały,

Patrzał na chmury, jak się białe gnały280,

Jak się z wiatrami kołysały drzewa,

Słuchając pieśni lubego słowika.

I jemu nieraz na dźwięk rogów boju

W sercu krew starych ojców się rzuciła;

On chwytał oręż, lecz pragnął pokoju,

I szukał sercu swemu towarzysza.

Samotny, tęsknił nie za wojny wrzawą,

Za przyjacielem, za nieopisaném

Czémś, do czego się rwą niewieście dusze;

I wieczną próżnię czuł w sobie, i wiecznie

Tęsknił on za czémś, czegoś oczekiwał;

Z rowieśnikami nie panem i wodzem,

Był przyjacielem; jednego obierał,

Jednemu serce i duszę otwierał;

I potrzebował, by ręka silniejsza

Wiodła go z sobą, myśli mu natchnęła

I panowanie nad sercem objęła:

Jagielle trzeba przyjaciół — za młodu

Z pacholąt swoich on dobiera sobie,

Prostych wieśniaków przyciąga i wabi;

Ni rozkazuje im, ani ich pędza,

Ale, jak ptaki nęcą, sypiąc ziarno,

Tak on ich wabi, słodkie sypiąc słowa.

On i Wojdyłło razem w Wilnie wzrośli,

Wojdyłło, biedne, opuszczone dziecię;

Do ciężkich posług na Olgierda dworze

Z młodu281 mu serce i plecy nagięto;

Wojdyłło jednak xiążęcego282 syna

Łaski zawcześnie283 zaskarbił i umysł

Poddał już sobie; niewolnik, sierota,

Jagielle bratem stał się, przyjacielem.

Olgierd to widział? Nie widział, bo dziecię

Rosło swobodne, a nikt nie naginał

Xiążęcych synów do wielkiéj przyszłości.

Jak dzikie kwiaty xiążęcy synowie

Rośli, bujając po ponarskich górach,

Z Wilią na czółnie pływając z rybaki284,

Z osocznikami285 w las pędząc na łowy.

A wszędzie młode pacholę Wojdyłło

Jagielle panu towarzyszył swemu.

Jeśli się wahał, okiem wzywał rady;

Wojdyłło radę z uśmiechem poddawał,

Wojdyłło rękę w złym wyciągnął razie,

Wojdyłło plecy pod pletnią286 nastawiał.

I rosła przyjaźń, jak dwie rosną brzozy.

Co u pnia z jednéj wywiną się kory;

A choć się jedna ku ziemi pochyli,

Druga wysoko gałęźmi wystrzeli,

Zawsze są z sobą i wspólny los dzielą.

Wojdyłło w zamku najlichsze posługi

Spełniał, nie szemrząc; Jagiełło mu nie raz

Jaśniejszą przyszłość cicho obiecywał;

Jagiełło mówił: — Ja w tobie mam brata,

Ty we mnie brata na przyszłość mieć będziesz.

Tak żyli w Wilnie. A Witold? On nie miał

Przyjaciół. Orzeł sam buja w powietrzu,

A kiedy orła drugiego zobaczy,

Nie bratać z nim się, ale walczyć leci.

XIII

Nie z jednym Litwa wojuje Zakonem;

Ruś ją ścisnęła dokoła,

Z orężem w górę wzniesionym

O zabrane kraje woła.

A Olgierd wielki trzyma ją w postrachu,

Nad Rusią Litewską czuwa.

Odbija cięcia zamachu

I wgłąb’287 się coraz posuwa.

I jedną ręką nieprzyjaciół siecze,

Drugą wyciąga w przymierze288;

Gdzie krew w bojowisku ciecze,

On ślub z pobitemi289 bierze.

Kiejstut litewskich od Zakonu włości,

Olgierd ich od Rusi broni,

A gdy wielkiéj siły w gości,

Wielkiéj potrzeba pogoni,

Naówczas290 oba połączają291 dłonie,

I razem idą na boje,

W wzajemnéj stojąc obronie,

Miecze, serca łącząc swoje.

Oni, przy ojca poprzysiągłszy stosie

Bratnią przyjaźń, bratnią zgodę,

W poźniejszych292 wojnach i losie

Przysięgi strzymali293 młode.

I Kiejstut, kiedy Jawnuta294 wygonił,

Czapki nie włożył na skronie,

Starszemu bratu pokłonił295,

Jemu rząd Litwy dał w dłonie.

Odtąd obadwa sąsiady296 wojują,

Obadwa lenników gniotą,

O łup z sobą nie targują297,

O brańców, ziemie i złoto.

Teraz Olgierda Kiejstut w pomoc wzywa,

Zakon do wojny go łudzi,

Wojsko ze wszech stron przypływa,

Z Tatar298, Rusi, Litwy, Żmudzi.

— Czas, mówi Kiejstut, młode ptaki wprawić,

Bo gdy stare siły stracą,

Komu nieprzyjaciół dławić?

Niech oni za nas zapłacą.

Witold do wojny duszą się wyrywa,

Ledwie go wstrzymać w komnacie,

I Jagiełło jéj wyzywa.

Synów z sobą bierzmy, bracie! —

I wzięli synów; do Sambij299 wkraczają

Na dwoje wojska rozbite,

Otelsburg oblegli zgrają,

Palą, i boju niesyte,

Pędzą na Rudaw. Pod rudawskim grodem

Czarne pustką stoi sioło.

Przed wrogiem przestrach szedł przodem,

Wymiótł — pustynia wokoło.

Tylko na zamku bracia się zamknęli,

Bo gród warowny na górze,

Knechtów i lud swój ściągnęli.

Błyskają zbroje na murze.

Kiejstut z Olgierdem obozem tu legli,

By wojsku wypocząć chwilę,

By zamku lepiéj ustrzegli,

I w spoczynku, swojéj sile

Dali znak w Prussy300 széroko pustoszyć.

