XLVI

Nigdy, jak Litwa pamięcią zasięże1177,

Straszniejsza na nią powódź nie spłynęła!

Ani tatarska tak straszną nawała,

Ni lackie wojny w Olgierdowéj ziemi!

Od czasów, kiedy wzdęte rzek powodzie

Zlały jezioro u Białego Morza1178;

Kiedy się ziemia pod Perkuna dłonią

Trzęsła, i w góry, w doliny skrajała,

Wodami cała spłynąwszy wysoko;

Od czasu, kiedy z wschodniéj przyszłe1179 ziemi

Olbrzymów plemie1180 w bursztynowych brzegach

Usiadło1181 — wojsk się nie zebrało tyle

Na Litwę biedną! Zda się, kopytami

Ziemię rozdepcą1182, z rzek wodę wypiją,

Jedną mogiłą cały kraj pokryją.

Powstał mistrz. Wielkim głosem ku zachodu1183

Zawołał braci. Z daleka, zza morza,

Kędy się słońce kąpie w oceanie,

Idą rycerze na mistrza wołanie:

Z angielskiéj ziemi, z francuzkiego1184 kraju,

Z niemieckich lasów liczne ufce1185 płyną,

A każdym ufcem dzielny mąż dowodzi;

Idą łucznicy z dalekiéj gdzieś ziemi,

Wloką się działa z paszczami strasznemi;

Chorągwie dziwne nad wojskiem szeleszczą.

Obcych języki piérwszy raz o lasy

Litwy odbite, nigdy niesłychane,

Pieśnią rycerską powietrze wzruszają.

Konie rycerzy — olbrzymiego rodu,

Postawy silne, a każdy na sobie

Dźwiga żelazną, świecącą zbroicę,

W żelaznym szłyku blade czoło kryje,

W żelazne wiżos1186 nogi obuł silne,

I łuk na plecach dźwiga, co go w Litwie

Ni podnieść człeku, ni wypuścić strzały.

Łupem jednego obcych wojsk żołnierza

Dziesięciu Litwy mężów byś uzbroił.

A wszystkich Witold na Litwę sprowadził!

Na Litwę swoję! On rzekł w duszy hardéj:

— Musi być moją! ja będę panować

Choćby nad pustą litewską mogiłą!

Choćby nad puszczą z dzikiemi źwierzęty1187! —

On rzekł i zwołał ufce wojowników;

A jak się chmura czarna w troje1188 dzieli,

Kiedy ją wiatr rozporze1189 na szmaty,

Tak wielkie wojsko rozbiło na troje,

I idzie, Litwie śmierć niosąc i klęski!

Na polach Kowna piérwsi się gromadzą,

Złączyli wszyscy i ciągną pod Troki.

Zamek nie ustał; działa go podarły;

Upadły wieże, bramy się rozwarły.

Weszli zwyciężcy1190 na zwaliska grodu.

Miasto spłonęło, lud poszedł w niewolę,

Trupy pływają po mętném jeziorze.

Pusto i głucho! tylko rybitw1191 biały

Skrzydełka kąpie, muska jego wody;

Tylko się krucy1192 na ruinach chmurą

Zwalili, szarpać kościotrupy krwawe.

A Witold westchnął, patrząc na zniszczenie,

I wskazał ręką — ku Wilnu pójdziemy! —

Idą pod Wilno. Na Szyszkińskiém Polu

Skirgiełł im z garścią Rusi zaparł drogę,

Z nim Światosławicz Hleb i syn Jawnuta,

Siemion Zasławski, kniaź Hleb Czartoryski,

I Iwan Lwowicz, i ruskie bojary.

Sparły1193 się wojska u stóp gór w dolinie;

A Niemcy, w prawą rozciągnąwszy stronę,

Objęli swoim żelaznym uściskiem

Ruś, co bezsilna z rospaczą1194 walczyła.

I wzejdą krzyki, i zaświecą strzały.

Jak tur się dziki rzucił między wrogów

Witold, i miecza dobywszy jasnego,

Szuka Skirgiełły, bo pragnie krwi jego.

Poza nim Niemcy gonią Ruś wylękłą,

I aż pod Werki1195 wybiegli za niemi.

Ziemia się trzęsie zryta kopytami,

Zielona trawa sczerniała, kraśnieje,

Krew, czérwonemi płynąc strumieniami,

Z pagórków, szumiąc, w doliny się leje.

