II

Zamek Marienburski (Malborski), w owym czasie, choć do niego jeszcze dobudowywano wiele, choć go kończono i powiększano, stał już tak wspaniale zarysowany, jakim później widzieliśmy go w majestatycznych ruinach, nim niesmaczna restauracja z nich go do trupiego życia jakiegoś nie dźwignęła.

Na szczycie pagórka piętrzył się Wysoki Zamek, Hochburg, najstarszy z gmachów, zawierający kościół, groby i salę kapitulną; niżej, oddzielone od niego głębokim przekopem, wznosiło się Średnie Zamczysko, w którym życie powszednie rycerzy krzyżowych się skupiało; niżej jeszcze, ku łęgom24 i Nogatowi, Dolny Zamek zawierał gospodarskie budowle i mieszkania knechtów i czeladzi.

Mówiono naówczas, że te trzy obronne grody, które się stały stolicą Zakonu, co się już wyrzekł walki z niewiernymi na Wschodzie, połączone z sobą były, na wypadek niebezpieczeństwa, podziemnymi schody25, kryptoportykami, o których wnijściu26 i tajemnicach wiedziała tylko starszyzna.

Na codzienne narady, w których uczestniczyli Wielki Mistrz, Wielki Komtur, Marszałek, Podskarbi, a czasem kilku starszych rycerzy, zbierano się zwykle na Średnim Zamku, w sali zwanej rycerską, której sklepienie jeden granitowy słup podtrzymywał.

Tu też nazajutrz o schyłku dnia znajdujemy starszyznę na kamiennych ławach dokoła siedzącą, przy ogniu na wielkim kominie rozpalonym.

Same płaszcze białe, same postacie rycerskie, ostre, ponurego wyrazu z brwiami najeżonymi, z pooranymi policzki, o szerokich ramionach, o piersiach rozrosłych, stworzone do noszenia zbroi i nawykłe do nich. Niemal braterskie rysów ich podobieństwo tłumaczyło się i jednością pochodzenia — bo naówczas nikogo jeszcze oprócz Niemców nie przyjmowano do Zakonu — i szlachecką krwią, i rodzajem życia, który jednakowo piętnował wszystkich.

Każde jednak z tych męskich oblicz, prawie książęcą jakąś dumą i wyrazem siły naznaczonych, miało odrębny charakter, gdy życie w nich zagrało.

Wielki Mistrz, najbliżej stał komina. Był to mąż poważny, lecz nieprzyjemnego wyrazu twarzy. Oko jego biegało niespokojne, usta gryzł, czoło marszczył i choć był pomiędzy swoimi, między najzaufańszymi, zdawał się niedowierzająco na nich spoglądać.

Nieodstępny, od niedawnego czasu, od zabicia Mistrza v. Orselen przez mściwego Endorfa, Kompan, dodany Wielkiemu Mistrzowi, stał z dala u drzwi, z salki tej do mieszkania jego wiodących.

Był to najmłodszy ze zgromadzenia, z bystrym wejrzeniem, pięknej rycerskiej postaci chłopak, który trzymał się na uboczu, jak gdyby na starszyznę nie zwracając uwagi, bo do jej narad nie miał prawa należeć. Postawiony na straży, nie mógł opuścić stanowiska. Zwano go hrabią v. Henneberg.

Mistrz Luder, oprócz niespokojnego oblicza i dumy, jaką mu książęce urodzenie dawało, nie odznaczał się niczym.

Twarze Wielkiego Komtura, Marszałka i Podskarbiego, dygnitarzy, składających radę tajemną, więcej miały wyrazu i dozwalały się domyślać, że władza wprawdzie była w ręku Mistrza, ale siła kierownicza w głowach tej starszyzny, spokojnej, pełnej siły i wiary w siebie, przejętej wielkim posłannictwem, jakie spełniała.

Oprócz Wielkiego Komtura i wymienionych, rycerz Bernard, któregośmy już widzieli wczoraj, tak odziany jak w kaplicy, tak niby mało znaczący i bez urzędowego stanowiska, jak wprzódy, w ciemnym kącie siedział na ławie, niby świadek niemy i obojętny.

Na twarzy Mistrza Ludera malowało się, oprócz niepokoju, znudzenie i znużenie, jakby go na tę naradę wyrwano, gdy potrzebował wytchnienia.

Rozmowa, cicho prowadzona, była niby przygotowaniem do ogólnej.

Komtur parę razy, nim ją rozpoczął, spojrzał na Kompana Mistrza, Henneberga; a widząc, że skazówki, dawane mu oczyma, nie starczyły, zbliżył się doń, poszeptał, i — Kompan za próg się z wolna wysunął.

Mistrz Luder niecierpliwie nogą popchnął głownią27, która się wytoczyła z komina, obejrzał się i zamruczał:

— Mówcie; poczynajcie; słucham!

— Najlepiej pono będzie, gdy Wam tę sprawę tajemną, która dla Zakonu wielkiej wagi być może, opowie i objaśni brat Bernard — odezwał się Wielki Komtur, spoglądając ku niemu.