Codziennie ufce301 latały,

By lud wylękniony płoszyć,

Ogniami zażedz302 kraj cały.

Winrych Kniprode mistrz nie spał; on wiedział,

Że w jego włościach wróg zjadły303

Na zgliszczach spokojny siedział,

Gryzł kraj, jak owoc upadły.

Ciągnął Kniprode na obóz Litwinów.

Oni pod Rudawskim grodem,

Starcy zaprawiają synów

Codziennym w walki pochodem.

Witold wybiega na Żmudzinów czole304,

Pali, niszczy, i niesyty,

Jak koń, gdy wyleci w pole,

Ziemię rozbija kopyty305.

Jagiełło smutnie za siebie ogląda306,

Za Wilnem i za spokojem;

Serce nie bije za bojem,

Przyjaciela swego żąda.

A Winrych ciągnie przez kraj spustoszony;

Litwin go czeka, i co dnia

Nowym łupem obciążony,

Co dzień litewska pochodnia

Podpala nowe i pustoszy sioła.

Prussy307 do mistrza swojego

Z żałobą i płaczem biegą,

Kraj cały o pomoc woła.

Stanęły wojska pod rudawskim grodem,

Dwa rozsypane mrówiska308:

Kiejstut, Olgierd idą przodem,

I chorągiew mistrza błyska.

Oczyma zetkną się, siły swe liczą;

Krzyżak krew przelaną mierzy,

Litwin się cieszy zdobyczą;

Wnet ufiec w ufiec uderzy.

XIV

Stanęły, patrzą dwa wojska na siebie,

Oczyma wodze lud zebrany liczą.

Kiejstut i Olgierd po sobie spójrzeli309,

Potém na synów niespokojnym wzrokiem.

— Bitwa to krwawa, bój nie lada będzie!

Młodym ptaszętóm310 za trudne to pole.

Odprawmy dzieci, niech jadą do domu. —

— Odprawić! — Witold do ojca zawoła —

Uciec przed bitwą z sercem pełném sromu!

Lepsza śmierć, ojcze, niż hańba tak sroga! —

Jagiełło milczał, Olgierd milczał stary,

I Kiejstut umilkł. Wtém Winrych do boju

Dał znak, i ciężkie zastępy stalowe

Na lewe skrzydło Olgierda uderzą.

Kiejstut już podbiegł na siwym swym koniu,

Z Olgierdem dzieci, dając znak, zostawił.

A Olgierd? Nigdy nie stał tak do walki.

Sam nieraz w szyki rzucał się, jak w fale,

A kędy stąpił, rozprysły się przed nim;

Teraz na syna z trwogą się ogląda;

I każda strzała, co z kuszy wyleci,

Głowę i serce odrywa do dzieci;

I każdy rycerz, co się na nich rzuci,

W tył go na syna odwraca obronę;

Nie umié walczyć; w pocie siwe czoło,

Serce w krwi pływa; piérwszy raz on w boju

Uląkł się wroga i dał znak odwrótu311.

Na próżno Witold zostać się napiera,

Wyrywa swoim, chce do ojca gonić;

Olgierd otoczyć każe i ucieka.

A Witold ojca wielkim głosem woła:

— Został! sam został! ja bym miał go rzucić? —

Nic nie rzekł Olgierd, lecz nie dał się wrócić.

Litwa w ucieczce, lecz drogo kupili

Krzyżacy swoje zwycięztwo312 kłamane —

Pozostał Kiejstut i po stali siecze,

A młoty Litwy hełmy z głów zsadzają,

Pole się braci trupami uścieła,

Tłuszcza się Niemców, jako las, zwaliła,

A dwóchset313 braci z krzyżami czarnemi

W krwią pobroczonych białych płaszczach tarza;

Już mężny Kuno Hatlenstein na ręku

Krzyżackiéj braci wielką oddał duszę;

Schindekopf goni za wojskiem Kiejstuta,

Lecz w sercu strzała uwięzła litewska,

I do Labtawa nie dobiegł za niemi,

I skonał mężny pod rany ciężkiemi.

Jeszcze po dziś dzień krzyż od wieków wbity.

Pomnik zwycięztwa314 krwią opłaconego,

Stoi i smutnie pogląda ku Litwie,

Stoi i smutnie powiada o bitwie.

XV

U kniazia Światosława, na smoleńskim grodzie>,

Rośnie xiężniczka315 piękna jak słońce o wschodzie,

Hoża jak ranne słońce, gdy się z mgły wybija.

Rumiane lice Anny i oczy jéj jasne

Jako słońce poranku; a kosy316 jéj długie

Jak promienie słoneczne, gdy świat opasują

I w uścisku złocistym do serca go tulą.

Xiężna317 ją, jako dziecko jedyne, w pieszczotach,

Na kolanach piosenką i skazką318 kołysze,

Karmi ją białym chlebem, słodkiemi potrawy,

Ubiera ją we kwiaty i kraśne319 korale,

Włosy jéj to rozplata, to czesze i plecie,

To rozpuszcza puklami po białych ramionach.

Żadne jéj tak nie było ukochaném dziecię,

Żadne tak wypieszczone, nie wzrosło tak hożo.

A strzegli ją od skwaru, strzegli ją od chłodu,

Na nią, jak na źrenicę swoich ocz320 patrzali.

Ale niedługo matce cieszyć się dziewczęciem,

Ale niedługo ojcu pocieszać się synem:

Córce wynijść321 potrzeba z domu za młodzieńcem,

Synu322 swojego chleba dobijać się czynem,

Dobijać się walkami sławy i imienia.

