VIII

Dolinę wpośród gęstej puszczy zieloną, której środkiem mały strumień przebiegał, otaczały dęby i lipy, graby i leszczyna... Jak wygnanki osamotnione, uwięzione, ściśnięte, dwie czy trzy olbrzymie sosny, świerków para, ciemniejszym gałęźmi ponad wiosenną zieleń liściastych braci dobywało się do góry... Nagie ich pnie strzelały ku niebiosom, bo żaden konarów, w tej gęstwinie zgłuszonych, nie mógł puścić... Stały świerki i sosny te jak niewolnice... i tyle miały powietrza i słońca, co nad sobą...

Za to się dobrze działo zwycięzcom, rozrastającym się bujnie; a nigdzie ślad ludzkiej ręki nie nadwerężył tych panów puszczy, których i burza szanować musiała, bo wkraść się tu nie mogła...

Padało słońce w dolinę, ale do głębin leśnych, gdy się liśćmi okryły, nie zajrzał promień żaden i tajemnic ich nie odsłonił... Jak sklepienia zielone, splątane z sobą i pokrzyżowane, rozpościerały się gałęzie, pod sobą cienie kryjąc i chłody...

U skraju lasu, na małym pagórku, który strumień podmywał i na wiosnę jeden bok jego odarł z murawy, żółty piasek obnażywszy i glinę, siedział dąb odwieczny, król lasu, ojciec może tej gęstwiny. Wierzchołek jego występował ponad najwyższe drzewa, a stopy rozpostarte, porozłupywane, grube jak drzewa, wielką przestrzeń zalegały...

Dąb to był jeden czy trzy z sobą tak zrosłe, że się w jednę olbrzymią zlały bryłę? teraz już rozpoznać nie było podobna... Grubą korę czy pioruny poryły głęboko, czy wieki tak ulepiły — nikt nie umiał odgadnąć. Rozdoły poobrastały mchy, gdzieniegdzie trawy i kwiecie nawet... Pasożyty te, przyczepione do szczelin, zwieszały się łodygi i liście ku dołowi, jakby prosiły się na ziemię...

Pod dębem nic nie rosło, oprócz trochy mchu i chudej trawki pożółkłej..

Na grubych dębu gałęziach z trzech stron pozawieszane były bryty całe sukna szkarłatnego, opadające aż na ziemię. Jedna tylko połać od słońca odkrytą była... Na pomniejszych żywych i suchych gałązkach niezliczona moc ręczników szytych, fartuchów, płacht, zawitek, najdziwaczniej się strzępiła...

Niektóre z nich były białe jeszcze i jasne, inne pożółkłe, sczerniałe, pobrukane, podarte w strzępki, rozgniłe na nici... Gdzieniegdzie pas czerwony, wstęga jakaś — kraśniały wśród tych łachmanów i bielizny...

Z dala poza dębem-królem, wielkim kołem biegł płot wysoki, szczelny, który schodził aż do strumienia, i przeskoczywszy go, część łąki zamykał... Z tyłu od lasu stały w tej zagrodzie wrota wysokie, mocne, dachem pokryte, a po obu ich bokach — dwie furty ze wschodkami.

Tam, gdzie stary pień dębu patrzał na świat i słońce, a rozpadł się jakby we dwie połowy, w głębokiej dziupli widać było kloc nieforemny...

Pień to był innego drzewa, dobyty z ziemi, który naroście, korzenie, garby i szpary urobiły tak dziwnie, jakby nad nim ręce ludzkie pracowały. A nie tknęły go nigdy kamień ni żelazo. Bawiła się siła jakaś nieznana, gdy rósł w ziemi ten potwór, by mu kształty nadała niby ludzkie, niby zwierzęce, istoty niebywałej a strasznej... Pień ten miał głowę olbrzymią i w niej doły, jak oczy, i rozwartą paszczękę, a pod nią nastrzępioną brodę... a ponad czołem występującym jak dach, strzechę kudłatą...

Głowa siedziała wbita w ramiona szerokie bez szyi z piersią wypukłą i nabrzmiałą; niby rąk dwoje chudych przyczepionych było do boków; niby grube dwie skręcone nożyska zwijały się dwa sploty korzeni u spodu... Potwór to był niekształtny, a choć myśl żadna w nim nie postała i przypadek jakiś wyrzeźbił mu twarz straszną — oblicze to mówiło, bałwan był jakby snem jakiejś istoty, która na progu życia w kloc stężała...

Gdy się człowiek wpatrywał w to bóstwo dobyte z ziemi, z wolna przejmowała go trwoga, przechodziły dreszcze, zdawało się, że te dwie jamy czarne wzrok miały i rozdarta gęba przemówić mogła, a ręce piorunem cisnąć...

Po czole mchy i resztki kory złupanej rysowały marszczki groźne, na policzkach snuły się jakby zastygłe uśmiechy szyderstwa...

Pień ten gadał do ludzi... choć milczał.

Gdy promienie słońca i cienie liści ruchome nań padały, zdawało się poruszać oblicze, mienić i stawać na przemiany to groźnym a okrutnym, to szyderskim a bezlitośnym, to spokojnym i uśpionym. Bałwan budził się, żył, zabarwiał, blednął, a przy ogniach nocnych się poruszał...

Stał przeciw słońcu, urągając mu się i wyzywając.