Mistrz, namarszczywszy się, oczyma groźnymi rzucił na siedzącego w kącie. Z wyrazu twarzy domyślać by się było można, że tego brata Bernarda nie lubił.

Powołany powstał z wolna, zdając się o to niewiele troszczyć, i krokiem mierzonym przybliżył się do zgromadzonych u komina.

Milczano, on się namyślał, ale bez troski, zimno; a przystąpienie do Wielkiego Mistrza, którego oblicze niechęć mu zwiastowało, nie zdało się go nic kosztować.

Dziwnie był pewny siebie.

— Mówcie, bracie Bernardzie! — potwierdził Marszałek.

— Sprawa ważna — odezwał się Bernard — nikt lepiej jej nie zna ode mnie. Trzeba coś postanowić, czas jest wielki. Idzie o tego chłopaka, książątko litewskie, któreśmy lat temu dziesięć przeszło porwali z rąk matki i chowali nie bez celu. Jam ocalił go i za moją radą daliśmy mu tu urosnąć, aby z niego, swojego czasu, zrobić narzędzie dogodne, które nam krwi przelewu oszczędzi. Chłopak...

Wielki Mistrz przerwał opowiadającemu ruszeniem ramion i głowy.

— Niewielką macie zasługę, żeście to wilczę dzikie hodowali. Co nam po nim? Było mu łeb rozbić o sosnę.

Rozśmiał się pogardliwie brat Bernard, jakby nie poczuł szyderstwa.

— Przydać się może — rzekł obojętnie. — Matka, wdowa, włada kawałkiem kraju na granicy i ma twierdzę mocną, którą zdobyć nam trudno. Przywiązaną jest do dziecka. Któż wie?... Dziecko wychowało się w wierze chrześcijańskiej i przywiązało się do nas; sprzymierzeńca gotowego mamy i lennika. Wszystko to jużci warte kawałka chleba, który kosztowało...

Mistrz powtórnie ramionami ruszył i rozśmiał się.

— Wolałbym mieć kilkuset rycerzy i kilka tysięcy ludu na ten gródek niż takiego zakładnika. Matka miała czas odboleć i zapomnieć o nim; on — zawsze niepewny. Nuż się tam krew odezwie. Cała ta rachuba dziesięciu kopii nie warta.

Błysnął oczyma. Bernard stał nieporuszony. Wtem Marszałek przemówił, spoglądając na przemian, to na Mistrza, to na brata Bernarda. W starszyźnie widać było wielkie poszanowanie dla skromnego owego brata; tylko Mistrz lekceważąco nań spozierał.

— Owego czasu, gdy się nam to dziecię do rąk dostało — rzekł — rada nasza cała była tego przekonania, że je należy chować i na rycerza sposobić. Rzecz zresztą dokonana; dziś to, co wzięliśmy w spadku, zużytkować należy.

— Nie zataję tego — przerwał spokojnie Bernard — że nowe są trudności. Gdzie idzie o sprawę Zakonu, tam i do błędu przyznać się nie wstyd, obowiązek. Chłopak się hodował szczęśliwie aż dotąd, a teraz właśnie spróbować trzeba, czy matka, jakby się go jej zwróciło, nie okupiłaby dziecka ziemi kawałkiem. Pilleny byśmy może zań wzięli. Chłopiec też chrześcijanin, pobożny, gdyby się do Litwy dostał, nam by, nie jej, służył.

Wniosek brata Bernarda widać starszyźnie całej przypadł do smaku, bo spojrzeli po sobie, jakby mu potakiwali. Wielki Mistrz tylko stał u komina, pogardliwie zamyślony, nieprzekonany.

— Ja w takie roboty podziemne nie wierzę — zamruczał niechętnie — u mnie siła w mieczu, zdobycz w wojnie; z Polską, Litwą, z Pomorzem sporzyć28, ucierać się na słowa, do Stolicy Apostolskiej chodzić na skargi — to są marne zabiegi. Czas tracimy na to i pieniądze. Na co nam to? Jak długi świat i szeroki — na nasze zawołanie; do krzyżowej wojny przeciw poganom biegną rycerze z całych Niemiec, Anglii, Francji, ze wszech krajów chrześcijańskich. To nasza siła; innej nam nie potrzeba. Dziećmi wojować — mizerna rzecz.

Nikt się nie sprzeciwił wygłoszonemu zdaniu; ale też potępienia rzuconego na Bernarda nikt nie potwierdził. Milcząca stała starszyzna, a gdy Mistrz się ku niej obrócił, łatwo mu było wyrozumieć, że, choć nie miał jej przeciw sobie, nie miał jej za sobą.

— Wszystkie środki dobre, gdy do celu prowadzą — po dłuższym milczeniu odezwał się Wielki Komtur. — Nie gardźmy i tym, co nam w ręce dała Opatrzność.

Mistrz ramionami poruszył.

— Kto począł, niech kończy — dodał, spoglądając na Bernarda. — Co się stało, nie możemy odrobić.

— Jam w istocie to dziecko ocalił i na nie rachował — przerwał Bernard.

— Czyńcież z nim, co chcecie! — nie dając mu dokończyć, zamruczał Mistrz.