I gdy Anna dorosła, córka Światosława,

Smutno się stało, i mówiła w sercu:

— Czemu ona nie dzieckiem! Na próżno dziecięce

Dawała jéj zabawy, w dzieciństwie utrzymać

Chciała córkę, na próżno! Mgłą jéj oko zaszło,

Pierś się wznosić zaczęła tęskno, nie za matką,

Ale za czémś nieznaném. Toczyła wejrzeniem.

I matka to widziała. Wówczas pieśni dawne,

Wówczas skazki poranne mówiła jéj stare,

I znów czesała włosy, znów, jak dziecię małe,

Sadzała u swych kolan, by rozbawić smutne.

Wszystko na próżno! Oko ciągle gdzieś szukało,

Czego jeszcze nie znało, co poznać pragnęło,

Co, nim przyszło, już duszę i serce zajęło.

— Matko! — pytała Anna, córka Światosława —

Zawsze nam tak tu siedzieć? zawsze żyć w téj ciszy?

Zawsze pieśni tych słuchać, skazki rozpowiadać?

Zawsze na twych kolanach głowę tęskną składać? —

— Zawsze, córko! A czegóż więcéj ci potrzeba? —

— Więcéj? Nic więcéj, matko! Inszego323 mi tylko,

Kogoś inszego — czegoś — pragnie smutna dusza.

Kiedy u wrót zatrąbią, to serce mi bije,

I czekam, gdy nadejdzie. Gdy z wojny przyjadą,

To patrzę324 wracających, szukam między niemi

Tego, com nie widziała jeszcze na téj ziemi,

A co go czekam, czekam! — Kogo, córko, czekasz? —

— Alboż wiém? matko moja! Ja się pytam ciebie,

Czego czekam i kogo? i tęskno mi czemu?

A gdy głowę na twoich położę kolanach,

To nie usnę, jak dawniéj; marzę niespokojna;

A i w głowie i w sercu ciągła jakaś wojna. —

Tęskno matka potrząsa głową posrébrzoną,

I tuli biedną córkę na drżące swe łono.

Raz tam na Rusi Kiejstut zapędził się z wojną,

I do xięcia325 w Smoleńsku, co Litwie był druhem,

Przyszedł spocząć, od potu otrzeć skroń swą znojną326,

Przyszedł u gościnnego zagrzać się ogniska;

I zobaczył on Annę, córkę Światosława,

I pomyślał, że syn mu dorastał już w domu.

A na przyszłą znów wiosnę na Smoleńsk powrócił,

Ale nie sam, Witolda przyprowadził z sobą.

Milczał, i ze swatami nie posłał do ojca;

Tylko kiedy na skórach spocząć się układli327,

Siadł starzec i gasnące rozniecił zarzewie.

— Słuchaj — rzecze — Witoldzie! wziąść328 ci żonę pora.

Jam cóś stary, i bracia na mnie tam czekają!

Co noc ojciec nad łożem ręką mnie wskazuje.

Tyś mój najstarszy, w tobie i rodu nadzieja,

I nadzieje litewskie. Czas tobie wziąść żonę,

Czas ci mieć dzieci, żeby, gdy brzemie329 zacięży,

Na nich złożyć miecz wojny i o kraje pieczę.

Na zamku Światosława tyś nie widział córki?

Hoża Anna! Jam myślał — to dla ciebie żona. —

— Nic, ojcze, nie widziałem — Witold odpowiedział. —

Twoja wola, i wedle twéj woli się stanie.

Mnie jeszcze o kobiécie żadnéj się nie śniło! —

I posnęli. A w xiężnéj, Światosława żony,

Świetlicy, także cicha toczy się rozmowa.

Anna siedzi przy matce; włos jéj rozpuszczony,

W złotych włosach się biała twarzyczka jéj chowa,

A głos z ustek różanych tak płynie pieszczony:

— Matko moja! widziałaś gości, którzy wczora330

Na zamek nasz przybyli. Starszy, wzrostem mały,

Burką grzbiet ma okryty, głowę skórą wilczą,

Na siwym, żmudzkim koniu do ojca zajechał;

Obok niego był młódszy331. O! piękny i młody!

Takiego kniazia wzrostu, lica i urody,

Jeszcze u nas nie było! Kto to? matko miła! —

Matka tęskno westchnęła i cicho mówiła:

— Z ojcem Kiejstutem, syn to Witold młody,

Xiążęta żmudzkie i trockie332, z daleka.

Nieprzyjaciele to Rusi odwieczni;

A choć ich teraz w Smoleńsku przyjmują,

Choć oni z nami, kto wié na jak długo? —

— Ale ten młody? — Anna znowu matki pyta —

Czyż nieprzyjaciel? On jeszcze tak młody!

Czyż już był w wojnach, czy już krwi kosztował? —

A matka na to: — Litwin się za młodu

Wprawia do boju, by, gdy sił dorośnie,

Rękę do szabli i duszę zgotował;

Lecz ród to dziki, ród pogański, Anno,

I Chrystusowéj niecierpiący wiary. —

Córka na to zamilkła, i włosy złotemi333

Siwe oczy zapuszcza znowu i zasłania,

I niby zadrzémała; a matka ogania

Muchy nad nią natrętne, komory334 brzęczące,

Na gorącą jéj głowę kładnąc335 ręce drżące;

Drzemiącą czy uśpioną cicho błogosławi.

Nazajutrz Kiejstut przybrał nową szatę, strojną

Od bogatego futra, złota i szkarłatu,

Do xięcia336 Światosława na świetlicę śpieszy,

Cóś mu do ucha kładnie337 i rękę wyciąga,

Jak gdyby jakiéj zgody od niego domagał338,

Czy jakiejś z nim zapragnął skończenia umowy.

Długo Światosław myślał, opierał się, wzdragał,

Wreście339 smutno uchylił340, choć niechętnie, głowy,

I temi do Kiejstuta odezwał się słowy:

— Niech wola wasza będzie. Córka moja,

Młode to ptaszę, zpod341 skrzydeł macierzy342

Niechaj na nowe gniazdo do was bieży.

