XXVII

Nad Niemnem, nad Wilią, stare dęby stoją,

Nad Niemnem, nad Wilią młode dęby rosną;

I wnuki po dziadach u ich wód się poją,

I wiosna po zimie, i lato za wiosną,

Przechodzą, przelecą — zawsze wody wodą

Płynęły jak płyną, ku morzu się wiodą;

Liść rośnie i spada, sypią się mogiły,

A wody tak płyną, jak od wieków były;

Ni je smutek wstrzyma, ni radość pośpiesza;

Czy łza w nich dziewicy, czy krew wroga wmięsza676,

Przechodzą, przelecą — zawsze wody wodą

Płynęły jak płyną, ku morzu się wiodą.

Tak i życie nasze, na łzach, czy weselu,

Płynie, jak te wody, do grobu — do celu!


Na smutnym Witebsku Jagiełło sam siedzi,

Sam jeden, sam jeden! I nie ma u boku

Draba już, Wojdyłly, co dawniej wejrzenia,

Co dawniéj skinienia, posłuszny, czatował677;

A bracia go tylko lekkiemi słowami

Chcą cieszyć we smutku678; lecz ze słów znać braci,

Że serce nie boli, że w sercu się cieszą

Nieszczęściem braterskiém. On teraz im równy,

Bo zstąpił z stolicy; on niższy dziś od nich!

A jemu! dnie, noce, myślami ciężkiemi,

Jak mgłami czarnemi, zasnute ponuro!

Na słowa pociechy skinienia nie rzuci.

Sam Witold na zamek witebski go przywiódł,

Witold mu na rany lał leki pociechy;

Lecz zamiast wdzięczności, Jagiełło i słowa

Nie wyrzekł dobrego; a w sercu cóś679 chowa;

Co? — zemstę! — nie może zapomnieć Wojdyłły.

I smutno czas płynie na zamku witebskim!

Na próżno go matka pociesza, żal słodzi,

O dawnych mu dziejach, o starych mu zemstach,

Wygnańcach, co potém na wrogach pomścili,

Po cichu cóś mówiąc. On milczy uparty;

A imie680 Wojdyłły, gdy kto doń wyrzecze,

To łza mu ukradkiem po twarzy pociecze.

Lecz że łzy zarówno, zarówno z tęsknotą,

Jak z śmiechem, weselem, dni płyną człowiecze;

Szczęśliwe przelecą, a ciężkie przegniotą;

A równo i szczęście, i boleść uciecze681.


Raz wieczór był ciemny i burza na dworze,

I wichry w ciemnościach szalały samopas,

W krużgankach zamkowych świszczały ponuro,

Do okien się tłukły; i promień ogniska

Z dymami na izbę przed wiatrem uciekał;

I ptastwo682 do blanków683, do drzew się tuliło.

Jagiełło sam siedział, zgarbiony, ponury,

Cóś szeptał, jak gdyby chciał duchy zaklinać,

Wejrzeniem nieśmiałém na czarne wiódł mury

I wzdychał; a sługi684 w przedsieniu wesoło

Pieśniami mu serce zbolałe jątrzyli.

Czy wicher tak zawył? czy wrota zaskrzypły685?

Czy róg się odezwał? czy puhacz686 skowycze?

Czy wjechał gość jaki? czy szumi w krużgankach?

Powoli komnaty drzwi przemkną się na pół,

Służebnik przed panem z pokłonem upada.

— Kniaziu mój! podróżny przyjechał do ciebie.

Czy każesz go puścić? —

— Z daleka podróżny? —

— On z Wilna; po pilnéj przybieżał potrzebie,

I prosi, i błaga, by widzieć się z tobą. —

— Zapytaj o imie687. — On imie powiedział.

To Hanul Nakiemna688. —

— Niech wnijdzie689 tu do mnie;

I podać mu wodę, podać mu róg złoty,

I placki, i mięso, i miodu krewskiego. —

Tak mówił; powstaje, sam do drzwi pośpiesza;

A w oczach nadzieja i radość raz piérwszy

Zabłysły; aż słudzy odmianie się dziwią.

Wszedł Hanul, i twarzą do ziemi przypada;

Jagiełło podnosi, za rękę go ciśnie690.

— Ty tutaj! — zawołał — ty tutaj! ty u mnie!