Dąb był świątynią Perkunasa, kloc — cudownym wizerunkiem jego... A dokoła rozciągało się święte Romowe nowe, wyroczni miejsce i dziwów. I strumień, co obmywał podnóże, był święty, i ziele, co na niej rosło, cudownym było... i powietrze, nasycone wonią liści, dawało życie.

Przed dębem, nad strumieniem ułożony był z ociosanych misternie kłód jakby stos wielki i wysoki, który się zwężał u góry i obwiedziony był balasami. Na nich zwieszało się sukno szkarłatne, które wiatr miejscami pościągał i poobrywał. Z tyłu wiodły na stos wschody, bo tu Krewe Krewejto — Ewarto-Krewe, kapłan najwyższy, czasem wstępując, ukazywał się ludowi i przemawiał, zagrzewając do czci bogów swych, a odpychania obcej wiary...

Były to dnie uroczyste, rzadkie, na których oznajmienie mnogie zbiegały się tłumy.

Lecz i w dnie zwykłe nigdy tu pusto nie było. I teraz roiła się ludem dolina, widać było w lesie porozkładane ogniska, powiązane konie, snujących się ludzi w bieli.

Zza dębu podnosił się z wolna ku górze siną wstęgą dym od kamiennego ołtarza... Tu było ognisko nieustające, święty płomień, co nigdy nie gasnął, podsycany smolnym drzewem, żywicą i ofiarami pobożnych...

Pomimo nagromadzonych tu tłumów dokoła, cisza jakaś uroczysta panowała nad doliną. Szmery tylko ludzi, około świętego ognia się przechadzających, rżenie koni, szum lasu, przerywały milczenie. Pobożni mówili głosy zniżonymi, chodzili, nie czyniąc wrzawy, z poszanowaniem dla miejsca świętego. Ptactwu tylko i strumieniowi wolno było swobodnie głosić cześć litewskiego boga... A że po mnogich przybyszach w dolinie zawsze pełno było okruchów jadła, gromadami krążyli nad nią leśni mieszkańcy, najrozmaitszymi odzywając się głosami.

Widok doliny był wielkim, pełnym rozmaitości obrazem...

Z jednej strony gromadą siedzieli siwobrodzi starcy nad wygasłym ogniskiem, gwarząc między sobą po cichu. Dalej w głębi widać było odosobnione niewiasty i dziewczęta, które jedzenie dla pielgrzymów przygotowywały, krzątając się około kamieni, wśród których ognie rozpalono.

Kupkami stali mężczyźni, z różnych stron, z różnych powiatów, mieniając się109 z sobą przyniesionymi wieściami. Młodzież u skraju lasu, żwawiej rozmawiając, śmiejąc się po cichu, niekiedy wyzywała się na rękę, porywała jakby do zapasów, i wprędce, przypomniawszy gdzie była, uspokajała się, zalecając sobie milczenie.

Bliżej stosu, dębu i ognia snuli się kapłani różnego stopnia, miejscowi i przybyli... Krewowie mniejsi, w białych szatach i pasach, z laskami białymi w rękach; Wejdaloci w sukmanach oszytych taśmami białymi i strzępkami, niektóry w wieńcach na głowie, inni niosąc je w ręku, niektórzy z obnażonymi skroniami, w zapylonej podróżą odzieży.

Mniej pokaźnie, ubogo poodziewani wiejscy Wurszajtosi poza starszyzną trzymali się na uboczu z poszanowaniem, a przy nich Siggonoci, ofiarnicy, mężowie silni i surowego wejrzenia.

Tym nieraz nie tylko kozła i owcę przychodziło zabijać u ołtarza, ale i porwanego na wojnie niewolnika na stos związanego prowadzić i dobijać, gdy się męczył...

Całym zastępem poza parkanami dębu świętego leżeli obozem wróżbici, guślarze, wędrowni śpiewacy, Burtynikasy, Swalgonowie, pogrzebowi słudzy Lingussony...

Po odzieży ich, zwyczajnej, nie różniącej się od sukman, jakie lud w różnych nosił stronach, poznać było można, iż przychodzili tu z wyższej i niższej ziemi, od granic języka, od rubieży Krywiczan, z głębin lasów, błot i puszcz dzikich... Wszyscy oni choć raz w rok musieli się u świętego źródła i dębu pokrzepić, oświadomić i nabrać wody dla chorych, popiołu z ogniska, liści z drzewa...

Każdy z nich przynosił Krewie lub Wejdalotom, wieść o tym, co się działo po innych miejscach świętych, a stąd brał rozkazy i upomnienia...

Słuchano Kunigasów, mających żelazne miecze w ręku, ale biała laska Krewy, gdy nią skinął, nie postrachem, lecz jakąś siłą niepojętą, poruszała tłumy. Najwyższy kapłan, jeszcze z prastarych czasów, miał większą moc niż żelazo książęce...

Bliżej ognia świętego, oddzielone od innych, w osobnej zagrodzie, mieściły się stróżki Wejdalotki, dziewczęta, wybierane z najpiękniejszych, najdorodniejszych, najsilniejszych... wszystkie jednako odziane w bieli i zieleni, milczące, poważne, do których mężczyznom zbliżać się nie było wolno. Z kolei po trzy wychodziły, niosąc drzewo i żywicę... przystępowały do ogniska, podsycały je, i stojąc, czekały, zapatrzone w płomień, dopóki inne nie przyszły ich110 wymienić z kolei. Czasami cichy śpiew nuciły, który brzmiał tęskno, powolnie, jak skarga ludu do bogów...

