Rozdział III

Rio Janeiro. Kłopoty kwaterunkowe. Intronizacja arcybiskupa. Życie uliczne. Doktor uliczny. Spera um poco i Paciença. Ogrody publiczne. Muzeum. Okolice miasta. Ruch handlowy. Nieco historii.

Na potężny ryk „Congo” po niejakim czasie podąża ku nam cała flotylla małych parowców pod żółto-zieloną banderą brazylijską, szalup i łodzi przewoźniczych, odbywają się przepisane prawem wizyty lekarza i policji portowej, gdy tymczasem z wnętrza łodzi i szalup odzywają się wesołe głosy przyjaciół i krewnych pasażerów, oczekujących ukończenia urzędowych formalności, aby na pokład podążyć.

Gwar rozmów z góry i z dołu — włoskich, portugalskich, francuskich, niemieckich; pokład roi się od ludzi — wszyscy odświętnie przybrani, każdemu pilno na ląd stały nogą stąpić. Jednych czekają swoi, dom, rodzina; inni z gorączkową niepewnością patrzą na tę kąpiącą się w słońcu, przecudną panoramę nowego świata, niepewni czy jutro im majątek i powodzenie, czy zawód gorzki, ruinę i śmierć przyniesie.

Po chwili zaroiło się na okrętowej drabinie i barczysta, ogorzała postać p. Hempla ukazała się wśród tłumu.

Przewoźnicy tymczasem czarni i biali oblegają statek, bombardując pasażerów owiniętymi na kształt piłki blaszanymi numerami swoich łódek. Zgodziwszy jakiegoś poważnie wyglądającego Portugalczyka, znosimy ręczne pakunki i uścisnąwszy serdecznie dłoń zacnego komendanta „Congo”, odpłynęliśmy do miasta.

Mamy od statku około pół godziny drogi, którą odbywamy z niejaką obawą, przypływ bowiem się zaczyna, fala jest silna, śmigające koło nas parowce wzmagają jeszcze kołysanie, a łódka jest niewielka, mocno obciążona i co chwila nabiera wody do środka, wywołując popłoch między damami. Nie na próżno wszakże Portugalczycy mają sławę dobrych marynarzy — przybywamy bez szwanku, choć pewne części naszej garderoby są dobrze słoną wodą przemoczone. Przystań w śródmieściu, gdzie łódź nasza do brzegu przybija, jest przedmiotem słusznej dumy Brazylianów: wykuto ją bowiem całkowicie w granitowej skale.

Posiadamy na szczęście w naszym gronie młodego Brazylianina, p. Vergueiro, znającego dobrze miasto i zwyczaje, na samym wstępie bowiem spotkaliśmy nieprzewidzianą trudność — brak hoteli w Rio Janeiro. Wprawdzie sążniste napisy złotymi literami na kilku domach głoszą wyraźnie: „Hotel”, z wyjątkiem wszakże dwóch czy trzech hoteli drugorzędnych, przepełnionych po brzegi z powodu sezonu operowego i sesji parlamentu, pozostałe są hotelami z nazwiska tylko i bardzo często nie posiadają wcale pokojów do wynajęcia: zupełnie inne, a niezbyt moralne miewają przeznaczenie. Obszedłszy sumiennie wszystkie przybytki tego rodzaju w śródmieściu, dochodzimy do wniosku, iż wypadnie nam albo na „Congo” powrócić, albo spędzić noc pod gołym niebem wraz z bagażami. Nasz brazylijski przyjaciel obiecuje jeszcze w dalszych regionach poszukać i naznaczywszy nam na wieczór rendez-vous66 w „Cafe do Globo”, wsiada w przechodzący tramwaj i znika nam sprzed oczu. Rzeczy zdajemy jakiemuś posłańcowi z wózkiem ręcznym, który z flegmatyczną miną, zapaliwszy cygaro, snadź67 przyzwyczajony do podobnych wypadków, oświadczył, iż czekać będzie na placu choćby do jutra; sami zaś, w oczekiwaniu na rezultat poszukiwań naszego przyjaciela, puszczamy się na włóczęgę po mieście.

Zaraz na wstępie obok katedralnego kościoła uderzył nas zgiełk i zbiegowisko wielkie: zgraja łobuzów ciskała pomiędzy zwartą ciżbę ciekawych zapalone szmermele68, oddział wojska w paradzie stał pod bronią, gdzieś grała muzyka wojskowa, a dzwony farnego69 kościoła wydzwaniały rytmicznie rzewną jakąś melodię. Przyzwyczajony już dawniej do tego rodzaju hałaśliwych objawów południowoamerykańskiej wesołości, uspakajam strwożone damy, uciekające do sieni jakiegoś domu. Zwłaszcza mała M-lle70 Zézé, „artystka” od baletu z teatru „Eldorado”, uprawiająca specjalnie pewien modny w Paryżu taniec arabski, jest przekonana najświęciej, iż w chwili naszego wylądowania wybuchła w Rio rewolucja. Tymczasem była to tylko intronizacja nowego arcybiskupa stolicy.

Nie zdarzyło mi się podczas włóczęg moich po świecie nigdzie widzieć min tak napuszystych i pewnych siebie, jak u obywateli Rio Janeiro, chociaż zaprawdę nie wiem, z czego tak bardzo dumnymi być mogą. Ubrani w nieposzlakowanego kroju czarne tużurki i cylindry, z mnóstwem kosztownych pierścionków na palcach, które nawet małe dzieci noszą, brylantami w krawatach i gorsach, na brelokach, spinkach i w ogóle wszędzie, gdzie je przyczepić można, mają miny panów świata, a buta ich nie zna granic. Pewien porucznik od artylerii z miną zupełnie poważną wmawiał we mnie, iż Rio Janeiro jest stolicą świata... coś podobnego do mniemania Chińczyków o sobie.

Kobiety, o których „kreolskiej”71 piękności przesadne mamy w Europie wyobrażenie, nie są ładne, znać w nich zbyt wybitnie silną domieszkę krwi afrykańskiej. Sprawiedliwość nakazuje mi przyznać, iż posiadają wiele wdzięku, piękne, czarne, wilgotne oczy i zalotność niekiedy przekraczającą granice dozwolone w Europie, Węgier nie wyłączając.

Ale otóż nowy tumult: na wielkim, czerwonym wozie, oblepionym reklamami, ciągnionym przez ukrytego prawie zupełnie wśród reklam muła, siedzi jegomość czarno ubrany, przystając na rogach ulic, przy czym pomocnik jego rozrzuca reklamy drukowane wśród publiczności. To „doktor” amerykański, wyrywacz zębów na poczekaniu i handlarz cudownych środków. Szarlatanów tych jest w Rio bez liku, a widać nie brak też łatwowiernych pacjentów, dających się na lep reklamy złapać.