Ale was proszę, szanujcie jéj młodość!

Ale zaklinam, miejcie wzgląd! Pieszczone

Dziecię wezmiecie343. Kiedy w obce strony

Zajdzie, wy dla niéj miejcie serce matki,

I serce ojca, i słowa pociechy.

O, smutno, smutno ulecieć zpod strzechy

Temu, kto zpod niéj nigdy nie wychodził,

Kto pod nią schował, kto pod nią urodził344,

I całą młodość prześpiewał u kolan

Matki kochanéj, ojca łaskawego! —

Mówił Światosław, sługę za żoną wysyła.

A xiężna, jakby z dawna, co ją czeka, znała,

We łzach cała już przyszła, i słuchając, drżała,

I chciała cóś powiedzieć, a słów jéj zabrakło;

Twarz rękami zakryła, uciekła do córki;

Milcząc, na jéj ramiona zimne ręce kładzie,

Milcząc, patrzy jéj w oczy, i płacząc, upada.

A Anna na nią patrzy; chce płakać, nie może;

Jakiś dziwny niepokój ogarnął ją cały;

Oczy tylko ciekawe namiętnie pałały.

Potém za tydzień i we dwa tygodnie

Gody w Smoleńsku i huczne wesele.

Anna i matka, długo w swych objęciach

Leżąc, płakały. Zaszły żmudzkie wozy,

Szkarłatném suknem kryte, wioząc wiano345;

Stanęły konie pod złotą oponą346.

Witold odjechał z młodą do Trok żoną.

XVI

Za młodu, za młodu, u życia początku,

Do szczęścia niewiele potrzeba nam wątku.

Człek wszystko, co dotknie347, jak król ów bajeczny348,

Przerabia na złoto, i wszystko mu złotem;

Wśród głodu on syty, wśród boju bezpieczny,

Spokojny wśród burzy pod niebios namiotem,

I życie mu błyszczy, i wschód się rumieni

Od marzeń nadziei słonecznych promieni.

Minęło wesele, przebrzmiały już śpiewy,

A Witold u kolan swéj żony spoczywa;

I ojciec gdzieś pędzi Krzyżaków krwi chciwy,

Witold się za ojcem na wojnę nie zrywa,

I siedzi a siedzi, i siedzą we dwoje,

Dłoń w dłoni, pierś z piersią, włos z włosem zmięszany349;

Ona mu swą młodość, a on jéj swe boje

Po cichu spowiada. I wzrok łzą zalany

Wyjaśnił się Annie. W początku to co dnia

O matce mówiła, do matki zsyłała350,

A potém raz w tydzień, drugiego tygodnia,

A potém choć w miesiąc raz wieści żądała,

A potém wzdychała, czekając z pokłony351,

Aż w tamte przypadkiem miał jechać kto strony.

O ludzka pamięci! tyś płocha wietrznica!

W początkach się targasz i szarpiesz nam duszą,

Lada co łzy ciśnie i żal twój podsyca,

Dwie chwile ból w tobie niestały zagłuszą;

Pamiątki, co nigdy nie miały mieć końca.

Topnieją, jak śniegi wiosenne od słońca.

I Witold z początku tak tęsknił za bojem,

Za ojcem, za koniem, za trudem i znojem,

A potém już rzadzéj352 na wojnę iść życzy.

Nie pragnie zwycięztwa353, nie łaknie zdobyczy,

I mówi do siebie: — Mnie dobrze tak przy niéj!

Czyż walka, czy sława szczęścia mi przyczyni? —

A Kiejstut go wołał z uśmiechem na oku,

I Witold nie poszedł. Rzekł ojciec: — Do roku

Pogasną te ognie, i tęskno ci będzie

Przy żony kolanach, jak sokoł354 na grzędzie,

Na darmo przesiedzieć najdroższy wiek młody,

I znowu pośpieszysz na stare twe gody. —

Ale dnie za dniami, miesiące płynęły,

A Witold uciekał od walki i znoju;

Miękkie mu uczucia wskróś355 duszę przejęły.

I ręka odwykła od szabli i boju.

Raz Anna już spała, on sam do ogniska

Dorzucił polano, na ręku sparł czoło,

Wpół drzémał, wpół dumał, i głowę w dłoń wciska,

i szuka, sam czego nie wiedząc, wokoło.

Wtém przed nim u ognia cóś mignie i siada,

Grzeje się, nad płomień zeschłą dłoń podnosi;

Któś stary, pochyły356 i siwy; twarz blada;

Wszedł cicho i usiadł, nie mówi, nie prosi,

I słowa nie rzekłszy ni Bogóm357, ni komu,

Rozgościł358 u ognia, jak gdyby był w domu.

Witold go postrzegłszy, zerwał się z pościeli,

Postąpił. — Któś taki359? — zawoła nań gniewnie.

— Z daleka! — Lecz jakeście wchodzić tu śmieli?

To izba jest moja, ty nie wiész zapewne?

To izba xiążęca360, gdzie męzka361 się noga,

Prócz mojéj, nie tknęła do drzwi tych i proga. —

A starzec wciąż ręce u ognia ogrzewa,

Popatrzył, i głową zbielałą pokiwa.

— O, wiém ja, gdzie jestem. Tyś Witold Kiejstuta;

To żona twa, Anna, ród panów smoleńskich;

Ta izba, tajemną ciemnością osuta362,

To izba twéj żony i pieszczot małżeńskich,

To izba jest, w któréj gnuśniejesz, mój młody,

I życie swe dajesz za roskosz363, za gody,

I sławę swą dajesz za szczęście weselne,

Swą wielkość i imie364 grzebiesz nieśmiertelne. —

— Ktożeś365 ty? kto jesteś, co śmiész mi sen mięszać366?