Wejdaloci, służący u dębu Perkunasowego, prawie nieustannie byli zajęci. Przychodzili do nich wędrowni wróżbici po radę, chorzy po lekarstwa... Matki przynosiły dzieci, biedni znosili ofiary...

Krewule, staruszek z brodą szarą, mały, otyły dosyć, zmęczony, na ustroniu siedząc, pod daszkiem u parkanu, oparty oń, drzemał, oczekując, aż który z Wejdalotów przyjdzie go o co zapytać. On tu wątpliwości i spory rozstrzygał... Obok niego przez drzwi półotwarte w szopce, dachem dranicowym pokrytej, dostrzec było można poskładanych ofiar różnych, poprzynoszonych111 Perkunasowi.

Na policach stały garnki z miodem, kręgi wosku, warkocze lnu, sztuczki płótna, pasy i zapaski, nawet sznury bursztynu i szkieł świecących... W bodniach zsypywano ziarno, na kołach wisiały pozabijane źwierzęta... Skarbiec to razem112 był i spiżarnia...

Kiedy niekiedy z Wejdalotów który to przynosił tu nową dań i składał, to zabierał, co na pożywienie było potrzeba...

Wśród tego ruchu u dębu milczenie zachowywane czyniło widowisko to dziwnym, jakby nie żywi ludzie, ale duchy i cienie się nieme około służby boga krzątały... Białe suknie Wejdalotów i kapłanek czyniły je w istocie do jakichś widm podobnymi...

W obozie, gdy nawet dziecię zakwiliło, matki zatulały mu usta, aby świętego milczenia nie przerywało.

Raz w dzień, o wschodzie słońca, gdy pierwszy promień jego na dolinę zaglądał, na nowiu Menesa i na pełni... odzywały się śpiewy Wejdalotów. Reszta ofiar w ciszy się odbywała...

Taki był obyczaj dawny i potrzeba dni teraźniejszych, bo Romowe i świętości musiano przed Krzyżakami ukrywać, a śpiewy zdradzić mogły...

Trzykrotnym łańcuchem opasane było uroczysko dokoła... Zbrojna straż koczowała przy dolinie, a wszyscy też kapłani mieli oręż i gotowi byli stanąć w obronie swych świętości. O stajań kilka drugi szereg opasywał kręgiem Romowe... Na skrajach puszczy stali trzeci wartownicy czujni, którzy o niebezpieczeństwie hukaniem i naśladowanymi różnych ptaków głosami oznajmowali. Niejeden już naówczas dąb święty padł pod siekierami niemieckimi, niejedno Romowe zniszczono, wielu Wejdalotów wyrzezano; ostatnie przytułki świętości starych musiały być pilnie strzeżone.

Skarbce też kosztowniejsze, złoto, srebro i miedź, chowano w podziemiach w lesie utajonych, o których tylko najwyżsi wiedzieli kapłani.

Dzień wiosenny miał się ku schyłkowi i ukośne słońca zapadającego promienie wpadały tu, ozłacając świeżą zielonością okryte drzewa; wędrowcy jedni się zabierali do drogi, drudzy gotowali do spoczynku, inni dopiero do obozowiska zdążali, gdy lekki szmer jakiś dał się słyszeć w dali i od ogniska zaczęli wstawać ludzie, a kupić się w miejsce jedno.

Starszy Wejdelota, Nergenno, który pilne na wszystko miał oko, najrzał z dala ten ruch, przyłożył rękę do czoła, popatrzał długo i młodego chłopaka posłał w to miejsce, gdzie się kupili ludzie, aby mu przyniósł wieść, co ich tam gromadziło.

Żwawy Merunas przesunął się pomiędzy ogniskami i gromadkami siedzącymi u nich, a że miał białą przepaskę, ręcznik, oznajmiający, iż do służby Perkunasa należał, ustępowali mu wszyscy z drogi.

Na skraju lasu postrzegł w pośrodku ciekawej gromady stojących ludzi troje i białą zasłoną od stóp do głów obwiniętą niewiastę, której część twarzy zaledwie widać było.

W chwili, gdy się ku nim przybliżyć miała — kobieta w bieli, jakby ze znużenia wielkiego, schyliła się, padła i położyła na ziemi. Ktoś z gromady niósł jej kubek świętej wody dla orzeźwienia.

Z trzech towarzyszących jej mężczyzn, jeden młody, piękny, postawy rycerskiej, śmiałego wejrzenia, na jakiegoś by wodza wyglądał, gdyby nie lata zaledwie chłopięce i twarz jeszcze ledwie puszkiem okryta.

Poza nim, małego wzrostu, gruby, z głową dużą, silny, barczysty, stał parobek z pałką na ramieniu, z sakwami na plecach. Dalej jeszcze smukły, chudy chłopak, w tych latach, gdy człowiek z dziecięcia wychodzi, a męża nie dorósł, trzymał się na uboczu, oparty na kiju podróżnym.

