XXXIX
Stolico Piastów! dzień ci wielki świta!
Powstańcie z grobów, królowie
Brata w stolicy powitać;
Wyciągnijcie mu dłoń stalną940,
Przeżegnajcie krzyżem świętym.
Ty, ze Skałki męczenniku,
Zbudź się, Stanisławie Święty941!
Z srébrnéj truny942 wstań, biskupie!
Rękę, co zmarłych wskrzeszała,
Wyciągnij nad jego głową,
Błogosław na przyszłość całą!
Wstańcie umarli i żywi,
W tysiączne klaśnijcie dłonie,
Głosem radośnym943 ozwijcie!
Nowy król wjeżdża w stolicę;
Świetny orszak za nim jedzie:
Warneńczyk944 i Kaźmierzowie945,
Długie lata szczęścia, chwały,
Berło niosą, i koronę,
I królewskiéj władzy znaki.
To nie Węgrzyn948, co za złoto
Kupił polskie panowanie;
To nie Elżbieta królowa949,
Co szalała na Krakowie,
Gdy w krwi Polska się nurzała —
Jagiełło idzie, co wiarą
Pierś, krzyżem świętym naznaczył,
Co swą opuścił ojczyznę,
Co się swéj Litwy zapiera,
Aby nowy kraj do łona
W ojcowskim tulić uścisku.
Powstańcie z grobów, królowie!
Powstań, Stanisławie Święty!
Błogosławcie jego głowie,
I przyszłości błogosławcie,
Swoje mu cnoty oddajcie,
Swoje mu szczęście przelejcie.
Odwagę sercu natchnijcie,
Głowę jasnym, jak korona,
Otoczcie wieńcem rozumu —
Niech świeci polskiemu światu
Niezgasła i niezaćmiona.
Słońce powstało jasne, choć zimowe,
Promienie sieje po śniegu całunach,
We złoto wieże kościołów ubiera,
Dachy Krakowa posrébrza spiczaste;
We dzwony biją, a lud się gromadzi,
Z miasta strumieniem na gościniec płynie,
Czeka na wzgórzach — dziś litewskie xiążę950
Przybywa polskiéj królewnie pokłonić951.
Zimowe słońce zza mgły się wyrwało,
Jasnym promieniem witać go wychodzi,
I niebo szaty lazurowe wdziało,
I drzewa stoją w diamenty952 strojne,
A w każdém błyszczą, jak w kropelkach rosy,
I jasne słońce, i czyste niebiosy.
W Krakowie dzwony z cztérdziestu kościołów
Do ludu głosem radości wołają,
I o przybyciu pana znać mu dają,
I pieśń wesela, witając, śpiewają.
A w zamku starym, w zamku na Wawelu,
Choć się on przybrał, chociaż się przystroił,
Smutno tam czegoś. W komnacie sieroty
Słychać jęk cichy, modlitwę i łkanie;
A ile razy dzwony się poruszą,
Serce uderzy, ona z łoża wstanie,
Pada przed krzyżem, i całą się duszą
Modli do Boga; łzy po licu białém
Perłami płyną na piersi dziewicze.
— Siły! o Boże! Boże! daj mi siły
Dla Polski wszystko położyć w ofierze,
Wszystko poświęcić Chrystusowéj wierze,
Siebie i przyszłość, i młode wspomnienia,
Wilhelma! Boże! o, dodaj mi siły!
Niech łzy na oku nie ujrzy przybyły,
Niechaj nikt nie zna téj ciężkiej ofiary!
Modlę się Tobie953, Boże! Matko Święta!
Przyczyń się za mnie954, Stanisławie wielki,
Patronie Polski, przyczyń za sierotą! —
Wtém dzwony biją, krzyki się rozchodzą.
Jadwiga wstała i bezsilna pada.
Do drzwi jéj trzykroć zewnątrz955 zapukano.
— Zmiłuj się! Boże! ulituj nade mną!
Już idą! — Drzwi się otwarły powoli,
I Oleśnicki wszedł Zawisza młody.
— To wy! — Ja, pani! z poselstwa powracam. —
— Mówcie, o, mówcie! Wszystko znieść mam siły.
Źwierz-li956 to dziki? źwierz-li to straszliwy?
Potwora957 z puszczy958 litewskich? Zawiszo! —
— Nie, pani! Wkrótce sam za mną przybywa.
Ujrzysz, królowo! Lecz nie potwór dziki;
Człek, jak my wszyscy; młody, piękny, silny,
Szérokich ramion, ciemnéj barwy oczu,
Mowy łagodnéj, cichy i milczący. —
— Prawda? Zawiszo! zaklnijcie na Boga! —
— Bogiem klnę, pani, że ci prawdę rzekłem.
Lecz wkrótce sama Jagiełłę zobaczysz.