Zwrócił się do komina, jakby twarzy swej nasępionej ukazać nie chciał obojętnemu Bernardowi.

— Za poprzedników moich — począł — choć ja im zasług nie ujmuję, namnożyło się Endorfów. Każdy chciał być panem na swoję29 rękę, każdy chciał mieć zasługi własne, tu, gdzie ani sukni, ani konia, ani sławy i znaczenia rycerzowi mieć się nie godziło. Więc czynił każdy, co chciał; ale na przyszłość tak nie będzie.

Bernard odparł powoli:

— Jeżeli mi to zarzucacie jako winę, na co cała kapituła nasza dała przyzwolenie, zwołajcie Radę, każcie mnie sądzić. Stanę — nie opieram się; naznaczycie karę, pójdę na chleb i wodę, choćby z Endorfem.

Mistrz się odwrócił z twarzą wykrzywioną.

— Dosyć! — rzekł — gdybym chciał, nie potrzebowałbym zezwolenia waszego, aby was sądzić. Jakkolwiek wy tu, prosty rycerz, macie jakieś znaczenie nad stan i stopień, mieszacie się do wszystkiego, przewodzić chcecie wszystkim; ja — nie boję się was... nie boję!

Bernard skłonił się z pokorą razem i dumą jakąś:

— Nie przywłaszczam sobie tu nic nad to, do czego każdy z nas rycerzy ma prawo. Władzy waszej zawsze byłem i jestem podległy.

To mówiąc, ukłonił się brat Bernard naprzód Mistrzowi, potem przytomnym, i drzwiami, wiodącymi do wielkiej, pustej jeszcze jadalni, wyszedł. Na kamiennej posadzce słychać było chód jego, którego starcie się z głową Zakonu nie przyśpieszyło.

Wielki Komtur, z Marszałkiem najwyższą po Mistrzu godność piastujący, z poszanowaniem, lecz bez obawy, zbliżył się do Ludera, który jeszcze patrzył za odchodzącym.

— Wasza Miłość — rzekł łagodnie — macie jakieś uprzedzenie przeciw niemu. Obeszliście się z nim ostro. My przywykliśmy go szanować. Ma długoletnie i wielkie zasługi w Zakonie, i tę największą, że, choć mu kapituła kilka razy dostojeństwa wyższe ofiarowała, odrzucał je zawsze.

— Tak! — odparł Mistrz — wolał, nie mając ani tytułu, ani obowiązku, do wszystkiego się mieszać, podglądać wszędzie i rządzić potajemnie. Ja nad sobą, ani obok siebie, takich skrytych pomocników nie zniosę.

Starszyzna spojrzała po sobie, a Wielki Komtur zapewne dalszy o to spór uznał niewłaściwym, bo zamilkł.

Obrót i koniec rozmowy zasępił czoło Luderowi. Czuł może, iż się niepotrzebnie zdradził. Ku Marszałkowi się obróciwszy, spytał o przygotowania do wycieczki na Litwę.

Zapewniono go, że wszystko było w gotowości, i że mrozów tylko czekać mieli, aby im błoto i trzęsawiska stężały.

Wielki Komtur oznajmił, iż o nadciągających ochotnikach z Niemiec przyszły wiadomości.

Wszystkie te uspakajające nowiny nie potrafiły jednak Mistrza rozweselić. Pozostał zamyślony, jakby gniewu przeciwko bratu Bernardowi nie pozbył się jeszcze.

Po chwili, przeszedłszy się po salce raz i drugi, na drzwi do swej kapliczki i sypialni spojrzał — ku temu pamiętnemu przejściu, w którym Osselena zamordowano — i skłoniwszy głową przytomnym, oddalił się ku mieszkaniu swojemu. Oczekujący za progiem Kompan, Henneberg, drzwi mu otworzył.

Pozostali zabierali się także do wyjścia.

— Niesprawiedliwym jest jeszcze Mistrz względem brata Bernarda — po cichu począł Podskarbi — mało go zna chyba.

Wszyscy to zdanie potwierdzili głowami.

— Jest to istotnie mąż poszanowania godny i najwyższej dla Zakonu zasługi — dodał Marszałek. — Drudzy o sobie zawsze pamiętają po trosze — ludźmi jesteśmy — ten nigdy o niczym nie marzył, prócz wielkości Zakonu, prócz jego dobra, i niemal człowiekiem być przestał, tak w tę suknią wrósł, którą nosi.

— I sławy ani znaczenia dla siebie nie szuka — rzekł Komtur. — Lecz Luder go później nauczy się lepiej cenić.

— A za Bernarda ręczyć można — dorzucił, uśmiechając się, Marszałek — iż przez to na Endorfa nie wyrośnie i zamiast myśleć o zabójstwie, sam by się dał zabić dla Zakonu.

Ogień powoli przygasał na kominie, starszyzna rozchodzić się zaczęła.

Wielkiemu Komturowi na sercu leżało, iż Bernard odszedł pokrzywdzony i dotknięty niesprawiedliwymi wymówkami. Z sali rycerskiej udał się wprost do jego mieszkania — tu go nie było.