Z placu katedralnego wchodzimy na główną ulicę stolicy, Rua do Ouvidor (ul. Złotnicza). Domy budowane na sposób europejski, wspaniałe wystawy sklepowe, parę małych kawiarń w rodzaju francuskim, nieskończona ilość różnobarwnych chorągwi z anonsami, łuki gazowe72, rzucone przez ulicę, w nocy również reklamami świecące, uliczka nadzwyczaj wąska, pełna niewysychających nigdy kałuż i błota, którym przebiegające co chwila tramwaje obrzucają jasne ineksprymable73 przechodniów, a wśród niej snujące się czarne i żółtawe twarze o afrykańskie rysach, obciśnięte w europejskie garnitury — oto obraz kompletny ulicy Ouvidor.

Co godzina zaglądamy do „Cafe do Globo” w nadziei spotkania naszego Brazylianina — lecz mija godzina po godzinie, złocisty wóz Feba74 schronił się za góry, nawet posłaniec przy rzeczach pozostawiony niecierpliwić się zaczyna, choć Brazylianie cierpliwość mają anielską — a naszego towarzysza ani śladu. Nareszcie około północy zjawia się ledwie żywy ze znużenia, z pomyślną wiadomością, iż na jednym z odleglejszych przedmieść znalazł w pewnym hotelu apartament z trzech pokoi, w którym się wszyscy pomieścić możemy, ponieważ obyczajem amerykańskim nie wynajmują w hotelach pokoi, lecz łóżka i całodzienne utrzymanie. Wdzięczność nasza nie ma granic, każemy się zawieść do hotelu „Des Etrangers”. Mieszkanie okazuje się wcale znośne, w pobliżu morza, z balkonem i widokiem na zatokę i Pao de Azucar. Cena skromna: 7000 reis dziennie od osoby. Razem z damami jest nas sześć osób, mieścimy się tedy w trzech pokojach wygodnie, M-lle Zézé przyjmuje obowiązki gospodyni. Mniej szczęśliwa była młoda para angielska, która poszła szukać mieszkania na własną rękę. Aby nie nocować na dworze, za drogie pieniądze odnajęli na noc pokój jednej z aktorek w „Eldorado”, i to dzięki protekcji towarzyszy podróży z pokładu „Congo” i francuskiej uprzejmości. Mieszkania są tu bajecznie drogie: pokój przyzwoicie umeblowany kosztuje 100 milreisów miesięcznie, a najuboższy wyrobnik niżej 12 milreisów miesięcznie kąta znaleźć nie może. Życie natomiast jest w ogóle tańsze aniżeli w niejednym z pomniejszych miast europejskich.

Nazajutrz wyruszamy na komorę celną po nasze bagaże. Ponieważ dzień był świąteczny i jedynymi interesantami było kilkunastu pasażerów „Congo”, sądziliśmy, iż sprawa niedługo potrwa. Smutne złudzenie! Wśród stosów pak i kufrów przechadzało się flegmatycznie kilkunastu dygnitarzy, na wszelkie prośby nasze odpowiadających stereotypowo: „spera um poco”, „logo”, „paciença” lub „teń tempo” (zaczekaj pan trochę, zaraz, cierpliwości, mamy czas...). I ludzie uważają Anglików za flegmatyczny naród! Niechby zobaczyli, jak daleko sięgać może flegma brazylijskiego urzędnika... Wytrzymano nas w ten sposób sześć godzin, w końcu kazano zapłacić kilkadziesiąt tysięcy reisów cła bez wyszczególnienia oclonych artykułów — por toudo, tj. wprost do kieszeni panów celników. Na dobitek żaden z nich nie mówi inaczej, jak po portugalsku, tak iż z wielką trudnością porozumieć się z nimi przy pomocy znajomości hiszpańskiego języka mogę. Przy opłacie cła zdarzył się zabawny i charakteryzujący stosunki finansowe kraju epizod. Otrzymałem był przy wymianie pieniędzy w Lizbonie dużą złotą monetę brazylijską z portretem Dom Pedra75, lecz bez wyszczególnienia jej nominalnej wartości. W kasie komory Rio Janeiro przyjąć mi jej nie chciano, jako monety zagranicznej. Moneta ta, wartości nominalnej 20 tysięcy reis, rzeczywistej zaś prawie podwójnej, w Brazylii tak jest rzadka, iż znają ją jako curiosum76 tylko wekslarze — w obiegu są wyłącznie papiery, miedź i nikiel. Srebrne talary (2000 reis) równie w świat powędrowały.

Rio Janeiro nie posiada wybitnych gmachów, a piękność jego wewnętrzną stanowią liczne i obszerne ogrody publiczne i prywatne, które przyroda podzwrotnikowa przy pomocy ludzkiej wspaniale przybrała.

Najpiękniejszym z nich jest niewątpliwie słynny ogród botaniczny, położony o 12 kilometrów od środka miasta, u stóp Corcovado, w prześlicznej miejscowości. Całą długość ogrodu przecina wspaniała aleja olbrzymich palm królewskich (Oreodoxa oleracea77). Kępy drzew i bambusów są zapuszczone nieco, co jednak dodaje im jeszcze więcej dzikiego uroku, dając w miniaturze obraz dziewiczych puszcz wnętrza kraju.

Ciekawy zbiór drzew pożytecznych, w całej Brazylii dziko rosnących, posiada ten ogród. Wymienię kilka ważniejszych: palisander zwany jacaranda, parkuri (Platonia insignis) i sukopiraassu (Bowdichia major), o drzewie szarym, pięknie żyłkowanym, drzewo łukowe (Tecoma chrysanta78), z którego twardego jak żelazo i sprężystego rdzenia Indianie leśni wyrabiają swoje łuki; piqui (Caryocar brasiliensis), o rdzeniu jaskrawo żółtym; massaranduba, koloru ciemnoczerwonego, genipapo barwy perłowoszarej, muiracotiara (Centrolabium sp.79), żółte w czarne pręgi, muirapiranga (Mimusops balata), barwy purpurowej, drzewo szyldkretowe, jedwabiste, fiołkowe, żelazne. Dalej cały szereg drzew kauczukowych, wreszcie sagowiec tagua (Phytelephas macrocarpa) znad Amazonki, którego owoce całymi okrętami odchodzą do Europy pod nazwą roślinnej kości słoniowej.

Drugi ogród publiczny, jardim d’Acclamaçao, leży w śródmieściu. Starannie utrzymany, wielkości naszego Ogrodu Saskiego80, posiada w środku artystycznie wykonany konny posąg spiżowy cesarza Dom Pedra I81, twórcy brazylijskiej konstytucji. W jednym z zacisznych ustroni mieści się dalej prześliczna grota stalaktytowa, a wszystkie mostki i bariery w ogrodzie wyrobiono z cementu na wzór całkowitych pni drzew skamieniałych. W zaroślach migają oswojone aguti82 (Dasyprocta americana).

Obok ogrodu mieści się w starej ruderze narodowe muzeum, pozostające pod zarządem dra Władysława Netto83. Muzeum to posiada bogaty zbiór etnograficzny krajowy, dobrze wypchane brazylijskie jaszczurki i węże oraz ładny zbiorek karpologiczny84 — inne działy bądź wcale nie istnieją, bądź też są śmiesznie ubogie. Dyrektor Netto człek gładki i uprzejmy, lecz niemogący mieć pretensji do stanowiska poważnego uczonego, skarży się na brak ludzi, jest wszakże naprawdę bardziej zajęty sprawami tzw. „polityki” aniżeli zarządem powierzonego sobie muzeum.