W poczcie się licznym do Krakowa zbliża.
Z Lublina z pany szedł do Sandomierza.
Spytek z Mielsztyna spotkał go na drodze,
Poczet pomnożył, i wiedzie go z sobą.
Dzisiaj przed tobą kolana swe skłoni. —
Jadwiga oczy zakrywała w dłoni.
— Idźcie — mu rzekła — niechaj na przyjęcie
Gotują zamek. Stało się! Ofiarę
Przyrzekłam, spełnię. Teraz na modlitwie
O siły będę, o odwagę prosić.
Wyszedł Zawisza; ona sama znowu,
Klęczy i płacze. Wtém do drzwi pukają.
Serce królewnéj959 żywo bije w łonie,
Jakby przeczuła, kto na progu stoi.
Podniosła głowę. — Wnijdź960 — wyrzec się boi.
Gniewosz tam u drzwi, Wilhelma posłaniec?
Czyli961 sam Wilhelm? Któś niewieścią szatą
Zaszemrał, wchodzi. Jadwiga powstała,
Rękę wyciąga.
— Wychodźcie! na Boga!
Na rany Pańskie! na Marij962 boleści!
Na wszystko święte zaklinam, wychodźcie! —
Wilhelm to w szacie kobiécéj przybywa;
On raz ostatni chce jeszcze sprobować,
Czyli się w młodém nie odezwie sercu
Dawniejsza miłość? Pada na kolana,
— Jadwigo! — woła — modlę się przed tobą!
Porzućmy wszystko! jeszcze czas uciekać!
Za chwilę niedźwiedź po pastwę963 przybędzie.
Tyś moja! moja! —
— Nie twoja, Wilhelmie!
Jam chrześcijanka, jam Polski królowa!
Naprzód do Boga, a potém do kraju
Należę cała, i poświęcę jemu.
Na co na próżno serce mi rozdzierać?
Przyrzekłam Bogu, i Polsce przyrzekłam!
Bóg za nas dał się na krzyżu rozciągnąć,
A ja dla Boga nie miałabym święcić964
Trochę boleści życia mizernego?
Ja bym dla Polski, co mi matką była,
Nie miała stłumić boleści dziecięcéj? —
Wilhelm powstaje. — Nic od ciebie więcéj,
Nic nie posłyszę? —
— Idź! — rzekła — uciekaj!
Już słyszę dzwony i krzyki w ulicy —
Jagiełło jedzie. Spełni się ofiara! —
Wtém do drzwi idą państwa urzędnicy,
Starce z siwemi brody drzwi rozwarli,
Schylili głowy, w milczeniu czekają,
By ku nim wyszła. Wilhelm twarz osłonił,
Ucieka. Ona uklękła, i siły
Jeszcze w modlitwie szuka; potém wstała,
Zda się, wyrosła, zda się, wyjaśniała;
A wkoło głowy świeci blask męczeński,
Podwójna świeci, i ziemska korona,
I z palm, Aniołów ręką upleciona.
W ulice spłynął wszystek lud Krakowa,
We dzwony biją, odgłosy witają.
Orszak Jagiełły już bramy pominął,
I różnobarwnym sznurem się rozwinął.
Pięć ufców965 składa966 orszak Jagiełłowy —
Litwy i Rusi cztéry półki967 idą,
Tatary śniade968, Witebszczanie bieli969.
Bogate skóry na barkach im wiszą,
Czarne się łuki na plecach kołyszą,
Sajdaki970 świecą blachami srébrnemi,
Konie suknami kryte szkarłatnemi;
Na łbach ich szłyki971 z dzikich źwierząt972 puszczy,
Na piersiach wilków, niedźwiedzi pazury,
I miasto973 zbroi nabijane skóry,
I tarcze krągłe z gwoździami złotemi
Wiszą błyszczące na rękach wojaków.
Mężne ich lica i dzikie spójrzenia974.
Ani się ludóm stolicy dziwują:
Nieraz po polskiéj plądrowali ziemi,
Miasta niszczyli, i z blizka975 patrzali
Na cuda owe, gdy w nie ogień mietli976.
Wpośrodku ufców wozy skarbne977 idą,
A lud je liczy i wielość podziwia.
Dziesięć wielbłądów droższe dary niesie.
Każdy z nich suknem do ziemi odziany,
Każdego wiedzie Tatarzyn półnagi,
Ponad ufcami dwie chorągwie wieją:
Na jednéj Pogoń978 litewska wyszyta,
Druga się w słupy różnéj barwy mieni.