Izdebka, którą on od dawna miał przywilej sam zajmować, choć wielu innych po dwu mieszkali, ogołoconą była ze wszystkiego, co by ją wygodniejszą uczynić mogło. Prawdziwie zakonne ubóstwo w niej się rozpościerało wśród nagich ścian, na twardej ceglanej podłodze, ledwie w części matą z sitowia pokrytej. Łóżko było niemal barłogiem, rynsztunek na konia w kącie rzucony, wedle starej reguły, żadną nie świecił błyskotką.

Gdy u innych rycerzy coś zdradzało jakieś ludzkie upodobanie, fantazją30 i nałogi; tu czuć było, iż mieszkał człowiek, dla którego obojętnym było wszystko.

Najsurowsze oko nic by przeciwko ostrym prawom pierwotnym, dziś wielce już zwolnionym31, nie dostrzegło.

Z poszanowaniem też na tę izdebkę anachorety32 wojaka popatrzywszy, Komtur miał się oddalić, gdy gospodarz jej się przybliżył.

W twarzy jego nie widać było ani oburzenia, ani gniewu za wyrządzoną mu krzywdę. Wracał, zajęty widocznie czymś innym, i spostrzegłszy w progu Wielkiego Komtura, z poszanowaniem go pozdrowił. Razem weszli do zimnej celi.

— Bracie Bernardzie! — odezwał się raźnie dygnitarz, ton mowie nadając wesoły — przychodzę do was, abym pocieszył. Luder was nie zna, a władzy swej jest zazdrosnym; wybaczyć mu trzeba.

— Z całego serca! — zawołał, uśmiechając się, Bernard. — Tu ani o mnie, ani o niego nawet nie chodzi. Myśmy słudzy wielkiej sprawy, narzędzia, które bodaj się pokruszyły, byle ona zwyciężyła.

— Święcie mówicie — potwierdził Komtur — czyńcież wedle tego.

— Inaczej nie myślę — odparł Bernard. — Dla mnie główna, że mi dozwolił w tej sprawie postąpić, jako zechcę. Doprowadzę więc ją do końca, a nie powiedzie się...

— Dlaczego ma się nie powieść? — spytał Komtur.

Bernard się namarszczył trochę.

— Dlatego — rzekł — że w ludzkich sprawach pewnego nie ma nic i że najpotężniejszego siłacza głupie ziarno piasku obali, gdy, nie widząc go, poślizgnie się na nim. Tak i ja. Chłopakam chował, rósł mi na pociechę, a teraz...

— Chory? wyzdrowieje! — rzekł obojętnie Komtur.

— Szpitalnik nic nie obiecuje; chłopak schnie — odparł Bernard. — Chodzę, śledzę, nic nie wiem, a czuję, coś na tę duszę młodą padło; bo to nie choroba ciała. Zmienił mi się. Obawiam się...

Bernard nie dokończył.

Wielki Komtur, chcąc się oddalić, rękę położył mu na ramieniu i dodał wesoło:

— A ja o was nie lękam się bynajmniej, ani o to, co wy przedsiębierzecie. Bądźcie zdrowi.

Wyszedł.

W izbie prawie zupełnie było już ciemno, lecz drzwi się zaraz po oddaleniu Komtura otwarły i chłopak wniósł lampkę, otulając ją rękoma.

— Gdzie Szwentas? — spytał po cichu Bernard. — Wołałeś go?

Posługacz głową tylko skinął i oddalił się. Nie siadając na chwilę, wielkimi krokami izbę mierzył rycerz, widocznie na kogoś oczekując.

Ilekroć kroki dawały się słyszeć w korytarzu, stawał i ucha nastawiał. Wtem drzwi uchylono; mała, gruba, niezgrabna jakaś istota, która w mroku więcej do niedźwiedzia niż do człowieka, była podobna, wtoczyła się, sapiąc, do izdebki, zgięła na pół, stęknęła i czekała, jak wkuta w posadzkę.

Trochę żywiej rozpalający się knot lampy dozwalał się przypatrzeć tej osobliwej człowieczej postaci.

Twarz okrągła, duża, wesoła, opalona, rzadkim włosem od dołu okryta, nie miała w sobie nic odznaczającego, oprócz wielkiej a pospolitej brzydoty. Nic na nią nie ściągało oczu; było to oblicze człowieka z gminu, zestarzałego w pracy ciężkiej, zahartowanego, przygniecionego i do brzemienia nawykłego.

Szerokie ramiona, grube ręce, pierś wydatna, nogi krótkie, a jak pnie potężne — całość jakaś przysadzista, niezgrabna, gdyby z jednej ledwie wyciosana sztuki — niewiele po tym pół-zwierzęciu spodziewać się dawały. Na co takiego parobka, którego miejsce było przy koniach i stajni, mógł rozumny Bernard potrzebować?

Zbliżył się doń jednak żywo i spojrzał mu w oczy.

Szwentas nawzajem skierował nań wejrzenie i dotąd niedostrzeżone źrenice jego zaświeciły, jeśli nie rozumem, to chytrością i przebiegłością, która się przed panem ukrywać nie potrzebowała.