Najmniejszym, lecz najstaranniej utrzymanym ogrodem miejskim jest Lapa, z tarasem wychodzącym na morze: istne pieścidełko, z palm, mangowców, bambusów i pnących się roślin złożone. W ogródku tym, ulubionym miejscu spacerowym, mieści się restauracja i grywa niekiedy czeska orkiestra wędrowna.

Bardzo uczęszczanym miejscem wycieczek jest góra Corcovado, panująca nad miastem od południa. Jedzie się do podnóża góry tramwajem przez Laranjeiras i przedmieście Cosme Velho. Góra Corcovado (garbus) jest całkowicie porosłą lasem dziewiczym, wysoka około 700 metrów. Sylwetka jej z daleka przypomina skurczoną postać ludzką — skąd nazwa.

Na szczyt góry prowadzi obfitująca w malownicze widoki kolej trybowa. Na szczycie mieści się restauracja i hotel, skąd widok wspaniały na całą zatokę i miasto się odsłania. Piękniejszego krajobrazu i bardziej karkołomnej drogi wyobrazić sobie trudno.

Na północ od stolicy, połączone z nią koleją, mieści się w malowniczej okolicy wśród gór lesistych miasto Petropolis, dawna rezydencja cesarska, dzisiaj służąca już tylko jako miejsce wycieczek i wilegiatury85 podczas letnich upałów.

Okolice Rio Janeiro, dzikie i niedostępne, są bardzo mało zaludnione: tylko na wybrzeżu, w kierunku Cabo Frio, spotyka się kilka osad i liczne fazendy86 kawowe. Kolej łączy stolicę z jednej strony z głównym targowiskiem kawy w Sao Paulo, z drugiej z upadającym coraz bardziej okręgiem górniczym Ouro Preto w prowincji Minas Geraes87, z jej kopalniami złota i diamentów.

Jakkolwiek Rio Janeiro nie jest, jak mniemał wspomniany wyżej Brazylianin, stolicą świata, niemniej jednak należy do najbardziej ożywionych portów handlowych na kuli ziemskiej, a byłby nim niewątpliwie więcej, gdyby nie żółta febra, która podczas skwarnych miesięcy letnich dziesiątkuje pracującą w cuchnących dzielnicach portowych ludność. Obrót handlowy brazylijskiej stolicy dochodzi do miliarda franków rocznie, komora celna pobiera przeciętnie 130 milionów franków na rok, liczba okrętów corocznie zawijających do portu dochodzi do 5000, a samej kawy wychodzi stąd dwa i pół miliona cetnarów metrycznych88.

Na zakończenie rozdziału niniejszego trochę historii. Uroczą zatokę Rio, w języku krajowców zwaną Niterohy (woda ukryta) lub Guanabara (łono morza), odkrył w roku 1501 Gonçalo Coelho89, a uważając ją za ujście rzeki, nadał jej nazwę od daty odkrycia — rzeką styczniową (Rio de Janeiro).

We trzy lata potem dotarł tu również żeglarz francuski Paulmier de Gonneville, a wkrótce prześladowani we Francji hugenoci90 chronić się w te dzikie okolice zaczęli. Duszą tej emigracji był admirał Coligny, znana ofiara nocy św. Bartłomieja91, wykonawcą zaś ówczesny dyplomata francuski, Mikołaj Durand de Villegaignon, jeden z zaufanych dworzan Marii Stuart92. Jesienią 1555 r. Durand założył na jednej z wysepek zatoki fort, który nazwał fortem Coligny, i nosił się z myślą założenia miasta Henriville. Naiwna opowieść niejakiego Hansa Stadena93 z owych czasów jest wymownym dowodem, jak umiejętnie postępował Durand z bitnymi Indianami Tupinambas, zyskawszy ich sympatie, gdy Portugalczycy okrucieństwami swoimi ich śmiertelnie zrazili. Ów Niemiec, złapany przez kacyka Koniam Bebe, dzięki swej jasnej czuprynie uszedł niechybnej śmierci, wydając się Indianom za Francuza. „No proszę — miał powiedzieć wódz czerwonoskórców — niepodobna już dzisiaj zjeść białego! Nikt nie chce być Portugalczykiem. Niedawno temu zjadłem pięciu — wszyscy zaklinali się, że są Francuzami”.

Durand niedługo wszakże tutaj pozostał. Portugalczycy i Holendrzy, którymi dowodził Polak, Krzysztof Arciszewski94, za Jana Kazimierza „przełożony nad armatą koronną”, wyrywali sobie kolejno obiecującą kolonię.

Za Ludwika XIV95 Francuzi ponownie usiłowali zawładnąć Rio Janeiro, zostali wszakże pobici, a dowodzący nimi kapitan Du Clerc zamordowany w więzieniu. Nowa wyprawa pod dowództwem Duguay-Trouina przybyła pomścić śmierć towarzyszy. Francuzi splądrowali miasto i ściągnęli nadto wysoką kontrybucję. Pamiątką z tej wyprawy jest dzwon alarmowy, zawieszony dzisiaj w kościele miasteczka St. Malo we Francji.

Wielka rewolucja francuska znalazła oddźwięk również i w Brazylii, pod postacią sprzysiężenia Tomasza Gonzagi w Minas Geraes, straconego w r. 1792 w Rio Janeiro wraz z jedenastu towarzyszami.

Wśród ogólnej zawieruchy wojen napoleońskich wygnana z Portugalii dynastia orleańska96 schroniła się do Brazylii97, a w 1822 powstało niezależne od Portugalii nowe Cesarstwo Brazylijskie.

Po spokojnych i liberalnych rządach dwóch cesarzów, którym Brazylia cały swój postęp i rozkwit do zawdzięczenia miała, rewolucja wojskowa dnia 15 listopada 1889 proklamowała republikańską federację stanów. We dwa lata później twórca rewolucji, marszałek Deodoro da Fonseca, z kolei przed rewolucją wojskową ustąpić musiał i odtąd zaczyna się zamęt w stosunkach państwowych, który ostatecznie do rozbicia się zbyt rozległej, lecz mało zaludnionej i militarnie słabej federacji na mniejsze republiki doprowadzić kiedyś musi.

Każdy numer gazet otrzymywanych z Brazylii zawiera wiadomości o coraz innej „rewolucji” prowincjonalnej, kończącej się, jak dotychczas, na pertraktacjach jedynie. Z chwilą atoli, gdy żywioł europejski, pragnący ładu i spokoju, górę w tym kraju weźmie, spodziewać się należy poważniejszych objawów niezadowolenia z panującej w młodej republice anarchii i samowoli urzędniczej.

Brazylianów w ich własnym kraju czeka los hiszpańskich hidalgos98 w Kalifornii — znikną pod naciskiem świeżych, zdrowych sił obcych przybyszów99.