I słowy jakiemiś dziwnemi, ostremi,

Nad duszą, jak jastrząb’367 nad ptakiem, zawieszać,

Co pastwę368 z wysoka upatrzył na ziemi?

Lecz, starcze, na Bogi! niełatwą jam pastwą!

Na inne, na inne polować ci ptastwo369. —

— Któż nie zna Witolda? — rzekł starzec spokojnie,

Znów dłonie skośniałe370 nad ogień podnosząc,

A wzrokiem i głosem, i grożąc, i prosząc. —

Był Witold orlęciem, był Witold za młodu,

I lubił, jak orzeł, swobodę i wojnę,

I kochał, jak ojciec, swój kraj i swą chwałę;

Lecz orzeł, ów Witold, nie z orłów już rodu,

Gnuśnieje, jak wieśniak, u ognia świetlicy.

Na kądziel spogląda niewiasty xiążęcéj,

Trzyma się piosneczek, nie puszcza spodnicy371,

I nad nią, nad spokój, nie żąda nic więcéj. —

— Lecz ktoś ty, co śmiész mnie do boju wyzywać? —

— Do boju? — rzekł stary — do boju, nie, młody!

Nikt ze mną do boju nie śmiałby wstępywać372;

A tobie nie wojna smakuje, lecz gody.

Jam... — Powstał i sięgnął do stropu postawą,

A suknia się biała w pomroce roztoczy —

Jam duch jest, twój Gulbi373; za Bogów tu sprawą

Stanąłem przed tobą, bym w żywe ci oczy

Twą gnuśność wyrzucił. Witoldzie! gnuśniejesz!

Myśliwy pies, długo nie idąc na łowy,

Zapomni o kniei i na rok już nowy —

Ty o nich zapomnisz —

Patrz w gwiazdę, co z dala świeci nad twą głową.

Ta gwiazda pod chmurą, gwiazdą Witoldową.

Chcesz, aby zagasła w kobiécéj komnacie?

Chcesz stłumić jéj ognie w kobiécym uścisku?

Nie tobie, Witoldzie, tu w miękkiéj spać szacie,

I leżeć próżnemu przy ciepłém ognisku,

Bo nie tym jest sława, nie dla tych są pieśni,

Co, jak mętna woda, stojąca gdzieś w dole,

Dają się pokrywać i zielskóm, i pleśni,

I wolą gnić cicho, niż wyrwać na pole,

By tamy rozrywać, by użyzniać374 role.

Nie na to, Witoldzie, tyś się w świat narodził,

Nie na to cię ojciec dziecięciem kołysał,

Ażebyś pokorny za kobiétą chodził,

Z ust tylko jéj słodkie pocałunki zsysał. —

Mówił, a Witolda twarz ogniem pałała,

I drżały mu ręce, ognista pierś drżała,

I miecza już szukał, jak gdyby zbudzony,

A chwytał niewieście przybory swéj żony,

Miękkie jéj sukienki, bogate zasłony,

A w twarzy jéj uśmiech napotkał sklejony,

Ten uśmiech tak słodki, co jeszcze go wabił,

Który go wycieńczył, zniewieścił, osłabił;

Spójrzał, lecz nie wrócił na małżeńskie łoże,

Wyrwał się w podwórzec i konia wieść każe,

Ludzi swych zwołuje; nim zabłysły zorze,

On z ojcem już pędzi po pruskim obszarze.

XVII

Na zamku wileńskim Olgierd odpoczywa,

Z Gedyminowego miód rogu popija,

I do snu mu głowa pochyla się siwa,

Pod głowy ciężarem ugina się szyja.

Na zamku wileńskim Olgierd odpoczywa,

Z Turzéj Góry375 patrzy na Świętą Dolinę.

Tam się dym ze Znicza ołtarzy dobywa,

Tam Wilii wody u stóp góry sine;

Tam i ojców stosy i ojców mogiły,

Tam i jemu spocząć, gdzie jego dziadowie.

Jemu walki dosyć — syn porosnął w siły.

Duchowi czas na wschód, czas do grobu głowie.

I duma i patrzy na gród Gedymina376,

Siwą trzęsie głową, siwą trzęsie brodą —

Na grodzie za krzyżem krzyż rosnąć poczyna,

Kościoły się wznoszą, w górę wieże wiodą.

O, nie tak bywało! I na Łysą Górę377

Popatrzył, i znowu pochylił się, drzémie.

Tam trzy krzyże stoją, wysokie, ponure,

Patrzą, jak na swoję378, na litewską ziemię.

I duma, i marzy. Nie ostać się Bogóm379,

Nie ostać się staréj litewskiéj już wierze!

Ni mieczem obronić, ni zakryć nam wrogóm!

Krzyż stoi nad Litwą, krzyż Litwę zabierze.

I wzdycha, i patrzy; gdzie oczy obróci,

Krzyże widać wokoło — Juljanny380 tam krzyże!

I słychać, wieczorne mnich pieśni swe nóci381,

I słychać, dzwon chrześcijan woła na pacierze.

Na zamku wileńskim Olgierd odpoczywa,

Z Gedyminowego miód rogu popija,

I do snu mu głowa pochyla się siwa,

Pod głowy ciężarem ugina się szyja.

Nagle podniósł głowę i oczy otworzył,

Róg popchnął złocony, patrzy w drzwi komnaty;

Ręka trząść przestała, wzrok omdlały ożył;

I uszy nastawił, słuch posłał na czaty.

Któś jedzie w podworcu, słychać koni rżenie,

I drzwi się otwarły, wprowadzają posły.

Z ruskiéj ziemi kniaziu382 przyszło pozdrowienie,

Od Dymitra383 z Moskwy wieść wojny przyniosły.