W tym nieforemnym kadłubie mieszkało jednak coś skrytego, obrosłego mięsem, zatajonego pod grubą skórą.

Zdradziły oczy, które wnet spuścił.

Z uśmiechem dziwacznym, w którym było i coś pochlebstwa, i coś radości, Szwentas pochylił się, ujął koniec białego płaszcza Bernarda i z pokorą go pocałował.

Czekał na rozkazy.

— No, w drogę! — odezwał się Bernard cicho i palec położył na ustach.

— Dobrze, ojczulku, w drogę to i w drogę! — z akcentem jakimś obcym, po niemiecku, łamaną mową, począł schrypły Szwentas, który śmiał się ciągle i długi rząd małych, ostrych zębów pokazywał. — W drogę, to w drogę! — powtórzył. — Albo to ja się kiedy chorobą składam, jak drudzy? Ja gotów zawsze; kij w rękę i — ruszam... Hę? — a dokąd? — zapytał się, ciekawie zerkając oczyma.

Milczał Bernard.

— Gdyby na Litwę? — szepnął.

— O! o! albo to co? — rozśmiał się Szwentas — jak trzeba, to i na Litwę. Czym to ja tam nie bywał?

— Pójść trzeba, no, i cało powrócić! — dodał rycerz — na tym sztuka. Pójść, rozumnie co trzeba dobyć ludziom z zanadrza, a mnie przynieść.

Szwentas się uderzył w piersi za odpowiedź całą.

— Ale patrz! patrz — mówił Bernard — ty bestio litewska, aby ci, na wolność puszczonemu, nie zasmakowało dzikie życie i dawny sprośny obyczaj, abyś mnie nie zdradził i Zakonu! dobyłbym cię spod ziemi i jak psa obwiesił.

Cały się poruszył i poskoczył niemal parobek, słysząc tę przemowę. Grube dwie pięści podniósł do góry.

— Nie znacież33 wy mnie! — zawołał niemal gniewnie. — Albom to ja dla was tam nie chodził34, nie raz, nie dwa, a dziesięć razy, szpiegując, podpatrując i donosząc wiernie? Albo to mnie co ta dzicz, te pogany? albo wy mojego życia nie wiecie, serca nie znacie? Przecieżem się ja wam sam oddał35 w ręce, aby się mścić na moich do żywota, póki duch w ciele. A toż mnie, powieszonego przez swoich, matka odcięła. Zabrali mi moję36 dziewczynę, spalili chatę, wszystko niesprawiedliwie. Oni mi ani bracia, ani krew moja, ale wrogi. Po tom szedł37 służyć wam.

W łkaniu jakimś słów mu nie stało i, uspokoiwszy się dopiero, dokończył:

— Dokąd iść, ojczulku? Byle ich krew potem popłynęła, pójdę, o! pójdę!

Bernard się nie namyślał. Nachylił się do parobka:

— Pilleny wiecie? — spytał.

Chłop głową dał znak i brwiami, że je znał.

— Siedzi tam...

— Stara Reda, Kunigasowa żona — przerwał Szwentas — ta, której syna małym chłopięciem porwano i zabito. Baba zajadła za trzech srogich mężczyzn stanie. Tam wleźć, to jak w osie gniazdo wpaść lub w mrowisku spać się położyć.

Bernard spojrzał.

— Nie chce ci się? — odparł.

Szwentas się rozśmiał, ruszając barkami szerokimi.

— Ja się ni os nie boję, ani mi mrówki straszne — rzekł — a od czego rozum? a na co Bóg dał chytrość?

I rękoma znak jakiś zrobił przed sobą.

— Do Pillen ci trzeba nie tylko pójść — mówił rycerz — ale i posiedzieć może. Reda musi po synu płakać; ma go może, jak ty, za zabitego; a co by było, gdyby żył?

Szwentas począł się śmiać.

— Za żywego! o! o! dobry by okup wziąć można! — rzekł, wahając głową, i zniżył głos — Żywy czy nie, lada jakiego chłopca jej dobrać do wieku i do włosa; po tylu leciech38 nie pozna.

— Ale go też może i nie zabito naówczas, gdy porwano — odezwał się głosem poważnym rycerz. — Zważaj, Szwentas, że ty... ty... skąd się opowiesz?

— W Pillenach? — rzekł, dumając parobek — kto to wie, skąd wypadnie?

— Opowiadaj się znad granicy; a kim? — spytał Bernard.

— Kim? a no... żebrakiem, wróżbitą? włóczęgą? — zamruczał Szwentas.

— Powiesz, żeś po ludziach słyszał, iż wieści chodzą po krzyżackich zamkach, jakoby gdzieś porwane chłopię wyhodowali i żyje.

Szwentas w ręce klasnął.

— Ja im zełgę39, jak należy! nie bójcie się! — dodał ze śmiechem.

Bernard zadumał się. Dalszy plan potrzebował namysłu. Nie chciał się zupełnie zwierzać swemu półdzikiemu posłowi, który tymczasem bystrymi oczyma zdawał się mu myśli dobywać z duszy i uśmiechnął się chytrze.