Z odzieży tych wędrowców, z ich twarzy, z postawy znużonej, widać było, że przybywali z daleka, że drogę mieli za sobą ciężką i długą. Kurzawa i błoto osiadły na ich nogach, gałęźmi poszarpane mieli suknie, zmiętą i zszarzaną odzież, oblicza schudzone.

Leżące na ziemi dziewczę niekiedy ciekawie podnosiło głowę, rzucało oczyma niebieskimi po dolinie ku dębowi, uśmieszek przebiegał po jej ustach; lecz wnet zmęczenie zmuszało ją lec na trawie i choć dokoła stali, szemrząc, ludzie, przypatrujący się natrętnie, — biedne stworzenie zamykało powieki i sen na nich ołowiany osiadał. Merunas, który tu wielu już i różnych widywał przybyszów, tych z żadnej oznaki wyraźniejszej odgadnąć nie umiał, kto by byli. Ubiór ich jakiś, ni obcy, ni swojski, nie miał cechy ziemi, z której przychodzili. Sama twarz i postawa młodego chłopaka, który przodował innym, miała w sobie coś niezwyczajnego — ruchy zdradzały nawyknienia jakieś nielitewskie.

Wędrowcy ci byli to: Jerzy Kunigas, Szwentas, Rymos i Baniuta.

Jakim sposobem przez kraje zajęte krzyżackimi strażami dostali się tu na bezpieczne, w lasach ukryte, Romowe? Pytali ich wszyscy, nikt nie rozumiał, a odpowiedziom wielu nie wierzyło.

Kunigas obudzał nawet nieufność wielu; szeptano, niedowierzająco spoglądając na niego, bo mówił litewskim językiem, jakby się go wczoraj nauczył i słowa przychodziły mu ciężko, a gdy ich brakło, marszczył się niecierpliwy i gniewny.

Podróżni nie umieli rozpowiedzieć o swej drodze. Szwentas tylko słowy urywanymi cieszył się, że się ciężka wędrówka skończyła.

Gdy się Merunas zbliżył i zapytał — poszepnął mu jeden z ciekawych, że zbiegi przybyły z niewoli krzyżackiej, a jeden z nich się Kunigasem mianował.

Gdy się to działo, a Baniuta, pomimo ludzi, co się w nią wpatrywali, zarzuciwszy zasłonę na głowę, usypiać miała na gołej ziemi; niektórzy ze starszych szemrać zaczęli, iż należało by ją której z niewiast powierzyć, aby o niej miała staranie.

Wyszedł jeden z koła i podstąpił tam, gdzie starsze kobiety siedziały u ognia, gotując wieczerzę... Wstały z nich dwie zaraz i żywo pośpieszyły ku leżącej dziewczynie. Stanęły nad nią zadumane, przypatrując się z obawą i podziwieniem... Baniuta spała. Jedna z nich poklękła przy niej, ostrożnie podniosła z lica zasłonę i poczęła wpatrywać się w twarzyczkę, którą sen już ujął jakby śmiertelny... Szeptano nad nią — nie słyszała nic, dotykano — nie czuła; oddech był wolny... rumieniec gorączkowy na policzkach, a półotwarte usta czerpały z powietrza życie, którego piersi brakło...

Ulitowawszy się jej, dwie niewiasty z lekka wzięły Baniutę, podniosły z ziemi i, ostrożnie krocząc z ciężarem tym, poszły ku swojemu ognisku. Raz tylko otworzyła oczy, westchnęła, uśmiechnęła się im... powieki zapadły znowu i tak uśpioną... półżywą, złożyły jak dziecko na prędko przysposobionym posłaniu.

Rymos, tak prawie znużony, jak ona, siadł na trawie, podparł się rękoma — drzemał. Szwentas najlepiej przebył te trudy i trzymał się na nogach, śmiejąc się a rozglądając.

Kunigas też nie poddawał się znużeniu, choć ono na twarzy jego było widoczne. Patrzał i oczyma pożerał, co widział...

Wszystko to było dlań nowym, dziwnym, jakby ze snów jakichś dziecinnych wskrzeszonym, a tak niezmiernie różnym od tego, w czym się wychował i dorósł.

Krzyżackie pacholę, do ich obyczaju wdrożone, walczyło z sobą, by się do nowych nałamać... Z dala widoczny dąb, stos, płonący ogień, w białych szatach snujący się Wejdaloci, ta świątynia pod gołym niebem, ten bóg, którego czczono trwożliwym milczeniem: przejmowały go postrachem i niepokojem...

Nawykł był wierzyć w innego Boga, kłaniać się innym kapłanom... w duszy odzywały mu się poważne pieśni kościelne i słowa modlitw, które szły do serca... Nie wiedział sam jeszcze, czy się miał wyrzec tamtego Boga dla tego, czy obu w sobie zjednoczyć.

Merunas, dostawszy języka, zawrócił się ku dębowi, a wieść o zbiegach, z ust do ust podawana, napełniła w chwili dolinę. Do uśpionej Baniuty zbiegły się wszystkie kobiety; około Kunigasa ścisnęli się mężczyźni; napastowano pytaniami starego Szwentasa.