Rozdział IV

Polacy w Rio Janeiro. Echa bytności ks. Chełmickiego. Wrogie usposobienie prasy. P. Accioli da Vasconcelos. Odjazd z Rio Janeiro. Santos. Kolonia polska koło Sao Bernardo.

Od lat paru stolica Brazylii posiada Towarzystwo Polskie, mieszczące się w skromnym lokalu na Rua dos Invalidos i mające bardzo ubożuchną czytelnię. Towarzystwo to, pozostające pod zarządem pp. inż. Kwakowskiego i Jana Rybkowskiego, oddało wychodźcom naszym podczas tłumnej emigracji ostatniej nieocenione usługi, opiekując się nimi czynnie zawsze i wszędzie, wynajdując fachowe zajęcie dla rzemieślników, zatrudniając w miarę sił i możności wyrobników przy budowlach i przedsiębiorstwach rządowych, wreszcie odnajmując im po bardzo niskiej cenie mieszkania w specjalnie na cel ten wystawionych barakach. Zasługi p. Rybkowskiego były powodem, iż znane ze swej filantropijnej działalności towarzystwo katolickie św. Rafała mianowało go swoim przedstawicielem w Rio Janeiro.

Wobec faktów powyższych żałować należy, iż pp. Chełmicki i Glinka, wiedzący dobrze o istnieniu już jeżeli nie polskiego towarzystwa, to przynajmniej pp. Rybkowskiego i Kwakowskiego, jak ze wzmianki w książce ks. Chełmickiego (tom I, str. 120) przekonać się można, nie tylko się z nimi nie poznali, lecz najstaranniej unikali z nimi zetknięcia. Gdyby się ks. Ch. pozbył niezrozumiałego w tym razie wstrętu, ochroniłoby to niezawodnie filantropijną misję jego od wielu niepowodzeń, a zwłaszcza od rzeczy smutnej, o której z przykrością wielką wspomnieć tutaj muszę, gdyż wywarła ona bardzo opłakane dla wychodźców skutki i przyczyniła się do tego, że zamiast wdzięczności, głęboką nienawiść do ks. Chełmickiego żywią. Chcę mówić o sposobie, w jaki wybrani zostali kandydaci na powrót bezpłatny do kraju. Że wyboru tego w przeciągu dni paru, w obcym zupełnie mieście, bez stosunków dokonać niepodobna, łatwo to zrozumieć i w tej mierze właśnie zarząd Towarzystwa Polskiego „Zgoda”, znający stosunki osobiste i rodzinne większości emigrantów, zgromadzonych podówczas w Rio, mógł być najbardziej pomocny. Tymczasem stało się to, co się stać było nie powinno, a o czym jestem przekonany, iż sami pp. Glinka i Chełmicki nie wiedzą — a to, że osoba wybrana przez nich na pełnomocnika w celu wyboru najbardziej potrzebujących powrotu emigrantów zawiodła ich zaufanie: po wyjeździe obu podróżników okazało się, iż osoba ta była zwykłym oszustem, który pod firmą ks. Chełmickiego od paru tysięcy emigrantów zaliczki na mające być darmo rozdanymi bilety jazdy wyłudził, a że biletów tych było tylko dwieście kilkadziesiąt — łatwo przewidzieć, co potem wynikło. Oszust zbiegł do Sao Paulo, skąd znikł bez śladu, a setki oszukanych oblegały z groźbami konsulat rosyjski, domagając się odesłania do kraju, skoro za przejazd zaliczki od nich pobrano. Daremnie tłumaczył im zacny p. Alvarez, że są ofiarą oszustwa.

Skończyło się na krwawej interwencji wojska i przymusowym rozproszeniu „buntowników” w zabójczych dla nich prowincjach Minas Geraes, Bahia, Pará etc.

Wieść o „szyfie”100, co ma zabierać do Polski, rozniosła się szybko po kraju, tysiące ludzi rzucało mozolnie zdobytą pracę, która im możność egzystencji, a po kilku miesiącach uzbierania drobnej sumy 90 franków, potrzebnej na powrót do kraju, zapewniała, opuszczając kolonie, plantacje, fabryki.

Nie dość na tym — ci, co oszustowi choć drobnym datkiem opłacić się nie mogli, więc najubożsi, najbardziej powrotu potrzebujący, przede wszystkim wdowy i sieroty po zmarłych na żółtą febrę emigrantach, nie otrzymali biletów powrotnych: jacy ludzie natomiast odjechali, poznamy z faktu, iż zarówno ja sam, jak brat mój, który po odjeździe moim rok cały jeszcze w koloniach Parany przebył, wreszcie p. Stefan Barszczewski, po nas obu zwiedzający Brazylię — spotkaliśmy wielu takich, co ponownie już do Brazylii powrócić zdołali, przywożąc ze sobą rodziny w kraju pozostawione; mieliśmy nadto w ręku listy tejże kategorii wychodźców, proszące znajomych o przysłanie im „szyfkarty” na powrót do Rio Janeiro.

Są wypadki, a do takich należała misja pp. Glinki i Chełmickiego, gdzie lekkomyślność może ciężką krzywdę wyrządzić setkom ludzi, a całą akcję, przedsięwziętą w imię interesów społeczeństwa i za grosz publiczny, całkowicie sparaliżować. Misja p. Dygasińskiego rozbiła się o brak funduszów, a misja ks. Chełmickiego o lekkomyślne i powierzchowne traktowanie sprawy sobie powierzonej.

Nietrudno byłoby p. Chełmickiemu się przekonać, iż artykuł dekretu z dnia 28 czerwca 1890 r., zapewniający powrót na koszt rządowy do Europy wdowom i sierotom po zmarłych w Brazylii emigrantach, istnieje tylko na papierze. W rzeczywistości zaś kobiety i dziewczęta wpadają w ręce Żydków-handlarzy żywym towarem, których tu jest sporo, małoletnie zaś dzieci, nie wyłączając 4-, 5-letniego maleństwa, zostały przez urząd kolonizacyjny oddane do przędzalni bawełny w Rio Grande obok Rio Janeiro, gdzie pracują za strawę i przyodziewek po 11 godzin dziennie.

Niepodobna z dokumentów urzędowych sprawdzić, ilu wychodźców polskich w czasie brazylijskiej gorączki tutaj przybyło. W każdym razie cyfry podawane przez dzienniki nasze były wielce przesadzone. Liczba emigrantów polskich z okresu gorączki brazylijskiej nie przewyższa 80 000, z których wymarło około 15%. 8000–10 000 poszło na plantacje i rozproszyło się po miastach niezdrowego pomorza, będąc prędzej czy później skazanymi na zagładę, o ile im się nie uda powrócić do kraju lub ściągnąć na południe; reszta, około 40 000, osiadła na koloniach w Parana, Sta Catharina i Rio Grande do Sul, skupiając się później coraz bardziej około dawnych kolonii szląskich i galicyjskich w stanie Parana. Wysoka cyfra 80 000, którą podaję jako maksimum, nie wyda się czytelnikowi tak straszna wobec stwierdzonego urzędownie faktu, iż ze wszystkich krajów zamieszkałych przez ludność polską corocznie emigruje za ocean już od lat dwudziestu 40–60 000 ludzi, a wśród ostatniej ruchawki brazylijskiej znajdowali się nie tylko włościanie z Płockiego i Kujaw, ale i Kaszubi, Poznańczycy, Mazurzy pruscy, Szlązacy, Galicjanie, Rusini101, Słowacy, Litwini, wreszcie rzemieślnicy polscy z głębi Rosji i ze Stanów Zjednoczonych. Rozmiary klęski przeto, wobec zmniejszonego jednocześnie ruchu emigracyjnego do Ameryki Północnej i Australii, są znacznie mniejsze, niż zrazu sądzono.