I cóż cię, mój stary, na Witebsk przygnało? —

Tak mówił, a w głosie od płaczu mu drżało,

I oczy w starego jaśniejące wlepił,

Starą dłoń zatrzymał z uczuciem braterskiém.

A Hanul Nakiemna był starzec już siwy,

Olgierda dworzanin, Jagiełły druh z młodu,

Przyjaciel xiążęcia691, krwi jego i rodu.

Włos mu już się srébrzył, a jeszcze policzki

Jaśniały rumieńcem, i oczy pałały.

Na sobie miał czarne odzienie zszarzane692,

Nóż tylko za pasem, kij tylko okuty,

A włosy od prochu i pyłu zwalane693,

A plecy od wieku i znoju schylone.

— O, powiedz mi, Hanul — Jagiełło zawołał —

Co w Wilnie się dzieje? jak stryj tam panuje?

Czy pamięć tam ojca brat całkiem wymazał?

I o mnie, i o nas zapomnieć przykazał?

Czy wiedzą na Litwie, że żyje Jagiełło?

Czy synóm694 Olgierda nie postać tam więcéj? —

— Nie! — Hanul odpowié — nie! Ród wasz xiążęcy

Na starą do grodu powróci siedzibę,

I tam, tam zasiędziesz, gdzieś przeżył od młodu;

A pamięć Olgierda nie zgasła na Litwie,

Ni ramie695 Kiejstuta wymazać ją może.

Wy zawsze przytomni696! wy zawsze tam z nami!

A cicho lud gwarzy, wygląda powrótu697. —

— Powrótu! powrótu! — Jagiełło rzekł smutnie —

Powrócić! być sługą, poddanym Kiejstuta!

To nadto sromoty dla syna Olgierda! —

— Powrócić panować! — Hanul mu odrzeka. —

Nam tęskno za wami, my na was czekamy.

Jam przybył... — I wkoło wzrok toczy nieśmiało.

— Mów, Hanul! nikt nas tu nie słucha, na Bogi! —

— Więc powiém. Już tobie czas wracać do Wilna;

Kiejstut tam bezpieczny, w wyprawy się gania,

Załoga maleńka, a Witold na Trokach.

Przyjaciół masz w Wilnie, słudzy ci pomogą.

Idź, zabierz co twoje, Olgierda dziedzictwo,

I rękę ci tylko ściągnąć już po niego698. —

— O! nie tak to łatwo! — Jagiełło przerywa. —

Nie patrzy się Kiejstut, a jednak on strzeże.

I Witold zbyt blizko699, i siły mam małe. —

— Sił wam tam nie trzeba, bo Wilno twe całe —

Rzekł Hanul. — Jam z swemi już mówił o tobie.

Im tęskno za panem, na ciebie czekają.

Przyjdź tylko i zabierz. —

— O! byłażby prawda! —

Jagiełło wykrzyka700, rzucając ku niemu. —

I mogęż ci wierzyć? —

— Wierz słudze staremu,

Bo stary cię sługa wszak nigdy nie zdradził.

Gdy Kiejstut na Krewie z Witebskiem cię sadził,

My wówczas szeptali: — Niedługo tam jemu;

Powróci do swoich, na Wilno powróci. —

Czas nadszedł, my rękę ciągniemy do ciebie.

Chodź, xiążę, w stolicę. Swoi cię czekają. —

Wtém wnieśli miód krewski i rogi złocone,

I oba umilkli. Jagiełło do gościa

Wychylił, i wzrokiem wesołym pogląda.

A czeladź go widząc z tak jasném obliczem.

Dziwi się, cóś szepce o wieści wesołéj.

Nazajutrz odjechał. Pozostał Jagiełło,

Lecz nie już, jak wprzódy, samotny u ognia;

On zbiera swe sługi, do wojny ich zbroi;

A kiedy pytają — Z Kiejstutem — powiada —

Pójdziemy w krzyżackie nacieszyć się włości. —

I zamek się cały, i miasto się całe

Przybiera; łucznicy z strzałami gotują;

Ostrzą się szablice, i dzidy hartują,

I konie zdziczałe w pastwiskach zajmują.

Choć jeszcze Jagiełło dnia wyjścia nikomu,

Ni drogi nie wskazał, a wszyscy już wiedzą.