— Co wy mnie się pytacie, jakem ja się tu dostał? — mówił parobek, któremu ktoś dla orzeźwienia podał brzozowego soku. — Albo ja sam wiem, jakem ja ich tu cało potrafił przyprowadzić? Czy nas bóg jaki wiódł, czy duchy... a to pewna, że nie mój rozum, ani ich mądrość — dodał, wskazując na Rymosa i Kunigasa. — Płynęliśmy wodą, szliśmy lądem, marli głodem, spali we dnie, chodzili nocą. Wilki nam oczyma w ciemnościach przyświecały... Jajami ptasimi z gniazd i surowymi grzybami karmiliśmy się czasem.

Pomijali nas Krzyżacy, nie widząc, jakbyśmy płaszcz mieli niewidankę... niedźwiedzie torowały nam drogę.

Och! och! któż to opowie? kto to zrozumie?

Tchnął Szwentas, otarł czoło i zaśmiał się.

— Cud się stał... a teraz dajcie biedę wydychać, bo ani dzień, ani dwa, ani dziesięć wlekliśmy się, a no i liczbęśmy stracili. Menes był na pół przecięty, gdyśmy z Malborga się wykradli, a oto znowu miecz słoneczny go rozpłatał... i my dopierośmy tu stanęli...

I Szwentas też, za przykładem Rymosa, obejrzał się tylko, nogi podgiął i na ziemi siadł. Kunigas tylko nie myślał o spoczynku.

Stał milczący, gdy Merunas powrócił, za rękaw go ujął i wskazał ku dębowi, że tam go wzywano.

Jerzy już poczynał iść, gdy stary jego towarzysz, ujrzawszy ruch ten, wstał, mrucząc, i zabrał się z nim razem.

— Beze mnie wy tam, Kunigasiku — rzekł — chyba się nie rozmówicie ze świętymi ludźmi... bo oni was, a wy ich nie zrozumiecie. Powlokę się za wami.

Jerzy szedł śmiało, nic nie odpowiadając.

Kilku Wejdalotów na nich u parkanów czekało... Szwentas, potarłszy czoło, wyprzedził swego Kunigasa.

— Coście za jedni? — zapytał starszy z Wejdalotów.

— Z krzyżackiej niewoli — odparł Szwentas. Wskazał na Jerzego. — Wiecie kto jest? to dzieckiem zabrany Redzie z Pillen chłopak, którego Krzyżacy Niemcem już byli zrobili... Odezwała się krew... ma znamię, grochu ziarno, na szyi... on jest!

Wejdalota ręce podniósł...

— Od dziecka u nich był? — zawołał, marszcząc się — a cóż nam dziś z niego...

Jerzy, dosłyszawszy to, podniósł głowę.

— Zdam się — rzekł krótko a dumnie.

Wejdaloci spojrzeli nań — postawa potwierdzała słowa; głowami poruszyli, na siebie spojrzeli. Szwentas tymczasem rozpowiadał bez ładu o podroży, przerywając powieść swą śmiechem i przekleństwy. To, co mówił, tak było do baśni podobnym, iż słuchający ramionami ruszali... Mówiono im też o Baniucie... a Szwentas się przyznał, że długo służył Niemcom, dopóki mu się, jak powiadał, serce w piersi nie odwróciło...

Nie wiedząc, co począć z tym przybyszem, milczącym a dumnym i wyglądającym im obco, Wejdaloci poprowadzili go do Krewuli.

A Baniuta? Baniuta spała... Sen to był jakby dziecięcia w kolebce, które czuje, że ktoś nad nim czuwać musi. Jedna po drugiej przychodziły baby i dziewczęta licu się jej przypatrywać, potrząsały głowami i szeptały...

Baniuta spała... Czasem się westchnienie wyrwało z piersi i zdało się, jakby już obudzić się miała, lecz sen powracał znowu i noc się roztoczyła dokoła, a dziewczę jak spało, tak spało.

Już wszystkie niewiasty, jedna po drugiej, po raz i po dwa przychodziły się wpatrywać w uśpioną; a jedna tylko stara Jargała, siedząca u ognia niedaleko, choć ją ciągnięto i namawiano, nie chciała się ruszyć i zobaczyć dziewczęcia.

— Nie chcę widzieć — mówiła — po co? A to mi się rozedrze serce... Miałam w tych latach córkę, co mi zginęła... Czy źwierz ją zadrapał, czy Niemcy zabili, żaden wróżbita nie wie... a przepadła jak kamień w wodę.

I nie poszła stara Jargała, tylko, przypomniawszy swoję, zapłakała, podparła się na ręku i zaśpiewała piosnkę, którą dziewczę z wiankiem do mogiły prowadząc, śpiewano...

Dały jej pokój inne...

Siedziała długo; nagle, jakby jej coś do serca zapukało, ruszyła się z ziemi, chciała powstać i usiadła.

„Pójdę? nie? — mówiła w sobie. — Po co? Rozedrze się serce!”

Siedziała znowu i ruszyła się jeszcze... Coś ją gnało i coś wstrzymywało...

Rzuciła się, wstała na nogi, lecz zbrakło jej odwagi. Wtem z dala, z tej ciszy doszło ją westchnienie lekkie... To Baniuta przez sen tak oddychała.

Ogień przygasły rozdmuchał wiaterek i blask padł na uśpioną. Jargała szła ku niej powoli zrazu, potem żywiej coraz; obejrzała się, jakby wstydziła; przybliżyła się; nachyliła; uklękła — siadła.