Bernard przeszedł się po izbie.

— Dość na tym — rzekł — idź, praw40, co ci kazano, a bacz pilno, co powie? co się jej wyrwie z serca? Matką jest.

— Babą jest! — dodał Szwentas — alem ja o niej słyszał. Już ją zemsta dawno na męża41 przerobiła. Tylko nią dysze za to dziecko jedyne.

— Tym lepiej — przerwał Bernard — a gdy się dowie, że żyje?

Szwentas sobie dłońmi usta zamknął i głową a sobą zaczął potrząsać i rzucać. Czy śmiał się, dziwował, czy niepokoił — rozeznać było trudno. Śmiał się, chociaż teraz śmiech jego mniej był wesoły i szczery.

Bernard zbliżył się doń i powtórnie wszystko to mu powiedział, czego po nim wymagał. Chłop głową potwierdzał każde słowo, a bystre oczu wejrzenie poświadczało, że pojmował dobrze powinność swoję.

Wreszcie znów koniec płaszcza pochwycił i pocałował.

Pochylił się potem do samej ziemi, zawrócił i wytoczył z izby.

Bernard pozostał sam. Ani rozmowa z Wielkim Mistrzem, która innego by zburzyła, ani rozkazy, dane w tak ważnej sprawie Szwentasowi, nie odjęły mu tego spokoju, który lata wyrobiły, zahartowując go.

Chodził i myślał już może o innej sprawie Zakonu, stawając42 niekiedy i skupiając się w sobie, a czoło pocierając.

Zastukano do drzwi. Bernard się zdziwił późnym odwiedzinom; ale poszedł sam otworzyć. Z wolna i ostrożnie wchodzący o kiju ukazał się człek bardzo stary i przygarbiony. Miał na sobie suknią43 zakonną bez płaszcza, bez krzyża, bez żadnej oznaki; lecz z wejrzenia poznać było można męża, który się czuł dostojnym, jeśli dostojeństwa nie piastował.

Jak śnieg białe włosy wyglądały spod czarnej ciepłej czapeczki, której, wchodząc, nie zdejmował; krótko podcięta broda i wąsy siwe okalały twarz piękną, ale kilku bliznami naznaczoną.

Jedna z nich krwawym znamieniem przecinała nos i policzki, druga głęboki dół wyryła w skroni. Starzec wlókł jednę44 nogę za sobą na pół bezwładną, a kościstych rąk palce miał ponabrzmiewałe i pokrzywione.

Była to ruina, lecz piękna i obudzająca poszanowanie. Lica, zmarszczkami okryte, zachowały wyraz męskiej odwagi i dumy. Mieszała się do nich gorycz jakaś, która usta ściągała smutkiem i szyderstwem.

Był to stary, najstarszy z rycerzy krzyżackich na tej ziemi wojujących, Kurt, hrabia Hochberg, którego można rodzina pochodziła znad Renu. Lat temu kilkadziesiąt, wskutek familijnych rozterek, po życiu burzliwym, przybył on walczyć tu z pogany i pozostał. Złamany wojnami, w których wielokroć padał na pobojowiskach, szukając śmierci, zawsze cudem jakby uratowany, nie miał już do kogo powracać i przyrósł do swej kamiennej klatki. Bracia chcieli go nieraz obrać Komturem, Podskarbim, — byłby nawet mógł się o Mistrzostwo ubiegać; ale jak Bernard brzemiona te odrzucał, i tak prawie jak on czuwał tylko z miłością wielką nad losami kolonii tej mieczowej niemieckiej, której sprawy obchodziły go najgoręcej.

Bernard jednak był czynnym, Kurt już tylko narzekał i gderał; a wszystko, co teraz nowego stanowiono, wyszydzał. Dawne zasługi zmuszały braci do znoszenia go, choć nieraz nazbyt gorzką karmił ich prawdą.

Stary hrabia rzadko ruszał się ze swej izby, a w jesiennej i zimowej porze, gdy mu pogruchotane kości dolegały, siedział opakowany w futra u komina. Przybycie jego do Bernarda nie było bez znaczenia. Domyślił się on, że musiało być w związku z wymówkami czynionymi mu przez Wielkiego Mistrza.

Kurt miał sobie za obowiązek, sądząc, że brat boleśnie to uczuł, przyjść mu oświadczyć współczucie swoje.

— A co! — począł od progu — a co! Mistrz Luder już zęby pokazuje! Nie znosi, aby tu kto śmiał co czynić, okrom45 niego! Już się do was uwiązał!

Bernard obojętnie podniósł ramiona.

— Żal mi was! — ciągnął niewyraźnym, bezzębnym głosem stary — żal mi serdecznie! — ale to nie koniec na tym! Stary nasz Zakon, jego prawo i zwyczaje — wszystko młodzi będą przerabiali, aż ze świętej reguły zrobią poczwarną.

Ręką począł drżącą wywijać w powietrzu. Bernard, widząc go z ciężkością stojącego na słabych nogach, jedyny stołek mu przysunął. Siadł nań, stękając, Kurt.