A starszy poselstwa, Fedko, się odzywa:

— Pozdrawia was ojciec nasz i dar przysyła,

Oto miecz od niego, krzemień i krzesiwa.

Z mieczem, ogniem do was przyjdzie nasza siła.

Przyjdziemy do Wilna na święcone jaje384,

Skrzesać ognia w Litwie i miecza sprobować.

Dawno Dymitr w wasze wybiera się kraje,

Oznajmił się w gości, znajcie385, jak przyjmować! —

A Olgierd się porwie i posłóm odpowie:

— O! dobrze! na Bogi! Kniaź Michał od roku

Na Moskwę mnie ciągnie. Przymierze odnowię.

Wszak za Brańsk, za Smoleńsk nie stąpiłem kroku.

Wy chcecie na mojém urągać śmiecisku,

Niepomni, żem w Moskwie pod Kremlem ucztował;

Że Dymitr sromotę już nieraz wziął w zysku,

Gdy z kniaziem Olgierdem o lepszą386 wojował.

Więc Moskwę powitam, i kraśne sam jaje

Dymitru387 przyniosę na święto w Sobotę388.

Dla kniazia ubogie litewskie są kraje,

Sam w Kremla zastukać ja przyjdę drzwi złote. —

I posły389 skłonili głowami, wracają.

A Olgierd cóś dumał i gońców gnał wkoło,

Lecz dokąd? lecz po co? i gońce390 nie znają;

Wieść niosą, nie wiedzą, smutną czy wesołą.

A zima śniegami już wieje białemi.

Pod Wilno, na Piaski lud zewsząd gromadzą;

I Michał się Twerski391 obiecał iść z niemi,

W Smoleńsku Światosławu392, gdy tylko znak dadzą.

I Drucki393, i Andrzéj Połocki394 wybieży,

I Kiejstut, i Lubart395 od lackiéj rubieży396.

Nikt nie wié, gdzie Olgierd gotuje z ćmą397 ludu,

A wojsko się zbiera do bojów i trudu.

I Olgierd nie mówi, a ludzie szeptają398.

Na próżno! ust starych nikt mu nie otworzy.

Tak zawsze bywało. Do boju znać dają,

A wojsko — nie powié, gdzie jutro rozłoży.

Już wszyscy gotowi; brat Michał399 gdzieś daléj

Z Twercami się złączy i wojsko pomnoży;

Już czerni400 tysiące z pałkami zegnali,

Czerń drogę im wskaże i drogę otworzy.

A Olgierd z Zamkowéj pogląda sam Góry,

I wojska rachuje, i śmieje się w duszy,

I milcząc, skórzany szłyk bierze, ponury,

Daje znak ludowi — niech naprzód wyruszy.

Jeden wié sam Spudo, gdzie wojska powiedzie;

On czerni jest głową; Olgierd mu powierza,

I Spudo na koniu przed ludem na przedzie,

Na północ wskazuje, i ręką wymierza.

Ruszyli; przed niemi już lasy się walą

I mostem im ścielą pokornie pod nogi.

Czerń drzewa podcina, a sioła się palą,

A dymy, zniszczenie wytknęły im drogi.

I idą w milczeniu, bez chwili wytchnienia;

Gdzie wejdą, lud jeszcze u ognisk zastają;

I wieść ich, co z wiatry na skrzydła się mienia401,

Nie może wyprzedzić, tak szybko się gnają402.

Aż przyszli pod Wyłok, gdzie wodzem Bazyli;

Z smoleńskich on xiążąt403, lecz z Dymitrem trzyma;

I twierdzę drewnianą próżno osaczyli,

Gdy dobyć jéj szturmem Olgierd czasu nie ma404.

Gród został niewzięty, wódz tylko dał życie,

I ciągną a ciągną bez ustanku daléj;

W Sobotę aż Wielką ujrzeli o świcie

Kreml biały i Moskwę, i pochód wstrzymali.

Tu stoją. Nazajutrz, gdy Dymitr ze dworem

Na jutrznię do cerkwi wychodzi spokojny,

Spogląda — na Górze Pokłonnéj405 taborem

Litwini już leżą, jak mrówię406 lud zbrojny.

A poseł Olgierdow407 przynosi mu jaje.

— Weź, kniaziu Dymitrze, i spójrzyj408 dokoła.

Kniaź Olgierd ci miecz twój i krzemień oddaje.

Kniaź Olgierd co przyrzekł, to strzymać409 podoła. —

Z Zamieścia, Posadu, już dymy się wznoszą,

I płoną; pod Kremlu410 już ogień murami.

Bojary chleb z solą naprzeciw wynoszą.

— Kniaż Dymitr przyjaźni i drużby chce z wami. —

A Olgierd im starą wyciągnął prawicę,

I rzecze: — Dam pokój, niech będzie przymierze,

Oszczędzę twój Kremel411, oszczędzę stolicę,

I mieczem mym tylko w twe wrota uderzę.

Niech będzie znak po mnie, niechaj ślad zostanie,

Żem przyszedł, ci jaje przyniosłem święcone;

A nie ślij mi posłów, gdy wojsko twe, panie,

Na polu nie stoi ku Litwie zwrócone. —

Na zamku wileńskim Olgierd odpoczywa,

Z Gedyminowego rogu miód popija,

I do snu mu głowa pochyla się siwa,

Pod głowy ciężarem uchyla się szyja.


Na pruskiéj, na polskiéj, moskiewskiéj wyprawie

Był Witold, z staremi uczył się wodzami,

I piérwszy raz w bitew skąpał się kurzawie,

Piérwszy raz krwi wroga dotknął412 się ustami.

A piérwsza ta kropla pragnieniem go piekła;

I odtąd niesyty ni trudu, ni sławy,

Gdzie róg mu zatętnił, gdzie wojna powlekła,

On, tęskniąc za bojem, gnał ciągle w bój krwawy.