Rozpuszczanym przez „Kurierki” wieściom o gromadnym jakoby wysprzedawaniu się włościan naszych z ziemi odpowiem cyframi sprawozdania urzędowego Komitetu Statystycznego w Warszawie dla guberni łomżyńskiej, iż między emigrantami do Brazylii było:

włościan bezrolnych — 45,9%,

wyrobników (mieszczan) — 39%,

parobków dworskich — 5%,

włościan małorolnych — 10%.

Dlatego też zamiast sentymentalnie lamentować i biadać bezskutecznie nad nieszczęściem wychodźców należałoby raczej przy pomocy konsulatów, Towarzystwa św. Rafała i duchowieństwa roztoczyć nad nimi opiekę w tych ogniskach, dokąd się udają po zarobek, chroniąc ich od wyzysku i oszustwa. Opieki takiej rządy austriacki i niemiecki udzielają stale swoim poddanym, pomimo obowiązkowej ich naturalizacji w Brazylii, a również i p. Piotr Bogdanow, rosyjski charge d’affaires102 dla Brazylii i Argentyny, podczas kilkomiesięcznego pobytu swego w Curitibie103 i nowych koloniach polskich, wiele nadużyć i wyzysku urzędową powagą swoją usunął, wdzięczną po sobie u wychodźców naszych pozostawiwszy pamięć.

Jak dalece przybywający do Rio Janeiro wychodźcy przyjaznej rady potrzebowali i jak łatwo byłoby udzieleniem im takowej przez osobę, do której czuliby zaufanie, np. księdza (konsulatu się boją ze względów paszportowych), ochronić od ciężkiego losu, jaki sobie dobrowolnie przez nieświadomość stosunków i praw sobie przysługujących zgotowali, dowodzi fakt, iż mając sobie pozostawiony do woli wybór miejscowości do osiedlenia, zapisywali się na oślep, tylko podług brzmienia nazwy prowincji lub miasta, najwięcej mając predylekcji104 do nazw noszących imię świętego, zwłaszcza jeżeli święty cieszył się ich poważaniem. Stąd fakt dziwny na pozór, że w pierwszych miesiącach po przybyciu zapisywali się uparcie do Santos i Sta Catharina, uważanych w Brazylii na równi z Syberią u nas, nie tylko nienamawiani przez nikogo, lecz przeciwnie, wbrew wszelkim perswazjom urzędników komisji emigracyjnej i inteligentnych rodaków. Trzeba było dopiero kilku tysięcy ofiar, pochłoniętych przez zabójczy klimat pomorza wśród niebywałych przy tym upałów letnich, aby prąd, owczym pędem się kierujący, odwrócić od złudnych zysków na plantacjach i w miastach portowych ku rolniczym osadom na południu, gdzie warunki bytu i klimat zdrowy od dawna już kolonistów niemieckich zwabiły. Trzeba było morza krwi i łez wylanych na to, aby przybywający z kraju nowi wychodźcy zastawali na ścianach domów emigranckich i statków transportowych, wszędzie, gdziekolwiek pisać się dało, jeden tylko napis niewprawnymi rękami poprzedników swoich wypisany: „do Parana!”. Lakoniczne te napisy zdziałały więcej niż najpiękniejsze obietnice plantatorów kawy i bawełny. Pochodził od swoich, siermiężnych, współcierpiących braci, jemu więc tylko wierzono. Na próżno brazylijscy urzędnicy go wyskrobywali i zamalowywali — jak feniks105 z popiołów, niewiadomą ręką kreślony, pojawiał się napis znowu, jako jedyny drogowskaz. Chłop, którego marzeniem było posiąść kawał ziemi własnej, który dla tej nadziei, nie mogąc jej w kraju ziścić, ocean przepłynął, nie dał się zwieść obietnicom fazendeirów. Krążące wieści hiobowe106 o nieludzkim obchodzeniu się dozorców, o oszustwach przy wypłacie, a zwłaszcza o tym, że tam ziemi nie dają, paraliżowały najświetniejsze obietnice. W diamenty i perły brazylijskie wierzyli tylko naiwni lub próżniacy, łatwych zysków pragnący. Chłop bezrolny, a takich była większość znaczna pomiędzy wychodźcami, tylko ziemi pragnął, wszystko znieść był gotów, lata całe czekać, aby do niej się nareszcie dostać. Wieści też krążyły nieuchwytne, że tam, w tej obiecanej Paranie, są już Polacy, są kościoły i księża polscy.

Jak przedtem nikt do Parany iść nie chciał, tak teraz znowu nawet ci, co tam nic do czynienia nie mieli — rzemieślnicy, wyrobnicy i robotnicy fabryczni — żądali gwałtem odesłania ich do Curitiby, czemu zarząd kolonizacyjny sprzeciwiać się według wyraźnego brzmienia ustawy nie mógł. Każdy statek Lloyda107 odchodzący na południe zabierał więc setki emigrantów polskich do Curitiby. Tymczasem zaś uboga, bezludna niemal prowincja, nierozporządzająca ani dostateczną ilością środków przewozowych, ani pomieszczeniem, ani funduszem odpowiednim do osadzenia w przeciągu kilkumiesięcznego terminu kilkudziesięciu tysięcy ludzi, nieprzygotowana wcale na ten najazd polskich emigrantów, znalazła się w położeniu bez wyjścia. Codziennie niemal przybywały nowe partie, a w przepełnionych po brzegi przytułkach emigranckich wybuchły choroby epidemiczne, z którymi walczyć było niepodobieństwem, zważywszy, iż prowincja, obszarem wyrównywająca Francji, posiada wyraźnie dwóch lekarzy i kilkunastu praktykujących farmaceutów.

Mimo to jednak, choć bieda doskwierała, a stosunki administracyjne nie były lepsze niż w innych stanach brazylijskich, Parana stała się ostatnią stacją w tej tułaczce za chlebem i ziemią, do której powoli ściągają maruderzy, lecz skąd uciekają już tylko rzemieślnicy i wyrobnicy. Chłop został na roli, mozolnie zdobytej, a głównym czynnikiem, który wśród nich z wolna ład i porządek zaprowadza, nie było nic innego, jeno obecność księży polskich i kościołów. Jak potężny jest wpływ księży na lud nasz za oceanem, przekonać się było można, gdy ksiądz Możajewski z Detroit w przejeździe przez Buenos Aires przemówił od ołtarza kilka słów do zgromadzonej garstki brazylijskich rozbitków naszych — taki płacz głośny wybuchł w kościele, że najzawziętszy sceptyk rozczuliłby się do głębi. Świadek tej sceny, p. S. B., opowiada, iż Hiszpanie i Hiszpanki ze zdumieniem spoglądali na to nigdy niewidziane widowisko, a gdy po mszy ksiądz nasz wszedł do zakrystii, przełożony zakonu redemptorystów, w których kościele msza się odbyła, rzekł do niego: „Toć chyba świętym jest ten lud wasz polski! Takiego bowiem przywiązania do wiary nigdyśmy nie widzieli”.