Że pójdą daleko, że wojnę poniosą.

Matka się pytała, przed matką zataił;

Brat młódszy się pytał, nic nie rzekł przed bratem;

Bajoras701 chcą wiedzieć, bajoróm powiada,

Że z stryjem Kiejstutem na Prussy napada.

I ranku jednego w trąb dziesięć zatrąbią,

W lietaury702 zabiją, chorągwie rozwiną.

On matkę pożegnał i smutny wyjeżdża,

A dokąd? nikt nie śmié domyślać, nikt nie wié.

Raz mówił, że do Pruss, to znowu, że w Krewie

Na zamku chce w swoich przesiedzieć czas włościach.

A w Wilnie? — O nowych lud szemrze cóś gościach.

W gospodzie Nakiemny co nocy mieszczanie

Miód piją, po cichu, tajemnie cóś gwarzą,

I chodzą — nieswoi; oczyma i twarzą

Wskazują, że spisek uknuty, i zdrady

Lękają się jakiejś, a sobie nie wierzą.

Co nocy na drogę do Krewa wiodącą

Kilku ich wychodzi; patrzają703 ze wzgórza;

Szepcąc cóś, wracają; gdy czarna okryje

Noc miasto, gościniec, i góry, i lasy,

Naówczas podchodzą, i z strażą zamkową

To piją, to ciche prowadzą rozmowy.

Na koniec i Hanul do Krewa się nocą

Przebiera704, powraca, a znowu do niego

Mieszczanie ciekawi rozpytać się biegą.

A Kiejstut? — pociągnął na Siewierz, daleko.

Korybut705 go ztamtąd706 napada, jak gdyby

Za brata chciał pomścić; i coraz to głębiéj

Żmudź żyzną plądruje, i coraz to dłużéj

Nowgrodzkich swych wojów na Litwie wypasa.

A Witold? — On w Trokach. I często zagląda

W ojcowską stolicę; lecz spokój w niéj tylko.

Ilekroć przyjedzie, bajoras mu nizko707

Wybiją pokłony i bramy otworzą,

Podarki przyniosą, poddaństwem klną swojém,

Że wszystko w porządku, bezpieczny spać może.

A Witold im wierzy, bo każdy za młodu,

Dopóki go trzykroć zdrada nie pożyje708,

Chce wierzyć przyjaźni i ufa wierności.

Na Wilnie namieśnik709, sam Hanul Nakiemna;

On straże zamkowe, on warty grodowe,

On klucze od wrót ma, on klucze od murów;

On, zda się, najwierniéj Kiejstuta poddany,

On, zda się, Witolda serdecznie ukochał;

Nawet go zaprasza do Wilna na łowy,

Nawet go przywabia na pobyt w stolicy;

A kiedy wyjeżdża, za strzemię wstrzymuje,

Za nogi go chwyta i nogi całuje.

I Witold, po siwéj głaskając go głowie,

Uśmiechem, podarkiem ucina rozmowie710.

Nie widać, nie widać z Siewierza Kiejstuta!

Gdzieś pewnie Korybut Olgierdów711 harcuje,

I chowa się w lasy, lub w zamkach zaszywa,

Że dotąd go pożyć stary kniaź nie może.

A w Wilnie? — spokojnie. Widać, nań czekają,

Bo co dzień z wieczora wychodzą na wieże,

Za wrota, za mury tłumami biegają;

Straż nawet, co zamku dzień i noc pilnuje,

Często się gdzieś zwlecze, pogląda ze wzgórzy,

W gościńcach tumanów powrótu szukając.

Był wieczór. Na wieży, na wysokim grodzie,

Dwóch ludzi usiadło, ku Krewu patrzali;

Do siebie ni słowa nie mówią, a coraz

Obadwa w tę stronę wzrok wiodą stęskniony;

Czy kniazia od Krewa czekają z téj strony?

Czy wróg im tam grozi? Lecz nié ma na wroga

Gotowych tu ludzi, ni broni; a bramy

Na oścież otwarte, choć wieczór się zbliża.

Wtém powstał Nakiemna, i rękę do czoła

Przyłożył, pogląda; cóś szepnął, i zbiega;

I drugi tuż za nim. Na drodze od Krewa

Pędzą się żołnierze, chorągiew powiewa.