Lipcowe słońce nad głowy rycerzy

Sieje promieńmi1196 z płomieni zbitemi;

A czarne chmury, z wiatry gorącemi

W twarz Rusi idąc, piaskiem w oczy sypią,

Jakby się także z Witoldem zmówiły.

Już ruskie wojska rozbite na poły,

Część leży w dole, nieforemna bryła,

Którą niemieckie roztłoczyły1197 konie,

Ludzi, rumaki w jedno ciało zbiły.

Druga część próżno ku Werkóm ubiegła1198,

Jazda krzyżacka ściga ją w pogoni.

A droga, kędy przeszli wojownicy,

Trupami, końmi, człońkami1199 znaczona,

Kędyś w zaroślach garścią mięsa kończy.

Trzecia część, któréj Skirgiełło dowodzi,

Już tył podała, i śpiesznie uchodzi

Na stare Wilno. Witold z mieczem w dłoni,

Krwią zlany cały, ślad w ślad za nim goni.

Ciężkie niemieckie ufce się zostały,

Z Witoldem tylko jeden poczet mały.

Lecz gdzie strach pędzi, dosyć garści ludzi.

Noc pada, xiężyc1200 na niebie się wznosi,

Skirgiełł uchodzi, Witold w plecach jego

Krwawi miecz wielki, obcina, zabiera;

Aż na przedmieścia wileńskiego grodu,

Bramy minąwszy, za Skirgiełłem wpada.

Tu żołnierz mordów i klęski niesyty,

Ogień pod domy rozrzuca széroko;

Wiater1201 się z burzą zrywając i gromy1202,

Pędzi płomieniem na przedmieścia chatki!

I fala ognia, jak rzeka wylana,

Płynie po dachach, lud z domostw wygania,

Szérzy się, idzie, roznosi, rozlewa.

Wszystko, co żyje, w Krzywy Gród ucieka.

Co pozostało, napastnik rozsieka.

A burza, warcząc nad Witolda głową,

Piorunem z niebios i gradem pomaga,

Płomień rozdyma1203 i przejmuje strachem!

Już jakby jedno płomienne jezioro,

Domostwa Piasków krwawym ogniem gorą!

Witold się patrzy, i ludzi rozgania

Pomagać burzy i zniszczenie szérzyć!

Chciał za Skirgiełłą do zamku uderzyć,

Lecz świéży z Grodu Krzywego posiłek

Stanął mu w poprzek. — Więc na jutro reszta —

Rzekł, i na Piaskach, w zniszczonym klasztorze,

Obóz rozbija i na swoich czeka.

Nazajutrz rano wojsko się przywleka.

Przybyli Niemcy obciążeni łupem,

Wioząc starszyznę, między bitwy trupem

Na polu walki poległą bez sławy.

Hleb Światosławicz, Siemion syn Jawnuta,

Zasławski xiążę1204, i Hleb Czartoryski,

I Iwan Lwowicz, życie utracili.

Cieszą się Niemcy z wygranego boju.

Dobra to wróżba! Wnet zamek obsiedli

Dokoła, wojska i działa obwiedli;

Z spalonych przedmieść deski osmalone

Zwłóczą, i budy dla starszych gotują;

Inni szałasy z gałęzi zielonych

Stawią1205; a patrząc na zamkowe mury,

Śmieją się, myśląc, że jutro tam będą

Gościć wesoło na krwawych komnatach.

Lecz łatwiéj było Skirgiełłę słabego

Pożyć1206 na polu, niż Gedyminowe

Dostać zamczysko: bo polska w nim siła

I ruskie wojsko zbiło ocalone.

Na górnym zamku Moskorzowski wiedzie

Polską załogę: na dolnym Korygiełł

Dowodzi Rusią i garstką litewską.

Tu lud się z miasta wylękły zgromadził,

Z skarby swojemi i ubogiém mieniem;

Co żyło w Wilnie, pod mury uciekło,

Drżące ze zgliszczów za wały przywlekło;

I padli męże1207, starcowie1208, niewiasty,

Z łzawemi oczy patrząc na pogorzel,

Tuląc ku sobie, wyglądając chwili,

W której by w własnéj obronie walczyli.

Cicho na zamkach. Na górnym powiewa

Polska chorągiew; na niéj krzyż czérwony,

Wielki, widoczny, bije mnichów w oczy,

Aby wiedzieli, że nie na pogany1209

Wyszli — chrześcijańską1210 krew ta wojna toczy.