Dokąd zaprowadziła niektórych wychodźców naszych nieświadomość stosunków miejscowych, wymowny przykład pouczy: oto partia złożona z kilkudziesięciu rodzin, pomiędzy którymi znajdował się były urzędnik policyjny, lokaj, stangret, kelner itp., nieco oczytani ludzie, uparła się pomimo rad życzliwych jechać do Manaos nad Amazonkę, gdzie, jak im ktoś mówił, miały być wyborne pastwiska i „bydła, ile kto zechce”. Po roku brat mój spotkał w Rio Janeiro pięciu wynędzniałych biedaków: byli to jedyni pozostali z tej partii przy życiu ludzie. Resztę żółta febra zabrała.

Inne znów partie, pod przywództwem jakiegoś mędrca, który dwie klasy ukończył, postanowiła się udać do Matto Grosso, dokąd z Rio Janeiro podróż parowcem trwa tylko miesiąc i jedynie stanowcze veto administracji brazylijskiej szaleństwa tego nie dopuściło.

Ale wracam do przerwanego wątka mojej opowieści.

Prasa stołeczna, rozdrażniona działalnością naszych poprzedników, a uprzedzona o celu naszego przybycia depeszą ambasady brazylijskiej w Paryżu, gorliwie się nami zajmuje, podejrzewając w każdym nowo przybyłym inteligentnym Polaku nowego emisariusza, wnoszącego bunt i nieład wśród mniej spokojnych elementów emigracji polskiej. Gazety nie szczędzą Polakom obelżywych epitetów, z których „vagabundos e revolucioneiros108 są jeszcze najbardziej parlamentarne.

Jeśli wierzyć ich elukubracjom109, to emigracja polska była dziełem niemądrych agentów, którzy zamiast Niemców na polskiego chłopa wędkę zarzucili. Najczulszą ich struną jest wszakże p. Adolf Dygasiński, którego nazwisko pokutuje codziennie w szpaltach dziennikarskich z dodatkiem najbardziej w ich mniemaniu obelżywego epitetu „judeo” i, o dziwo, zupełnie poprawnie wypisane. Księdza Chełmickiego traktują względniej nieco, choć z równą nienawiścią. Hempel żali się, iż za nim agent komisji emigracyjnej i policjant chodzą od dnia jego przybycia jak cienie nieodstępne, utrudniając mu ile możności swobodną rozmowę z emigrantami i towarzysząc mu nawet stale w wycieczkach na prowincję. Gdyby nie herkulesowa postawa mego przyjaciela, wzbudzająca poszanowanie w tchórzliwych Brazylianach, byliby go niezawodnie sprzątnęli gdzieś cichaczem.

Pragnąc położyć kres temu nieznośnemu szpiegowaniu i szykanom, udałem się do dyrektora departamentu kolonii (das terras e colonisaçao), p. Accioli da Vasconcelos, do którego miałem polecenia urzędowe.

Wysoki, gruby Mulat z czarnym zarostem i pierścionkami na wszystkich palcach przyjął mnie bardzo kwaśno i rozwodzić się począł o krzywdach wyrządzonych rządowi brazylijskiemu przez tendencyjne korespondencje Dygasińskiego i Chełmickiego; wychwalał zacne intencje swego rządu, wreszcie radził mi zaniechać projektowanej podróży do stanu Parana, przedstawiając niebezpieczeństwa i trudy takiej wycieczki oraz ubóstwo tego kraju, w którym jego zdaniem nic do zrobienia nie ma i ludzie z głodu ginąć muszą, bo tam kawa nie rośnie. Kadził mi natomiast udać się do Sao Paulo na fazendy kawowe, o których nawet sceptyczny ksiądz Chełmicki miał przychylną wyrazić opinię.

Wysłuchawszy cierpliwie długiego popisu krasomówczego p. dyrektora, w odpowiedzi zażądałem uwolnienia moich towarzyszy od policyjnej kontroli i upoważnienia do urzędowej rewizji domów emigranckich na prowincji oraz kolonii nowo założonych w stanie Parana, dokąd się od niejakiego czasu, wbrew życzeniu potrzebujących robotnika fazendeirów, wszyscy Polacy tłumnie zapisywali.

Nazajutrz urzędnik z biura p. Vasconcelos przyniósł mi do hotelu list polecający do delegata „das terras e colonisaçao”, p. Carvalho w Curitibie, oraz trzy bilety wolnej jazdy na statku „Desterro”, odpływającym następnego dnia do Paranagua.

Tegoż samego dnia jedno z pism najpoczytniejszych w stolicy, „Gazeta de noticias”, umieściła długi artykuł pod tytułem „Um polaco mais110, z lekka, choć w grzecznej formie przeciwko wyprawie mojej wymierzony, a nieszczędzący ostrych docinków pod adresem korespondentów polskich, zwłaszcza Dygasińskiego, który stał się w Brazylii postacią legendarną i zmorą urzędu kolonizacyjnego.

14 sierpnia jesteśmy na pokładzie wraz z partią 500 emigrantów włoskich i hiszpańskich, wysyłanych do Santos. Przechadzając się po pomoście dostrzegłem naraz kilkanaście postaci, których obecność mnie zdziwiła, w liście bowiem pasażerskiej Polaków nie było — tymczasem zuchowato nasadzone na ucho maciejówki111, konopiaste czupryny dzieci i czerwone chusty dziewcząt nie pozostawiały najmniejszej wątpliwości, iż mam przed sobą „Bryzolianów” znad Wisły. Zaczepiam jakiegoś starca — ten podejrzliwym mierzy mnie okiem i nic nie odpowiada. Zwracam się do jakiejś dziewuchy — ta znów z czysto słowiańskim gestem zakłopotania głowę odwraca. Natrafiam wreszcie na gromadkę Żydów z Warszawy, Kijowa i Odessy, którzy są rozmowniejsi i niezadługo mam rozwiązanie zagadki. Dzwon okrętowy obwieścił godzinę obiadową: emigranci, skupieni gromadkami po pięć osób, wysyłają jednego spomiędzy siebie z blaszaną misą do kuchni. Agent emigracyjny i oficer służbowy pilnują porządku. Narodowości idą po sobie kolejno, a jednocześnie obok oficera służbowego staje odpowiedni tłumacz. Wywołują naprzód Włochów, Hiszpanów, Niemców, wreszcie słyszę wołanie: „Os Ingleses!112. Żydek jeden mrugnął na naszych i do uszu moich doleciało słów kilka po polsku wypowiedzianych: „Kaśka, a dyć spiesz się, bo na nas wołają!”. Żydek jest tuż przy Kaśce i odpowiada za nią łamaną angielszczyzną rudemu Irlandczykowi pełniącemu obowiązki tłumacza; oficer uśmiecha się dobrodusznie, udając, iż wierzy w angielską narodowość tej hożej miss spod Włocławka. Wywołują nazwiska: John Ludlow! James Brown! Katty Price! — „ja” odpowiada ktoś za każdym razem.