XVIII

Na Polskę idą litewskie xiążęta413:

Lubart i Kiejstut na przedzie,

Witold z Jagiełłą, młode sokolęta.

Czemuż ich Olgierd nie wiedzie?

Czy Michał Twerski, czy Smoleński woła

Pomocy przeciw Dymitra?

Czy Moskwa pali sprzymierzeńców sioła?

Krewiczan414 burzy Ruś chytra?

Spokojnie w Rusi; Twerski od wyprawy

Na swéj stolicy spoczywa;

A jednak Olgierd nie śpieszy w bój krwawy,

Chociaż go Lubart wyzywa.

I poszedł Kiejstut, Jagiełło i Jerzy,

Litwinów zastępy mnogie,

A Olgierd został, sam siedzi na wieży

I na pustą patrzy drogę.

Dobrze ci było, wielki Gedyminie,

W boju umierać od strzały!

I nie zestarzeć, i w śmierci godzinie

Polegnąć na polu chwały!

A syn twój, Olgierd, nie dźwignie oręża;

Patrzy, jak młódsi415 się gnają416;

Dłoń już bezsilną na próżno wytęża,

Ręce duszy nie słuchają.

A Litwa znowu w lackie idzie kraje,

Bo Polska stoi otworem;

Polsce Kaźmierza Wielkiego nie staje,

Elżbieta417 pląsa z swym dworem.

Idą w Lubelskie, Sandomierz pustoszą,

Nad San, w Podgórze wtoczyli,

Między San, Wisłę, po Tarnow418 lud płoszą,

Mnogi łup zewsząd spędzili.

Dziewięć mil tylko Litwie od Krakowa.

Legła zwycięzkim419 taborem.

Próżno wieść niosą, Elżbieta królowa

Pląsa i śpiéwa z swym dworem.

Już nazad gonią ku Litwie z łupami.

Na Litwie smutna wieść krąży:

Mistrz na Żmudź poszedł ze sprzymierzeńcami,

Sześć ziem zjadł, na siódmą dąży.

Chce Kowno ubiedz420. Nadniemeńskie włości

Leżą pustynią dokoła,

Po polach świecą krwawe trupów kości,

I spalone stérczą sioła.

Krwawą łzą Kiejstut płacze klęski swojéj;

Witold go prosi: — Daj ludzi!

Krzyżak bezpieczny zwycięztwem421 się poi,

Niech go krzyk rzezi obudzi! —

I zbiera swoich, na Prussy422 napada,

W Insterburskie ciągnie włości:

Sam zamek wzięty, płomień go dojada.

Rozdarte kraju wnętrzności!

Z łupami z piérwszéj powrócił wyprawy

Witold, jeńców wiodąc mnogo.

— Patrzaj, Kiejstucie, czylim syn twój prawy?

Licz ludzi, czy braknie kogo? —

XIX

Smutno na Wilnie423! Olgierd zwołał braci

Ze syny swemi, żeby ich pożegnać,

I róg alusu424 ostatni wychylić.

Dłonią ich wyschłą ścisnąć raz ostatni.

Olgierda oczy sen już wieczny mruży.

Dosyć mu boju; żyć już nie chce dłużéj;

Synóm425 dorosłym i bracióm426 zostawi

Litwę na rękach, a starszemu swemu

Wilno stolicę i nad braćmi władzę.

Na Turzéj Górze Olgierd stary siedzi,

Po Świętéj patrzy grobowéj Dolinie,

Stos nakłaść kazał i braci wygląda.

Na Swintorozie bierwiona sosnowe

I dęby walą ze świętego gaju.

Stoi stos, na nim łoże Olgierdowe.

On patrzy na stos, na łoże pogląda,

Wiliję427 żegna i gród Gedymina,

Dymy Zniczowe i swych ojców groby.

Aż żona, kiężna Juljanna428, do niego

Idzie i mnicha za sobą przywodzi.

— Mężu mój! Panie! — rzecze — życie całe

Tyś wiódł pogańsko! umrzyj chrześcijaninem429!

Syny430 twe wiarę swéj matki przyjęli,

Po Rusi poszli chrztem świętym omyci.

Dokoła krzyże Chrystusowe stoją,

Patrzą ci w serce i okna zamkowe.

Wszak tyś sam nieraz starą schylił głowę

Bogu twéj żony. Umrzyj w mojéj wierze! —

Olgierd się podniósł, siwą trzęsie głową.

— Dajcie mi skonać, jak marli ojcowie,

Wśród swoich, w uczcie, z rogiem miodu w dłoni.

Nie chcę téj wiary, dla której od braci,

Od dziadów moich oddalić się trzeba,

I nie chcę bez nich chrześcijańskiego nieba. —

Mnich mu cóś szepce, on mnicha nie słucha.

— Żyłem z mym ludem, umrę z moim ludem!

Wpuścić Kiejstuta, Lubarta, Jerzego,

I syny moje, i Jagiełłę mego.

Niechaj do uczty nakrywają stoły,

Niech alus niosą, niech bojary moje431

Przyjdą, kniaziowie i dworzanie wierni.

Ty rękę podaj i wiedź mnie do braci —

Rzecze do sługi. Otwarli podwoje,

I stary Olgierd wita rodnię432 swoję433.

A oni smutni pospuszczali głowy.

I nic nie słychać, tylko starca piersi

Ciężkim oddechem głośno się kołyszą.

On usiadł, wzrokiem po zebranych toczy,

A już mrok śmierci okrywa mu oczy,

Już ledwie swoich poznaje po głosie;

Sam za róg bierze, napełniać go każe.

— Do was, o bracia, do was, syny moje,

Ostatnia czara i ostatnie słowa!

Olgierd za ojcem pójdzie Gedyminem,

Syn już za ojcem; on tęskni za synem;

Olgierd się dosyć nażył, nawojował,

Młódszym434 ustąpi i miecza, i życia;

Tobie, Jagiełło, wileńskiéj stolicy.