Gospodarz wiedział, co go czekało; musiał wysłuchać wszystkiego, co się długim milczeniem nagromadziło w zbolałym sercu i głowie Krzyżaka.

— Ja — mówił, spluwając i nie dając się odezwać Bernardowi — pamiętam inne czasy, ludzi innych, Zakon pierwszy, taki, jaki on tu z Palestyny przywędrował... toć najlepiej powiedzieć wam mogę... do zguby go wloką! Boga nie ma już u nas; Zakonu mało; rycerstwo rozbójnicze; rozpusta! pycha! Im dalej, tym gorzej.

— A ja tak źle nie wróżę jeszcze — zaczął Bernard.

— Boś sam dobry — przerwał Kurt. — Ja źle wróżę! źle! Oczy moje tego już widzieć nie będą, ale padnie Zakon, jako muł obładowany złotem na puszczy, i krucy46 mu boki wyjedzą, wyszarpią wnętrzności.

Bernard chciał stawać w obronie Zakonu, starzec go do słowa nie dopuścił.

— Ty mało starych naszych czasów pamiętasz — odezwał się. — Były to inne, lepsze czasy. Mieszkał w nas duch inny, byliśmy rycerzami Krzyża Chrystusowego i prawdziwymi zakonnikami; dziś z nas Raubrittery! Szło się na wyprawę, odpościwszy wigilią, z pieśnią o Bogarodzicy; nie potrzebowaliśmy ani łoża wygodnego, ani łańcuchów złotych na szyję, ani wina w drogę, ani kompanów i knechtów, by za nas nosili ciężary i zbroje. Wszyscy bracia byli równi... a dziś!...

— My i dziś czujemy się równymi — rzekł Bernard.

— A patrzajże! — wtrącił Kurt. — Skąd wzięły się płaszcze szare! Kto się im ze czterech herbów nie wywiódł, szary nosić musi, choć szlachcic jest i tak dobry jako i drudzy. Herb herbem; najmężniejszy, gdy niebogaty jest i pleców nie ma, szaro go ustroją. A te szaraki lepiej się odbiją od białych.

Patrzajże! — powtórzył, gderząc, stary. — Wielki Mistrz kompana ma; już ich biali wszyscy mieć muszą, a wkrótce jednego im będzie mało. Dawniej pigmentu w wielkie święta kubek dawano dla pokrzepienia, teraz go flaszami po izbach roznoszą. Dawniej nikt sukni nawet własnej nie miał na grzbiecie; teraz bez łańcucha biały nie wynijdzie47 do gości, a u każdego szkatuła stoi dobrze nabita. Nie wolno było do niewiasty przemówić; hę! teraz starszyzna w mieście jawnie miłośnice chowa.

— Ojcze! — przerwał Bernard z wymówką.

— Bracie mój! nie kłamię i nie powtarzam; tak ci jest. Bóg mi świadek! I mówię, bo mi serce pęka, bo ja święty Zakon Krzyża Chrystusowego kochałem, a Zakonem Beliala brzydzę się.

Westchnął.

— Co za koniec! — zawołał po chwili zadumany, w podłogę oczy zgasłe wlepiając — taki jak Templariuszów nas czeka! gorszy może! Królowie na nasze skarby się złakomią, Papież się wyrodnych dzieci wyrzecze48.

— Ależ my, dzięki Bogu, bałwochwalcami i apostatami49, jak oni, nie jesteśmy jeszcze; — rzekł Bernard.

— Słowem — nie, czynem — już! — zawołał starzec — kto nie po bożemu żyje, ten się Boga zapiera.

Zmęczony, odetchnął Kurt i rękę do piersi żywo się porusząjących przyłożył.

— Dziękuję wam za współczucie — odezwał się, z przestanku korzystając Bernard — ale ja tak bardzo do serca nie biorę Ludera. Niech sobie prawi50 i myśli, co chce; ja swoje robić dalej będę.

— A ja prawić swoje — rzekł stary. — I słowo śmiałe zda się na coś, gdy ręki podnieść siły nie dozwalają.

Westchnął i łagodniejszym się tonem zapytał:

— Cóż! gniew za owego chłopca, którego i po ludzku, i po chrześcijańsku wychowaliście, a uczyniliście rozumnie! Ten i tego zrozumieć nie chce.

Rozśmiał się szydersko.

— Jeszcze na biedę mi się rozchorował! — rzekł Bernard.

— Wyzdrowieje! — odparł obojętnie stary. — W tym wieku choroba nie straszna. Dorastać musi właśnie. Krew zburzona; potrzeba go na koń wsadzić i dać mu się wyhasać.

— Mówi Ojciec Szpitalnik, że już na konia nie siędzie51 — smutnie dodał Bernard.

— Dać go Komturowi któremu, aby trochę więcej miał swobody — zamruczał stary.

— O wszystkim tym już myślałem — dołożył Bernard — radziłem tak samo.

I nie dokończył. Stary nie przywiązywał wielkiej wagi do choroby. Sam tyle przetrwawszy zwycięsko, a uchowawszy życie, nie mógł pojąć tego, by lada choroba groźną się stała.

Pilniej mu było gderać i żalić się na to, co go otaczało.