Okazało się, iż była to gromadka wychodźców kujawskich, która przybyła do Bremy113 w chwili, gdy na żądanie pp. Chełmickiego i Glinki Lloyd114 przestał Polakom udzielać bezpłatnych biletów jazdy do Brazylii. Żydek impresario wywiedział się zaraz, iż zakaz ten wyłącznie do Polaków i do Lloyda się stosuje — poradził przeto pojechać najprzód do Anglii, a z Liverpoolu, jako Anglików, bez przeszkody do Rio Janeiro ich odstawiono. Z obawy, aby, gdyby się wykryła ich narodowość, nie kazano im za przebytą podróż zapłacić, milczeli uporczywie w naszej obecności i dopiero później, już po wylądowaniu, udało nam się ich zaufanie pozyskać i języki rozwiązać.

Płyniemy w pobliżu brzegów, mając wciąż przed oczami niezmienny krajobraz wysokich, stożkowatych gór granitowych, porosłych gęsto ciernistymi krzakami, z których wynurza się gdzieniegdzie przybrany w girlandy lian bombax lub palma królewska. Z rzadka tylko widnieje wśród zieleni pojedyncza fazenda lub mała wioska rybacka.

Nazajutrz o południu „Desterro” wpływa do głęboko werzniętej pomiędzy kilka cyplów granitowych wąskiej zatoki Santos, mającej wiele podobieństwa z zatoką Rio de Janeiro. Ograniczają ją z obu stron dwa równoległe do siebie pasma górskie, gęstym porosłe lasem, a płaskie, bagniste brzegi pokrywają zarośla ryzoforowe. U wejścia zatoki mijamy bardzo malowniczą, omszoną wiekiem i na wpół rozwaloną forteczkę, zdradzającą architekturą swoją pochodzenie z czasów panowania holenderskiego.

Nigdzie nie widziałem tak wielkiej ilości meduz, co w Santos. Osobliwsze te zwierzątka, mające kształt jarmułek115 z pękiem czułków u spodu, barwy szarej lub różowej, mijają co chwila nasz statek.

Santos jest przystanią stanu Sao Paulo, należącego do najruchliwszych i najbogatszych w Brazylii, posiadającego sieć kolejową 2000 kilometrów długą i wywożącego kawy 116 milionów kilogramów rocznie, tj. blisko 1/3 całej produkcji brazylijskiej. Szkoda tylko, że warunki zdrowotne Santosu są tak opłakane, iż podczas upalnego lata nawet rodowici Brazylianie wytrzymać tu z powodu żółtej febry nie mogą.

Dla osób nieobeznanych z zakulisowymi tajemnicami zamorskiego handlu niezrozumiały będzie szczegół, o którym pisze w podróży swojej po Ameryce Jonin, były poseł rosyjski w Rio Janeiro. Zastał on w porcie Santosu statek finlandzki116 naładowany — deskami sosnowymi! — a jednak rzeczą jest oczywistą, że się z palisandru ani mahoniu nie da zrobić podłogi w domu mieszkalnym, wyrobienie zaś desek z araukarii117, rosnących w głębi kraju, i przewiezienie takowych koleją na pomorze wypada o wiele drożej aniżeli przywiezienie takowych na żaglowcu z Finlandii lub Stanów Zjednoczonych. Dzisiaj, od czasu założenia w górach kilku tartaków przez kolonistów polskich, stosunki się zmieniły w samym Santos, lecz pozostały niezmienne dla wielu innych miast gorącego pomorza brazylijskiego, jak i bezleśnej Argentyny. Przy budowie np. kolei z Paranagua do Curitiby — podkłady sprowadzone aż z Chile — o 20 dni drogi parowcem!

Dalej przywożą tutaj w znacznej ilości mąkę pszenną z Nowego Jorku, jakkolwiek w głębi kraju wielu osadników sieje pszenicę, dającą 30–40 ziarn — lecz brak całkowity młynów i środków transportowych uniemożliwia konkurencję z Europą. Nawet kukurydzę, dającą tutaj 200 ziarn bez żadnej uprawy, miasta portowe sprowadzają z Europy.

Kartofle dowożą się118 tutaj z Hiszpanii, Portugalii i Anglii nawet, a hamburskie cygara tutaj, w ojczyźnie tytoniu wyborowego, olbrzymi mają odbyt119. Wiele przywożą tutaj również z Europy wina, jabłek, gruszek itd.

Ale oto jeszcze jeden fakt dziwaczny, podany przez tegoż p. Jonina: w prowincji Sao Paulo istnieje w miasteczku Ipanema kopalnia bardzo czystej rudy żelaznej oraz jedyny w Brazylii wielki piec do wytapiania surowca, urządzony wzorowo przez rząd brazylijski. Otóż połowę potrzebnej dla pieca rudy sprowadzają z Europy! Bo taniej im wypada.

Jak olbrzymim rynkiem zbytu dla produktów europejskich jest Brazylia, uwydatni dostatecznie okoliczność, iż w r. 1889 np. Francja wywiozła towarów do Rosji zaledwie za 18 000 000 franków, do Brazylii zaś, zaledwie nieco więcej ponad 10 milionów ludności liczącej, za całe 63 000 000 franków. Komentarze są tutaj zbyteczne.

Miasto nie jest wielkie, lecz nadzwyczaj szeroko rozrzucone, a ponieważ oprócz agentów handlowych nikt tutaj stale nie mieszka, nie odznacza się niczym wybitnym. Ulice stosownie do pogody pełne kurzu lub błota, w szachownicę pocięte; niskie domki, żadnego okazalszego gmachu.

W porcie spotykamy kilkunastu emigrantów polskich w bardzo smutnym stanie. Należą oni do kategorii dezerterów z kolonii rolniczych, wyczekujących sposobności powrotu do kraju. Pracują jako tragarze lub pomocnicy murarscy, zarabiając z trudnością na życie, a częste choroby mozolnie zgromadzone oszczędności pochłaniają. Jak we wszystkich miastach portowych jest też tutaj kilkudziesięciu rzemieślników naszych, a zapewne i ktoś z inteligencji, jak mnie zasłyszana z ulicy rzewna nuta polskiej piosenki, przy akompaniamencie fortepianu dźwięcznym sopranem śpiewanej, przekonała. Podczas gorących miesięcy Santos się wyludnia, a kto tylko może przejeżdża do sąsiedniego S. Paulo lub S. Bernardo, położonych w zdrowym górskim klimacie.