Piérwszych dni działa burzące przywiedli

Niemcy, stawili, zamek okrążają,

Liczą wyżyny, wpatrują w parowy,

Tarany stawią1211 i drabiny wiążą;

Potém stanęli, i ognistym mieczem

Opaszą zamki, ścisną je żelazem.

Próżno! załoga broni się, jak wściekła;

Na Krzywym Grodzie ojcowie i dzieci,

Każdy z swém mieniem, skarby najdroższemi1212,

Chce ważyć1213 życie, by drugim ocalić;

I ile razy z bram wyrwą wileńce1214,

Tylekroć Niemców tłoczą pod nogami,

Sieką i biją, aż rzezią bezsilni1215,

Nazad do zamku powrócą oddychać1216.

A w nocy ani zasnąć, ni odpocząć!

To ogień rzucą, to najdą od boku,

To porwą jeńców. I nié ma spokoju!

Wojna straszliwa, bo wojna bez boju,

A w ciągłéj trwodze, ni wygrać nadziei.

Mistrz marszczy czoło, graf Algard się gniewa.

— Dopókiż będziem stać pod tym szałasem?

Patrzeć, jak dzieci, na tę garść poganów1217?

Nam trzeba działać, całą rzucić siłą. —

— Czekajcie — Witold w ucho mistrzu1218 szepce —

Jutro wy wszystkich sposobcie do boju.

Na Krzywym Grodzie z dwóch stron pożar rzucą.

Płomień ich wewnątrz, my zewnątrz napadniem,

Obu zamkami i Wilnem owładniem. —

I kilku swoich wysłał potajemnie.

Niemcy tymczasem siedzą pod namioty1219,

Spijają miody i kości rzucają,

To z psy na łowy w lasy się puszczają.

Aż nadszedł wieczór. Niebo jasne było,

Xiężyc1220 nie świecił, tylko piaskiem złotym

Gwiazdy na niebie błyszczą rozsypane.

Cicho w obozach. Wtém nagle zaświszczą

Z dwu stron płomienie nad parkan wybuchłe;

Krzyki za niemi. Wojsko już gotowe

W Krzywy Gród pędzi i bramy wywala.

Srogiemi jęki wrzeszczy lud zamknięty.

Na próżno wodze1221 w dziedzińce go pędzą,

Stawią w szeregi — każdy matkę, żonę,

Dziecię porywa, ze skarbem ucieka.

Wybito bramy; lecz tłum, pędząc ślepy,

Na mur żelazny Krzyżowców napada;

Cofa się; ztamtąd1222 płomienie go pieką,

Tu miecz go siecze i o ziemię wali,

Konie tratują, mordują łucznicy.

Wodze i ludzie głowy postradali.

Ani ratować, ni bić się i bronić!

Xiążę Korygiełł z Narymundem pińskim

Garść ludu wkoło siebie zgromadzili,

Ścisnęli szyki, do bramy skoczyli;

Lecz ciężka walka — Niemiec murem stoi,

I prze ich w ogień. Z rospaczą1223 nań lecą,

Biją o zbroje — na próżno; już zbroje

Pieką jak ogień, szaty na nich palą1224,

Pękają łuki i pałki się kruszą,

Na głowach włosy płoną, całe ciała

Niebieski płomień syczący przebiega,

A Niemiec prze ich, ściele pod nogami,

Tnie mieczem, płata, i uciec nie daje!

Wrzask pod niebiosa wzniósł się przeraźliwy;

Brzęk mieczy, ognia trzaskanie i syki,

Hymnem zniszczenia śpiewają ogromnym;

Góra się Turza jasnością oblała,

I Łyse wkoło stoją w ogniu Góry;

A niebo czarne, na niebie obłoki

Żeglują krwawe, że w pożarnym1225 blasku

Gwiazdy pogasły. Na wysokiéj wieży

Stoi Świdrygiełł, Moskorzowski stoi,

Xiążę pijane1226 śmieje się szalono1227,

A stary Polak klęczy z złożonemi

Rękoma na krzyż, modli się gorąco,

I łzy mu płyną po zwiędłych policzkach.