Oczy starej jakby z powiek wyskoczyć chciały; ręce bezwiednie wyciągnęła, otwarła usta... patrzała... napatrzeć się nie mogła. Oddech żywszy coraz poruszał jej piersi, łzy z oczu płynąć zaczynały.

— A! taką, taką rybką złotą byłaby moja, gdyby żyła! — poczęła jęczeć po cichu — takie miała kosy bursztynowe, takie ustka malinowe... takie czoło śnieżne... Dziecko moje! dziecko moje! — Mówiła z płaczem, tak cicho, tak oddech wstrzymując, że ledwie sama siebie słyszała...

Wtem śpiąca drgnęła; otworzyły się powieki szeroko; ukazała oczy jasne, niebieskie; wlepiła je w staruszkę, patrzała i po ustach biegł uśmiech... Oko w oko tak spoglądały na siebie, chwilę czy godzinę... po starej mrowie przechodziło... Baniuta powiek zamknąć nie mogła...

Na piersiach dziewczęcia oddech koszulkę poruszył i odsłonił na sznurku kolce113, które nosiła ukryte.

Nagle dwa krzyki słyszeć się dały... dziewczę wyciągnęło ręce, stara chwyciła ją w objęcia.

— Baniuta!

I matka padła zemdlona.

Niewiasty, z dala siedzące, zbiegły się przestraszone cucić starą, dziewczę jej wyrwać z rąk zastygłych — ale się trzymały tak, jakby się zrosły...

Baniuta matkę znalazła.

Na wieść tę ruszyło się co żyło; pobudzono uśpionych... dziewczęta się zbiegały; przychodzili dowiadywać się mężczyźni.

— Jargała córkę poznała!!

Nie wierzyli niektórzy, ale Baniuta już poczęła opowiadać, co pamiętała z dzieciństwa... a za każdym jej wyrazem, stara, w ręce plaszcząc, wykrzykiwała:

— Gołąb mój! dziecko moje!

I kolce świadczyło o nim.

Krewe, siedząc pod daszkiem, słuchał opowiadania Szwentasa. Kazał sobie Kunigasowi pokazać znamię grochu na szyi; głową trząsł... nie wierzył.

Jerzy mu na krzyżackiego szpiega patrzał114, a Szwentas na oszukanego głupca.

Po naradzie, stary kazał po cichu wszystkich przybyłych umieścić w szopie koło dębu, dać im jeść i straż postawić. Ściągnięto i rozespanego Rymosa, który, ledwie się tu dowlókłszy, padł i zaczął drzemać znowu.

Jerzy, który mało mówić umiał, nie czuł się tu swobodnym; dziwił się sam, że ta Litwa, do której tęsknił, inaczej mu teraz z bliska się wydawała, niż ją marzył z dala, gdy Rymos o niej opowiadał.

Machinalnie kilka razy się chciał przeżegnać i — strzymał... Trwoga jakaś i smutek ogarniały duszę.

Ludzie, których widział, mieli dlań coś dzikiego w sobie...

Zapadła noc. W dolinie ognie pogasły, na ołtarzu tylko pod dębem płonęło święte ognisko i trzy białe dziewice stały przy nim, podsycając je, na straży jak trzy posągi milczenia...

W zaroślach chór słowików nucił pieśń wiosenną głosów tysiącem...

Jerzy to usypiał na swym posłaniu, to się podnosił i przysłuchywał. Pieśni tych leśnych nigdy dotąd w życiu nie słyszał jeszcze; mówiły one doń językiem, którego nie rozumiał, a duszę jego poruszały...

Miał rozpocząć życie nowe... musiał wszystko stare przekląć i zapomnieć... Jakiś żal niewytłumaczony budził się po nieznośnej, znienawidzonej przeszłości...

Były w niej na czarnym tle całunów jakby złote gwiazdy, jasne słowa życia... i miłości... był urok jakiś w tych postaciach mnichów, których widywał, miłosiernych czasem, pokornych... Uśmiech Szpitalnika Sylwestra nad łożem chorych, jak aureola opromieniał starca.

Tu wszystkie lica były groźne i posępne.

Sen zbiegł mu z powiek; podniósł się, ciążyła głowa, w piersiach było duszno.

Miał odzyskać matkę... Na próżno obrazu jej szukał w pamięci — nie znalazł go... zatarło się wszystko...

Szwentas spał w nogach jego, jak źwierz najedzony i napity; Rymos leżał trupem prawie... Wstał Jerzy... przez szpary w ścianach spostrzegł chodzącą straż. Dalej w mrokach nocy czerwony dym i żółte światło ognia rysowały konary dębu, pień jego, opony szkarłatne, ołtarz i trzy nieruchome Wejdalotki.

Z kolei jedna, to druga, jak przez sen, ruchem nauczonym, wyciągała rękę ku ognisku, rzucała mu pastwę; płomień wybuchał jaśniejszy, dym dobywał się gęstszy; iskry podnosiły się, wirując w powietrzu i gasnąc, lub rozpryskując się. Jerzego ogarniała trwoga.

W szopie mu robiło się duszno; majowego poranka pierwsze brzaski srebrzyły niebo — uchylił wrót nieco i wyszedł powoli...

