XLV

Gdzie Witold pośpieszał? dokąd z garstką ludu,

Na siwym swym koniu, dniem i nocą goni?

Czy na Żmudź, do matki Kiejstuta poddanych,

Po nowe zasiłki, po wojsko liczniejsze?

Czy na Ruś do kniaziów zawierać przymierze,

I z niemi na Lachy puścić się w zagony?

Czy razem z Tatarem pić wodę Dniestrową,

Białogrodzką1137 ordę1138 na Jagiełłę zmawiać?

Nie na Żmudź on śpieszy, nie na Ruś, do Tatar1139

Znowu do Krzyżaków z chmurném jedzie czołem.

Dwa ich razy zdradził, trzy im zamki spalił,

I krwi ich utoczył, i ziemie spustoszył,

Znowu do nich jedzie, znów o pomoc wzywa.

Lecz mistrz umarł stary; nowego wybrano.

Kto wié, jaka będzie z nowym mistrzem sprawa?

Z małą garstką ludu do Marii miasta1140,

We wrota zastukał, odmieniwszy imie1141.

Do mistrza z poselstwem z Litwy przyszedł głębi.

I nikt go nie poznał, na zamek wpuszczono.

Na zamkowéj sali w nocnym siedział mroku

Mistrz nowy, komturów otoczony radą.

Jakieś xięgi patrzą1142, listy przed się kładą,

I cicho cóś1143 szepcą, a czoła zmarszczyli.

Wtém podwórzec tętni, trąbka się ozwała.

— Do mistrza! Nieznany chce się widzieć xiążę1144. —

Wnet bracia w krużganki rozbiegli się cicho;

Mistrz sam się pozostał1145, usiadł w wzniosłym tronie,

Czeka. Drzwi otwarły1146 — Witold wchodzi dumnie.

On spójrzał1147 i porwał1148, i stoi milczący,

Bo poznał Witolda, a boi się zdrady,

I lęka, czy zamku nie ubiegł1149 ze swemi?

— Cny mistrzu! — rzekł Witold — otom u was znowu!

Z prośbą po raz trzeci, do was, do Zakonu. —

— Z prośbą? do Zakonu? Wy ze mnie szydzicie! —

— Na Boga, nie szydzę. Jagiełło mnie zdradził,

Ja zdradzam Jagiełłę, i do was znów idę. —

— Lecz Zakon ci, panie, trzy razy wszak wiary

Dotrzymał, nie zawiódł. —

— O! Zakon dotrzymał

Obietnic, gdy dwoje w kolebce struł dzieci! —

Mistrz głowę opuścił.

— Zapomnim przeszłości.

Jam u was! — pomożcie1150! Zapłacę Krzyżakóm

I sławą, i ziemią, i wojną z Lachami,

Zapłacę sowicie, co dla mnie zrobicie. —

Mistrz czoło pociera, komturów zwołuje.

Już wieść się rozeszła, że Witold na zamku,

Więc śpieszą i wkoło siadają naradzać1151.

Długo w noc się sporzą1152 i ostro ścierają.

A Witold uśmiécha1153. On pewny, że znowu

Odepchnąć go nie śmią. I nim dzień zaświtał,

Na karcie przymierza ciśniono1154 pieczęcie.

— Teraz — rzekł do mistrza — nie tak nam wojować.

Ja pójdę do swoich, od chaty do chaty,

Od sioła do sioła; a kto łuk naciągnie,

Kto procą wyrzuci, kto pałkę podniesie,

Ja wszystkich zabiorę; ja spędzę wam tłumy

Ze Żmudzi, z Podlasia, od Rusi, ze stepu,

Gdzie konie tatarskie w morzu się kąpają1155;

Ja pójdę i płacić, i prosić, i silić1156,

Ja zbiorę wam wojsko jak chmurę szarańczy,

By Litwę zalało, zniszczyło, zajadło,

Jak pomor1157, jak pożar na kark jéj upadło.

Wy, mistrzu, pójdziecie po Niemcach, po braciach,

W zamorskie krainy, w daleki kraj waszy1158,

I w imie1159 swéj wiary zwołacie do boju

I panów, i xiążąt, szlachtę, gmin i miasta.

Niech wojsko potężne, olbrzymie wyrasta.

Nie czas nam garstkami walczyć już małemi.

Nam Litwę zajechać, i jednym obozem

Od morza do morza położyć széroko.

Ja idę do swoich; do swoich wy szlijcie1160,

I proście, i płaćcie; zwołajcie Krzyżowych.

A teraz milczenie! Siły swe gotujmy,

I w próżnéj się walce nie możmy1161 przed czasem. —

Tak mówił. Z iskrzącém mistrz słuchał go okiem;

Szedł myślą zniszczenia za wojska potokiem,

I widział Jagiełłę, jak konał w objęciu

Nawały krzyżackiéj, jak ziemia széroko

Płonęła, gorzała i krwią się zlewała.