Nareście1228 pożar przygasać zaczyna,

Dym tylko gęsty ku niebu się wznosi,

Głównie1229 goreją w stos wielki zwalone,

Trzaskają mury w ogniu rozżarzone,

I jęki słychać i niemieckie krzyki,

Dokoła grodu, jakby wał széroki,

Ciała zabitych leżą usypane.

Niemcy je szarpią, jako krucy1230 czarni;

Zasiedli w zgliszczach nad ogniem gasnącym;

A śmiech ich dziki do zamku górnego

Doszedł, aż zadrżał Moskorzowski stary.

Na czarnym koniu, z rozczochranym włosem,

Nagiemi ręki1231, krwią spiekłą zlanemi,

Pędzi ku muróm Turzego Zamczyska

Jeździec od Niemców, a na długiéj włóczni

Chwieje, potrząsa bladą trupa głową,

Po niéj włos złoty spływa rozpuszczony,

Oczy otwarte, usta wykrzywione.

— To Korygiełło! — czarny jeździec woła. —

Patrzaj, Skirgiełło! brata twego głowa!

Patrz, stary Lachu! Tak poniesiem wasze! —

Aż Moskorzowski ukrył1232 twarz rękoma,

A Skirgiełł, pieniąc, na ziemię się rzucił.

Straszny był ranek, gdy pobojowisko,

Trupem okryte, popiołem i gruzem,

Brzask oblał ranny, i z górnego grodu

Upadły oczy oblężonych na nie.

Na górnym grodzie zgiełk i niepokoje;

Niewielka siła Polaków została;

Skirgiełł dwór tylko ruski ma przy sobie.

Dwóch wodzów było. Na górze wyniosłéj

Zamek niewielki. Siły wycieńczone.

Wilno spłonęło, spłonął zamek dolny.

Znikąd odsieczy wyglądać, pomocy.

A wróg opasał, i szydząc, spoziera

Na gród, jak chłopcy na gniazdo ptaszęce,

Które, gdy zechcą, wezmą w swoje ręce.

I niechęć jeszcze dwóch wodzów niezgodnych

Przyszła ostatek odebrać nadziei.

Bo Moskorzowski, przez Jagiełłę dany,

Nie chciał Skirgiełły pijanych rozkazów

Słuchać. Skirgiełło próżno kark mu zginał,

Szalony, zamek przebiegał z drużyną,

Sam na nim panem. Ilekroć z dowódźcą1233

Zejdą się, kłótnia straszliwa wybucha.

Kniaź rozkazuje, a starzec nie słucha.

— Jam tutaj panem, nieposłuszny sługo!

Lub idź, lub moje wypełniaj rozkazy. —

Stary stał niemy. — Jagiełło mnie wsadził,

On moim panem. Zostanę, obronię,

Ani ztąd1234 pójdę, póki on ode mnie

Nie weźmie władzy. — Dzień i noc się oba

Waśnią, a Niemiec do zamku szturmuje;

Działa na zgliszczach w długi rząd postawił,

Dzień i noc kule rzuca zapalone.

Mury się walą! Moskorzowski stoi,

Ludzi zachęca, wyłomy zapycha,

Ziemią nanosi, wory wełnianemi,

Gruzem i gliną; a gdy Niemcy zbliżą1235,

To belki dachów ciska i kamienie,

Wrzątek im leje i smołę na głowy,

Jak psów ich pędzi od bramy zamkowéj;

Czy z tyłu idą, czy z przodu, czy wkoło

Opaszą zewsząd — starzec się podwaja:

Wszędzie go widać, jak po blankach leci,

I piersią zbrojną wyłomy zasłania.

Witold się wścieka, Niemiec zęby zgrzyta.

— Cóż to? zaklęta twierdza, niedobyta1236?

To gniazdo wróble na góry wierzchołku! —

I coraz silniéj szturmują — na próżno.

Na zgliszczach miesiąc, dwa, jątrząc się, leżą,

Aż tęskną obcym wojna być poczyna.

Próżno ich Witold prosi i zaklina.

Co dzień z nowemi hufcami odchodzą.

Mistrz Witoldowi rzekł: — Na próżno dłużéj

Stać tu. Wrócimy. Teraz w kraj pożeniem1237,

Bo trzeba gości łupem przyjąć hojnym,

Krwią i pożarem nakarmić do syta. —

Obóz się ruszył. Witold się obraca

Ku zamku1238, nie chce żegnać bez nadziei;

Okiem mu tylko rzucił — Do widzenia! —