Na ziemi spali ludzie pokotem; stróże popatrzyli na wychodzącego i nie rzekli mu nic. Wysunął się z szopy, począł błądzić po zagrodzie... Bramy stały zawarte, ujść nie mógł: dozwalano mu krążyć, z dala spozierając na niego... Ciekawość jakaś wiodła go dokoła. Drożyną pomiędzy drzewem i stosem Krywejty szedł dalej, gdy z ciemności bałwan Perkunasa spojrzał na niego.

Brzask dnia oświecał z lekka bezkształtną potworę. Spróchniała miejscami, w półmroku, jakby własną jakąś światłością gorzała.

Kunigas spojrzał i oczu nie mógł oderwać. Poczwarne, nieludzkie oblicze, przybierało w oczach jego wyrazy dziwne, wszystkie groźne, krwi chciwe, okrutne.

W tych wizerunkach zbolałego Boga, które widywał po kościołach, mimo cierpienia była miłość, łaskawość, dobroć jakaś. Był to Bóg winy przebaczający, zamęczony przez ludzi, krwią oblany własną.

Ten, który spod pnia nań spoglądał, zdawał się cudzej, nienasycony, pożądać... nie znał miłosierdzia... Był to bóg ognia, zniszczenia, piorunów...

Kunigas, nie umiejąc wypowiedzieć, czego doznawał na widok Perkunasa, czuł tę różnicę sercem, które się ściskało...

Tam z kazalnic przynajmniej płynęło słowo przebaczenia, łaski miłości; tu... panowała zemsta. Tam kapłani niekiedy mówili, że wszyscy ludzie są lub powinni być braćmi; tu oni byli wszyscy sobie wrogami.

Połyskująca blado we mroku głowa Perkunasa, z szeroko rozdartą paszczęką otwartą, łaknęła ofiar... zdawała się je miażdżyć w swych szczękach i z rozkoszą karmić się nimi.

Kunigas stał, z trwogą wpatrzony w kloc ten straszny, po którym światełka próchna biegały, tworząc poruszenia na obliczu potwory — gdy jeden z czuwających Wejdalotów przybliżył się ku niemu.

Był to młody, urodziwy Konis, znacznego rodu dziecię, któremu wróżono wprędce laskę Krewuli, a może i stolicę Krewego... W oczach jego, rozumnych a ognistych, błyskało życie, podbudzone religijnym zapałem... Wiedział on już o Jerzym i jego losach, a pragnął się od niego samego dowiedzieć czegoś jeszcze. Jak wszystkich napastowanych Litwy obrońców, i jego obchodziły wielce tajemnice tych ludzi zbrojnych, co z zachodu z nową wiarą i orężem szli na kraj jego, zdobywać i wywracać. Jerzy chciał go zbyć ukłonem i milczeniem, oddalając się; lecz Konis go zatrzymał łagodnie.

— Żyliście pono u Niemców, z Niemcami i w ich wierze przez czas długi — rzekł do niego. — Mieliście sposobność im się przypatrzeć. Prawdaż to? silniejsi są od nas ci najeźdźcy?

Kunigas namyślał się chwilę.

— Tak, niestety — rzekł — silni są żelazem, orężem, zbroją, bogactwem, a może i tym, że oni ani żon, ani dzieci, ani rodzin nie mają. Są to kapłani tamtego ich Boga, ale zbrojni i dla podbicia mu wszystkich ziem walczący...

Konis brwi marszczył.

— Cóż to za Bóg ten ich? — zapytał. — Mocny on jest?

Jerzy zadumał się, oczy spuścił. W sercu mu pozostało coś z nauk kapłanów... nie chciał odpowiedzieć jasno, bo trwoga jakaś zabraniała mu bluźnić przeciwko Temu, którego niedawno był wyznawcą.

— Ja niewiele wiem o nim — rzekł. — Jest to rzeczą kapłanów znać Go lepiej. Widać, że siłę ma, kiedy ją im daje. Tyle Mu już krajów zawojowali.

— Ciska i on pioruny? — pytał Konis.

— Nie — odparł Jerzy — mówią o nim ciągle jako o Bogu łaskawości i przebaczenia.

— A nikomu przecież nie przebaczają? — odezwał się Konis, ruszając ramionami. — Musi tam w istocie być tajemnica jakaś, o której nie wiecie.

Tu wskazał na dąb i Perkunasa...

— U nas... nie ma ani miłosierdzia, ani przebaczenia — począł z coraz zwiększającym się zapałem. — Nasz bóg mściwy jest, mścić się i zabijać każe... bo silny. Tej ziemi, której on i my panami, bronić będziemy z jego pomocą, do kropli krwi ostatniej, z okrucieństwem bez litości. Siedzieliśmy tu lat tysiące, naszą była... groby dziadów i ojców po niej rozsiane. Bogowie nam ją dali; kto prawo ma z gniazd nas wypłaszać?...

Śmierć wrogom!! — Podniósł rękę do góry...

Kunigas patrzał i nie odpowiadał. Zaczynało się rozwidniać, a w dalekim obozie poruszać powoli...

Konis, ochłonąwszy trochę, zbliżył się, przypatrując Jerzemu, i badał dalej:

— Powiedz mi, kto ich nauczył kowania żelaza i tych wszystkich sztuk przeklętych, którymi oni nas zwyciężają? Budują, słyszę, grody z kamienia i umieją głazy zmusić, aby się zrastały z sobą? Skąd mają bogactwa?