Bogaty orszak polski się na końcu,
Złotem i srébrem błyszczący przy słońcu,
Rozwinął. Spytek Mielsztyński go wiedzie,
W zbroi złocistéj wjeżdżając na przedzie;
Za nim Jagiełło na siwym bachmacie;
A wkoło niego jadą: Witold dumny,
Skirgiełł okrutny, Swidrygiełło chytry,
Jerzy, Korygajł, Michał syn Jawnuta,
Borys Olgierdow, pany i bojary,
Algimund xięcia979 Witolda pokrewny,
I starzec Hanul, namiestnik wileński,
Jamund, Sudzimund i z Rusi starszyzna.
Przy dzwonów dźwiękach, przy ludu okrzykach,
Ciągną orszaki prosto do Wawelu.
Tam już królowa, w polskich panów gronie,
Xiążąt Mazowsza, Szlązka980, Oleśnicy,
Piękna jak anioł, a jak posąg blada,
Czeka Jagiełły: i słyszy — jéj ucha
Coraz to bliżéj i jazdy tętnienie,
I ludu krzyki, i wozów skrzypienie.
Cisza nareście981 — u zamku stanęli.
Wchodzi Jagiełło w królewskie komnaty.
Królewna, xiążę po sobie spójrzeli982,
I stoją strachem przejęci oboje.
We dwa dni potém na Skałce, w Krakowie,
Jagiełło z braćmi chrzest przyjmował święty;
We trzy dni potém, na starym Wawelu,
Polska i Litwa, w narodów weselu,
Losy na wieki połączyły swoje.
A Witold patrzał, uśmiechał się dziko.
— Królem tyś Polski, lecz nie Litwy panem —
Mówił. — Na Litwie jeszcze nasza stara
Długo po sercach rosnąć będzie wiara.
A kto od ludu oddzielił się Bogiem,
Tego nie przyjmie lud za pana swego. —
Jeszcze Jagiełło w Krakowie ucztuje,
A z Litwy gońce śpieszą za gońcami.
Witold się smuci litewskiemi sprawy,
Twarzą się smuci, w sercu radość czuje.
Mistrz Czolner dumnie Dymitra z Goraja
Odrzekł, Jagiełło gdy go w kumy prosił,
I do Krakowa nie chciał na wesele.
On się z Andrzejem, Olgierdowym synem,
Nowém przymierzem połączył, i Litwę
Począł pustoszyć i nawracać mieczem.
Nie dosyć jednéj klęski — Andrzéj z Tweru
Litwę plądruje: smoleńscy kniaziowie
Pod Mścisław idą, Jagielle wydzierać.
Smutną Jagiełło wieść dostał w Krakowie!
Nié ma tam komu granic nagich bronić!
A Witold rzecze: — Ja pójdę, mój bracie! —
Skirgiełł się także z Witoldem wyrywa;
Korybut, Semen Lingwenowicz z niemi
Ciągną z Krakowa. Witold na Podlasie
Półki983 swe zbiera; Skirgiełło Ruś wiedzie.
Zaledwie wiosna śniegi z ziemi zdarła,
Już pod Łukomlą Witold bije w ściany;
Dobył, Andrzeja załogę wycina,
Swoją osadza, i pod Mścisław leci.
Nad szybką Werchę, pod Mścisławia mury,
Syn Iwanowy Światosław smoleński
Przyciągnął z kniaziem Iwanem i Hlebem,
Z Światosławiczem Jurją984, i mnogiemi
Wojskami z Rusi, i bojary swemi;
A kędy przeszedł, ciągnąc do Mścisławia,
Krwawemi ślady gościniec zostawia.
Spalili sioła, zaparłszy do domów
Starców i dzieci, matki i dziewice;
Pod ściany chat im głowy kłaść kazali;
Wojskiem objąwszy, biedny lud palili;
Popiołem sieli i kościami drogi!
Zniszczał kraj wielki i zginął lud mnogi!
Już jedénasty dzień w Mścisławia mury
Biją tarany, a z wysokiéj wieży
Namiestnik próżno wygląda odsieczy.
Dnia jednastego985 trwoga na obozie.
Światosław każe odstąpić od murów,
I ponad Werchą szykuje986 ze swemi —
Od strony Litwy, gromady czarnemi,
Witold przyciąga. Już proporce wieją,
I Mścisławianie odżyli nadzieją.
Litewskie wojska Witold ze Skirgiełłą
Wiodą; już wpadli na Rusinów szyki.
Ruś, opasana zamkami i wodą,
Stawi im czoło, lecz wkoło objęta.
Światosław ranny, krwią brocząc po ziemi,
W lasy ucieka; za nim ruskie kniazie;
Za niemi Litwa, i w połon987 zabiera.
Światosław włócznią przebity umiera;
Iwan, Wasyla syn, rażony strzałą;
Hlebu i Jurij988 jeńcem być dostało;
Bojarów w rzece wytopiła Litwa,
I krwią okryta, z zwycięzkiemi989 wrzaski,
Do bram Mścisławia odpocząć przebiegła.