A jedni wołają: — To Kiejstut powraca!

A drudzy z uśmiechem, jak gdyby szydzili,

Do wrót się pośpieszą — otwierać? czy bronić?

Czy witać Kiejstuta? czy z wrogiem spotykać?

Krzyk powstał w przedmieściach. Już wojska do zamku

Pędzą się wrzaskliwie; już mury minęli,

I straże zwalone, i bramy złamane.

A Hanul Nakiemna za konia prowadzi,

Z odkrytą sam głową, cóś głośno wykrzyka712:

— Niech żyje Olgierda krew! Pana naszego!

Jagiełło nasz ojciec! poddani my jego! —

— Niech żyje Jagiełło! — tłum za nim powtarza.

I na most zamkowy wpadają z okrzykiem.

Wtém z zamku, o kiju, w xiążęcéj odzieży,

Drżącemi krokami spotykać któś bieży;

Włos biały wiatrem się rozwinął po skroni,

I broda po piersiach srébrna się rozwiła;

Policzki rumieńcem ma gniewu okryte;

Stał w wrotach, i straże wylękłe zwołuje.

— Na Bogi! na Bogi! kto wierny Kiejstuta!

To zdrada niegodna! Niech wrota zatrzasną!

Niech stają z łukami, najezdców713 odpędzą! —

Lecz nikt go nie słucha. Ci klęczą, i twarzą

Przed nowém się słońcem pokornie kłaniają,

Ci z bronią, głęboko od strachu chowają,

Ci mury przełażą i w pola zbiegają.

Na próżno się starzec i zmaga, i woła,

Na próżno wstrzymuje, zachęca i łaje —

Lud w jedną Jagiełły połączył się zgraję,

I rzuca czapkami, witając xiążęcia714.

A starzec to widzi, i usiadł na ziemi

W poprzek wrót, osłonił na głowę połami,

Sparł plecy o wieżę, drogę zaparł715 sobą.

Jagiełły koń cofa, tłum cofnął się razem.

— Precz z drogi! precz z drogi! — za kniaziem wołają. —

Do zamku kto panu śmié drogę zapierać?

Otworzyć mu wrota! otwierać! otwierać!

Kto zaparł je sobą? kto stanął na drodze? —

Hanul się wprzód rzucił i starca pochwycił.

— Na Bogi! Widymund! Wy po coście w bramie? —

— Bronię jéj. — Przeciwko tysiącóm? wy stary! —

— Tysiąców nie przeprę. Jagiełło mnie złamie,

Niech starca jednego we wrotach zagniecie,

By nie rzekł kto potém, że jednéj nie było,

I jednéj tu duszy, co wiarę strzymała716! —

Tak mówił; gromada na niego się rwała,

I suknie mu darli, i włosy szarpali.

Jagiełło zajeżdżał do zamku swojego;

Wtém spojrzy do góry — dąb stoi na górze,

Na dębie się chwieje kościotrup przegniły;

On oczy zakrywa — to ciało Wojdyłły

Zwyciężcę717 Jagiełłę na Wilnie witało.

— A! na kim się pomścić? a karać tu kogo? —

— Widymund jest tutaj, to ojciec Biruty. —

— Widymund! Do jutra niech leży w ciemnicy,

Gdzie leżał Wojdyłło. A rano ze świtem

Niechaj stos nakładną718 na Świętéj Dolinie,

Niech koło postawią na Górze Krzyżowéj:

Na stosie Wojdyłłę pocześnie719 spalimy,

Na kole rozbijem Kiejstuta krewnego.


— Lecz mało Widmunda, mnie mało starego.

Krwi jednéj za druha na świecie jednego:

Dwónastu720 niech starszych wywiodą na ścięcie,

Dwónastu niech młodych na stos mi wybiorą. —

Tak mówił Jagiełło, i w progi zamkowe,

Z krwi słowy i zemstą witając Kobole721,

Wszedł znowu, ze drżeniem pochylił im głowę.

A rano, o świcie stos płonie w dolinie;

Wojdyłły trup na nim i młodych dwónastu722;

Na pnie się starszyzny karki pochyliły;

A Widmund dał głowę na kole rozbity;

I ciało starego psy, gryząc, powlokły,

Wnętrznośćmi723 skrwawiwszy podwórce zamkowe.