Prawda? Kiejstucie! ty synu435 mojemu

Nie będziesz bronił po ojcu puścizny?

My z tobą stary, długi wiek przeżyli,

Sercem na sercu. Zostawiam ci dzieci;

Bądź ty im ojcem, a wy mu synami,

A jego dziecióm436 braćmi rodzonemi.

Na waszéj zgodzie los litewskiéj ziemi.

Patrzcie, z Kiejstutem, z Lubartem my zgodni,

Iluśmy wrogóm nastawiali głowy!

Naprzeciw wielu kraj nasz obronili!

Bogi tam wiedzą, co za los was czeka,

Lecz Bogi zgodzie bratniéj błogosławią.

Do was, Kiejstucie! — I rękę wyciągnął,

Podał róg bratu. — Bądź mi zdrowy, bracie!

Już nam aż w Wschodniéj zobaczyć się Ziemi

Z tobą! ale już nie z braćmi wszystkiemi!

We Wschodniéj Ziemi na Wieczności Górze

Nie stanie wielu! W chrześcijańskim raju

Poszli, dziadowskiéj wyrzekając wiary437.

Z tobą, Lubarcie438, nie widzieć nam więcéj —

Tyś chrześcijanin — i z tobą, Jawnucie439!

Żegnajcie, bracia! Nad Olgierda dziećmi

Bądźcie opieką, zastąpcie im ojca!

Jeszcze raz, stary Kiejstucie, dłoń ściśnij.

Już cię nie widzę, niech usta uczuję,

Niech głos posłyszę. Patelo440 koło mnie

Leci z skrzydłami czarno okrytemi.

Żegnajcie, dzieci! duch mój będzie z wami;

Żegnajcie, słudzy, i wierne psy moje!

Ty, mój sokole! ty, mój mieczu biały!

I ty, Juljanno441! ty jeszcze, Kiejstucie!

Podajcie miecza, niechaj z mieczem w dłoni

Skonam, gdy Bogi mi nie dozwoliły

Gedyminową śmiercią umrzeć w boju!

Niech w rogi dzwonią, w lietaury uderzą,

Niechaj mi nócą442 pieśń moję443 bojową! —

Mówił, i z wolna starą kłonił głowę;

Broda mu siwa na piersi spływała;

Miecz cisnął444 jeszcze, lecz ręka spadała;

I ani żony płacz, ani łzy dzieci,

Ani wojenne drużyny okrzyki,

Już go na ziemię odwołać nie mogły;

Ani dźwięk rogów nie odwrócił ducha,

Co śpieszył dziadów w Wschodniéj witać Ziemi.

Mówił, a płacz się rozległ po świetlicy.

Jeden był Kiejstut, co łzy nie miał w oku,

Bo jego boleść duszę ucisnęła

I łzóm445 zaparła446 na powieki drogę.

Tak skonał Olgierd. Stu płaczek się głosy

Ozwały nagle z jękiem i krzykami.

Ciało starego myli, ubierali,

Białą mu szatę, złote wiżos447 kładli,

Białym go mieczem na śmierć przepasali,

Rąbkiem mu białym przewiązano szyję,

W nim złoty pieniądz na wieczności drogę,

U pasa proca rzemienna wisiała,

A szłyk na głowie, giętki łuk u boku.

I siedział starzec, jak gdyby żył jeszcze,

Tylko nie patrzał zamkniętemi oczy448,

Tylko nie dyszał449 piersiami wyschłemi,

Zda się, odpoczął po życiu, po boju.

Naprzeciw niego bracia, towarzysze,

Synowie, słudzy stali i kapłani;

Wszyscy do niego róg alusu pili,

Wszyscy żegnali Olgierda ze łzami,

I na dobranoc pieśni mu nócili450;

A płaczki, wkoło usiadłszy na ziemi,

Łzy spadające do naczyń zbierały;

I w czarnéj sukni, we wdowiéj zasłonie,

Xiężna451 Juljanna452 u nóg męża swego

Płakała, szaty rozdarłszy na poły.

Już czas pogrzebu — na Świętéj Dolinie

Od Znicza iskrę przynieśli kapłani,

Raudę453 zanócą454, na kniazia czekając,

Miękkie mu łoże ścielą z wonnych kwiatów.

Porwali słudzy zimne starca ciało.

Żegnaj, zamczysko! żegnajcie, komnaty!

Olgierd w was więcéj nie będzie ucztował,

Nie złoży łupu, powróciwszy z wojny,

Nie złoży głowy utrudzonéj bojem,

Olgierd na wieczne śpieszy już posłanie,

Przez stos gorący do zimnéj mogiły.

Przed ciałem jego odpędzają duchy;

Idą bojary455, mieczami machają;

Juljanna456 idzie do stóp tylko góry;

Tu z płaczki swemi457 na ziemię upadła,

Chciała iść daléj, nie puszczą kapłani.

Tam krzyk i wrzawa dokoła doliny.

Słupy rozstawne — do słupów młodź goni,

Zdobywa pieniądz i zbroje458, i leci,

Na duchy wrzeszcząc, aby je odegnać,

Olgierda ciała by skrzydłem nie tknęły.

Na stosie starzec z mieczem w skrzepłym ręku.

Z siwą mu brodą wschodni wiatr powiewa.

Dokoła bracia, synowie, kapłani,

I słudzy na stos dla xięcia459 wybrani.

Oni nie płaczą, bo idą za panem

Na lepsze życie, kędy ich niewolę

Sto nowych zmysłów, roskoszy460 osłodzi;

Oni nie płaczą — wszystkim oschły oczy;

Pieśń tylko wielka przez usta kapłanóm

W niebo za duchem Olgierda się toczy.