Aż twarz mu kraśniała i pierś mu buchała.

Za rękę Witolda pochwycił i trzyma.

— Czas drogi — rzekł Witold — do Grodna pośpieszam.

Jagiełło w Podlasiu już zamki mi bierze.

Nim Grodna dosięże i mnie tam zastanie,

Zbierajcie swe wojsko, zbierajcie, na Boga!

Ja gońców rozeszlę1162 na dziewięć pokoleń —

Co żyje powstanie, co żyje zgromadzę! —

Nazajutrz o świcie znów Witold się pędzi1163.

Nie zasnął, nie spoczął. Gdzie sen mu? spoczynek?

Jagiełło dni dziesięć pod Brześciem już stoi.

Choć mrozy mu wojsko, choć głód go pożywa1164,

On krokiem od Bugu nie poszedł, aż w grodzie

Załogę osadził, i Hinczę z Rogowa

W dziedzinie Kiejstuta na straży postawił.

Ciągnie na Kamieniec1165, łatwo go zdobywa,

Bo miejsce to płaskie i rzeka obléwa

Niewielka, ni strome broniły urwiska.

Choć dziewięć swych tylko do szturmu wiódł secin1166,

Na wieży zamczyska już orzeł powiewa,

A Zyndram Miaskowski w Kamieńcu dowodzi.

Już ciągnie do Grodna. A Witold pośpiesza

Na odsiecz zamkowi. I nie zbiegł1167 na porę.

Jagiełło po lodach przez Niemen przeprawił,

Dokoła zamczyska swój obóz rozstawił,

A szturmem nie mogąc, chce dobyć go głodem,

I czeka posiłków od braci, od Rusi.

Skirgiełło zwołany, Włodzimierz kijowski,

Korybut z Siewierza, pod Grodno przyciągną.

Stał Witold naprzeciw za rzeką i lody1168;

Chce przebyć, do zamku dostać się swojego,

Lecz Niemen széroko rozpuścił swe wody,

Kry chwycił, rozerwał, Jagiełłę odgrodził.

A Witold z przeciwnéj góry się szańcuje,

I patrzy, jak biją do murów tarany,

Jak jego pomocy załoga wyzywa1169,

Klnie Polskę z Jagiełłą, rwie włosy na głowie,

I gońca za gońcem posyła co nocy:

— Nie poddać mu zamku, choć wszystkim wyginąć! —

Jagiełło chciał odejść, lecz polscy wodzowie

Wciąż mówią: — Dobędziem! — i wciąż go trzymają.

Już w polskim obozie głód ciężki blademi

Rozpiął się skrzydłami; i żołnierz wymiera,

Chleb z ością i kłosem przegniłym pożera;

Dla koni daleko szukają posiłku,

I strzechy odarte zgłodniałym rzucają;

Mrą ludzie w obozie! Jagiełło chce wracać,

Polacy nie dają, i mówią: — Zdobędziem! —

A Witold? On patrzy, na oczach mu żarem

Pali się chęć zemsty. Nie przebrnąć za Niemen,

Ni dostać na zamek. Codziennie załoga

Posyła, wołając: — Ratuj nas! giniemy! —

On patrzy i duma; co począć, sam nie wié;

Klnie cały świat boży w rospaczy1170 i gniewie.

Na koniec pomyślał — przez rzekę łańcuchem

Zarzucił i łodzie do ogniw posplatał1171,

Wojsko swe przez Niemen do zamku przeprawia.

Wtém z góry puścili Polacy bierwiona1172,

I kłody ogromne, i sosny z gałęźmi,

A Niemen je niesie na łodzie Witolda,

A Niemen o łodzie drzewami uderza,

I toną w niemnowych wód głębi Litwini,

Łańcuch się rozdziera, czółna pęd porywa,

A z mnogiéj wyprawy, na stronę przeciwną,

Na obóz Jagiełły jeden człek przybywa.

Na próżno, gdy płynął do wroga ku brzegu1173,

Witold nań zawołał, by raczéj utonął,

Niż sam szedł w niewolę; na próżno strzałami

Na zdrajcę puszczali1174, bo zdrajca wypłynął,

I wszystko powiedział, co Witold zamyślał.

Polacy do zamku na nowo szturmują,

Już mury się walą, rowy napełniają,

I wieże rozbite padają na głowy,

Polaków i Litwę gruchocząc pod sobą!

Wyłomem Jagiełły cisną się żołnierze.

I nie chce już Witold bezsilny poglądać

Na swoję sromotę. — Obozy — rzekł — związać1175. —

Siadł na koń, milczący ku Prussóm1176 pogonił.