Bernard słuchał go więcej przez poszanowanie, niż gorycz jego podzielając; dał mu się wynurzyć, dał odboleć; a gdy Kurt ruszył się wstać, bo mu tu zimno być poczynało, ujął go pod rękę i korytarzami do izby jego odprowadził.

Cicho już było w murach dokoła, godzina spoczynku nadchodziła, rycerze biali układali się do snu; czeladź tylko snuła się jeszcze. Bernard, zamiast powrócić do mieszkania, po krótkim namyśle, wyszedł z zamku w podwórze i ku Dolnemu, w którym szpital się znajdował, podążył.

Tu było mieszkanie Wielkiego Szpitalnika i pomocników jego; a Bernard wiedział, że nie tylko o tej godzinie, ale niemal przez noc całą, gorliwy a żwawy staruszek Sylwester nie kładł się na spoczynek.

Nie odgadł nikt nigdy chwili, w której on spał lub się miał obudzić. Wedle starej reguły Zakonu, kładł się odziany, często siadał tylko się zdrzemnąć i gdy służba sądziła, że zasypiał, zjawiał się z lampką w ręku przy łożu chorych lub tam, gdzie stróże ich czuwać byli powinni.

Wybór Sylwestra na to jedyne w Zakonie dostojeństwo, które było powierzane ludziom nieobowiązanym ani się ze swych czynności tłumaczyć, ani zdawać z grosza rachunku, był tak szczęśliwym, tak jednozgodnym, tak usprawiedliwionym; iż nawet ci, co mu zazdrościli wielkiej swobody, jakiej używał, szemrać przeciwko niemu nie śmieli.

Było to uosobione miłosierdzie chrześcijańskie. Widok cierpień ludzkich zmiękczał mu serce i czynił go nieograniczenie wyrozumiałym a łagodnym; a że człowiek, bolejąc, łacniej się odkrywa, jakim jest, znał Sylwester ludzi lepiej niż kto inny. A znając ich, nie oburzał się na nich, ale litował się nad nimi.

Bernard, choć w wielu się rzeczach różnił ze Szpitalnikiem, szanował go jak inni.

Cudem prawie zastał starego w izdebce, która woniała jakimiś wschodnimi balsamami, a zarzucona była mnóstwem gratów, sukni, płócien, garnuszków i butelek.

Sylwester spoczywał; lecz cichutki chód Bernarda obudził go — porwał się zaraz na nogi.

Nawykły do snu przerywanego, nie potrzebował odzyskiwać pamięci; potarł ręką po twarzy i ślady spoczynku z niej zniknęły.

— Naprzykrzam się wam? nieprawdaż? — rzekł, wchodząc, Bernard, — lecz przebaczcie! niepokój mnie nęka o to chłopię.

Szpitalnik ręce rozpostarł, dając do zrozumienia, iż nic pocieszającego powiedzieć mu nie może.

— Nie gorzej mu? — zapytał Bernard.

— I nie lepiej — szepnął stary.

Przybyły badał zachmurzoną twarz gospodarza.

— Nie lepiej! nie! — powtórzył Sylwester. — Wczoraj jeszcze nie byłem pewnym choroby: czy ze krwi przyszła, czy z ducha? bo są dwojakie. Dziś mi się zdaje, iż nie omylę się, mówiąc, że chorobą jakaś tęsknica...

— Za czym? — podchwycił ciekawie Bernard.

— Odgadnąć trudno — rzekł Szpitalnik — młodość, wiecie, ma nieodgadnione tajemnice. Mówią we Francji, że, gdy młode wina się burzą, stare w beczkach im wtórują; że gdy kwiat na wiciach się otwiera, sok wyciśnięty z jagód z tęsknicy wre w kadziach.

Urwał nagle.

— Mówcie! mówcie! — począł prosić Bernard, mocno zajęty niedokończoną tą mową.

— Wiecie, kto jest — zaszeptał Sylwester. — Któż wie, czy litewska krew nie kipi w nim, gdy gniazdu przelew grozi?

— Ależ nie wie on o sobie! — zawołał Rycerz.

— Nuż, nie wiedząc, poczuwa się, kim jest?

— Jakże to być może?

— Któż z nas wie, co może być, a co nie może? — spokojnie odparł Sylwester. — Suut arcana rerum! — rzekł po cichu, jakby sam do siebie.

Bernard się zadumał.

— Dziś nie był tak spokojnym i milczącym jak wczoraj, gdyśmy go widzieli wieczorem — mówił Szpitalnik. — Chodził po ciasnej izdebce, jakby się bił w klatce; na licu miał rumieniec, w oku gorączkę. Z dala mi się zdało, że nucił piosenkę; ale, gdym go o nią zapytał, nie przyznał mi się.

Bernardowi brwi się ściągnęły.

— Księdza mu potrzeba i modlitwy — rzekł — dusza niespokojna. Antoniusza mu poślemy.

Szpitalnik się nie sprzeciwił.

Nie mówili już, bo każdy zdawał się mieć myśli inne, a Bernard do celi swej powrócił, nie napierając się widzieć młodego wychowańca.