— Patrzałem na to, co mają i co umieją. — rzekł Jerzy — ale jak do tego doszli? ja nie wiem... Jest ich narodów niezliczonych mnóstwo, wszystkie należą do jednego Boga... to ich silnymi uczyniło...

— Tak — odparł Konis zamyślony — tak, był u nas czas, że jeden Krewe nad całym krajem Letuwy panował; potem rozmnożyli się Krewule i Kunigasowie powstali, i ziemie się porozpadały w szmaty... ale teraźniejszy Wielki Kunigas, Gedymin, znowu weźmie wszystko w dłoń jednę.

Tu czoło mu się zachmurzyło, spojrzał na Jerzego.

— Potwarz na niego rzucają — dodał — że z postrachu tamtemu Bogu niemieckiemu i jego najwyższemu Krewie chce się poddać.. Mówią, że słał posły... że w zakład dał córkę Polakom... Córkę? może... ale on się bogów litewskich nie wyrzecze, bo Litwa jego by się wyrzekła... Nie! nie! Lis to jest chytry... chce zyskać czas, aby się potężniej uzbroił.

Kunigas słuchał, nie rozumiejąc. Konis, rozgrzany, mówił coraz żywiej, nie zważając, czy go słuchający pojmie...

— Prawda! ta obca wiara ciśnie się do nas zewsząd... od Krywiczan, od Russów... Budują sobie świątyńki, przywlekają się ich kapłani... lecz kryć się muszą, bo śmierć by ich spotkała... Obcym bogom my się tu osiedlić nie damy...

Zamilkł i zwrócił się znowu do Jerzego.

— Mówią, że wy jesteście synem Redy? — odezwał się. — Wrócicie do Pillen, na granicę, do waszej ojcowizny? Pamiętajcież bronić jej dzielnie, a nie dać w ręce Niemców.

Spojrzał badająco...

— Na waszym miejscu — dodał — wolałabym innym powierzyć obronę grodu... Nadto długo żyliście z Krzyżakami... nie będziecie mieli takiej jak my siły do walczenia z nimi...

— Dlaczego? — odparł Jerzy, który się poczuł znowu Litwinem. — Albo to, długo w więzach siedząc, do kata, co je włożył, nazwyczaić się można?! Nauczyłem się ich nienawidzić.

Konisowi oczy się zaśmiały.

Głos, jakim w końcu przemówił Jerzy, odezwał się w jego sercu... zaczynał mieć wiarę w przybysza.

— I nauczyć się byliście powinni tych sztuk, które oni umieją. Wiecie, skąd oni oręż biorą? jak go używają? Tym być możecie nam pomocnym.

Około dębu zaczynało się coraz bardziej ożywiać.

Od strony wschodu rumienilo się niebo... słońce za chwilę ukazać się miało. Cały chór Wejdalotów, Burtyników, Wurszajtów, dziewcząt od ognia, ustawiał się koło ołtarza i dębu, aby za chwilę zaśpiewać pieśń poranną, witającą słońce...

Na ołtarzu na nowo podsycony ogień wysoko piął się jasnym płomieniem i słupem dymu... Kunigas przypomniał sobie teraz Baniutę; obejrzał się tęsknie dokoła i, nie wiedząc, co się z nią stało, postanowił natychmiast jej szukać.

Uważał ją za swą narzeczoną; kochał jak siostrę... drżał, myśląc, czy po tej podróży strasznej nie padła, znękana chorobą.

Zobaczywszy niedaleko stojącego Rymosa, pośpieszył pytać o nią; ale młody parobczak wiedział tylko, że ją wczoraj wieczorem na rękach poniosły na spoczynek niewiasty.

Chciał już iść, gdy wśród tej ciszy uroczystej, której od wczoraj nic nie przerwało... nagle zanucili kapłani pieśń na cześć Saułe-Lajmy i Saule-Perkunasa...

Pierwszy to raz, po hymnach kościelnych malborskich, po psalmach pokutnych, usłyszał Jerzy pieśń religijną pogan...

Nie śmieli jej śpiewać pełnymi głosy i piersią całą, bo las by był zatrząsł się i odbiły echa dalekie... popłynęła, jak strumień cichy i spokojny a smutny... Jerzy jej nie rozumiał, ale mu brzmiał czymś tajemniczym, wielkim, dobytym z prochu wieków...

Hymny i psalmy, które on słyszał po kościołach, były dziełami natchnionych ludzi, wieszczów świętych, a ta pieśń nie miała ojca, ani matki. Ojcem jej był lud cały, matką jej były wieki. Rosła, po słowie, po wierszu, przybierając od każdego pokolenia, aby przyszłym być po praojcach i prawiekach spuścizną.

Kunigas nie wiedział o tym, ale coś w duszy mówiło mu, że śpiewu tego nie stworzył człowiek, tylko... lud. W piersi jego poruszał śpiące wspomnienia krwi starej o pradziadach, od których wypłynęła.

Jerzy słów nie chwytał, a śpiew ten do słońca, zdało mu się, że rozumiał...

Zza czarnego muru lasów, zza wałów chmur sinych, w tej chwili właśnie dobyło się Lajma-Saułe i dąb święty stanął cały w złotych promieniach.