Mając parę godzin czasu do rozporządzenia, idziemy zwiedzić schronisko dla emigrantów, umieszczonych w sali miejskiego teatru. Dozorca brutalnie nas odpycha, lecz na widok koperty z pieczęcią ministerialną pokornieje w jednej chwili, zgięty w pałąk zaczyna nas tytułować „Excellenza” i „Vossignoria”, wreszcie sprowadza komisarza, który nas po wszystkich oprowadza zakątkach. W wielkiej sali, nieposiadającej innego umeblowania oprócz mat słomianych rozesłanych na kamiennej posadzce, leży pokotem ze trzystu Włochów, oczekujących wysłania do Sao Paulo. Loże przy pomocy ażurowych przepierzeń przerobiono na małe kajuty dla kobiet i honoratiorów120 przeznaczone. Obok teatru w szopie odkrytej gotują strawę, złożoną jak na okręcie ze świeżego mięsa, ryżu, czarnej fasoli, kawy i pszennego chleba. Zbytnią czystością to nie grzeszy, ale dawane dwa razy dziennie wystarcza w zupełności. Zresztą Włosi nie są tak potulni jak emigranci nasi i o prawa swoje głośno upominać się zwykli. W ogóle zaznaczyć muszę, że nie słyszałem nigdy, aby się emigranci na jadło podczas pobytu na okręcie i w miejskich barakach emigranckich uskarżali — pożywienie dają zdrowe i posilne. Bieda zaczyna się dopiero na dalszej prowincji, gdzie i o nadzór trudniej, i artykuły żywności w niedostatecznej ilości i lichym gatunku przychodzą. Włościanom naszym brakuje wszakże razowego chleba i kartofli, których im ani kawa, ani wino, ani ryż nie zastąpią, a które uchodzą tutaj za artykuły zbytku.

W stolicy stanu Sao Paulo, oddalonej od Santos o kilka godzin jazdy koleją, jest kilkuset rzemieślników i wyrobników polskich, równie jak w Rio Janeiro w przeważnej121 części czasowo dla zarobku przybyłych. Ogniskiem ich jest istniejące od kilku lat towarzystwo dobroczynności (Sociedade Beneficencia Polaca) pod kierunkiem pp. Jabłońskiego i Blocha.

W środku pomiędzy S. Paulo i Santos, w pobliżu stacji Sao Bernardo, leżą dwie osady polskie: Rio Pequeno i Capivari. Oto co pisze o nich p. S. Barszczewski122 w korespondencji swojej do jednego z dzienników galicyjskich:

W Rio Janeiro nikt z naszych nie wiedział o istnieniu tych dwóch placówek polskich, toteż zdziwiłem się bardzo, przybywszy do Sao Paulo, gdym o nich usłyszał. Ma się rozumieć, że postanowiłem je zwiedzić.

Wyjechałem więc z p. Adolfem Blochem, przewodniczącym tutejszego Towarzystwa Polskiego, koleją prowadzącą do Santos. Po półgodzinnej jeździe stanęliśmy na stacji San Bernardo. Ze stacji ruszyliśmy powozem do miasteczka, stamtąd zaś konno do kolonii.

Odległość stacji Sao Bernardo od Sao Paulo wynosi 20 kilometrów, od stacji do miasteczka 6 kilometrów, stamtąd zaś do kolonii 14 km. Obydwie kolonie stykają się ze sobą, od środka jednak Rio Pequenso do środka Capivari liczą przeszło 5 km.

Położenie ich jest piękne. Leżą one wśród gór i lasów dziewiczych na wysokości 750 metrów nad powierzchnią morza. Przeciętna temperatura wynosi +18,80° C.

Powietrze jest zdrowe. Komunikacje znośne. Niewielka stosunkowo odległość od miasta ułatwia zbyt produktów pracy i nabycie artykułów niezbędnych do użytku domowego. Od niedawnego czasu istnieje na kolonii sklep spożywczy, założony przez p. Blocha, przez co koloniści nie są narażeni na stratę czasu i brnięcie, często po kolana w błocie, dla nabycia byle jakiej drobnostki u kupców w Sao Bernardo. Sklep ten i pod tym względem ma wielkie znaczenie, że wyrywa kolonistów z rąk wendzisty (kupca brazylijskiego), dającego na vale (kwitki rządowe za robociznę), zdzierającego niemiłosiernie i będącego zwykle w spółce z dyrektorem kolonii.

Na obu koloniach jest przeszło 120 rodzin polskich.

Główny dochód kolonistów stanowi drzewo budulcowe. Prawie wszyscy zajmują się traczką. Bliżsi drogi prowadzącej do miasta pracują na własny rachunek, dalsi zaś wynajmują się pierwszym dziennie lub pracują od tuzina zerżniętych desek.

Praca tu wre na każdym kroku.

Wśród wielkich wyrębów leśnych wznoszą się chaty z desek lub bali pobudowane, kryte liśćmi palmitów, zupełnie podobne do tych dalekich, naszych, polskich dworków szlachty zaściankowej. Na każdej chacie, na każdym kroku znać piętno ciężkiej, mozolnej pracy, długiej walki o ten kawałek wykarczowanego gruntu, jednocześnie jednak jak uśmiech lepszej doli błyszczą ścieżki starannie ubite i przyozdobione pękami kaktusów, maleńkie ogródki kwiatowe lub bielone ściany chat niektórych, wzorzysto malowane przez domorosłych artystów. Dobrze, gdzie były piła, dłuto i pomoc rąk innych; jak często jednak tylko rąk para i topór las trzebiły, belki rąbały i stawiały chatę od podwalin do szczytu dachu! Rezultat takiej wytrwałej pracy widziałem na kolonii Capivari u kolonisty Niedzielskiego.

Obok każdej chaty zielenią się mniej więcej liczne zagony kapusty, sałaty, buraków, grochu, marchwi, pietruszki i innych warzyw. Pośród pni wypalonych widnieje kukurydza, gdzieniegdzie zaś z ziarnek przypadkowo znalezionych wyrosły pęki jęczmienia lub żyta.

Jakże dziwnie wyglądają te wyniki pracy dwuletniej obok kilkudziesięcioletniej pracy rzadkich kolonistów brazylijskich. Tu chęć działalności, życia; tam ospałość i niedołęstwo. Tu domy mieszkalne z desek, starannie wykończone i ozdobione, tam po prostu chlewy z chrustu i gliny, pełne szpar i dziur, bez najmniejszej oznaki dbałości o jaką taką wygodę. Tu wozy lekkie, o kołach szprychowych, tam ciężkie arby123 z kołami cięższymi od wozu, wyciętymi z jednego kawałka drzewa. I tak bez końca.

Narzekają Brazylianie na naszych, przeklinają wychodźców, zwąc ich „vagabundos e revolucioneiros”, a jednak dzięki im tylko niedostępne przedtem nie tylko dla człowieka, ale nawet dla zwierzęcia miejsca stają się ogniskami życia. Dzięki im tylko nędzne osady, jak Sao Bernardo, Curitiba, Rio Negro i inne, stają się stopniowo miastami pełnymi widoków rozwoju.

Żałują oni sum wydanych na tę emigrację, widząc tysiące nicponiów i żebraków, okradających lub żebrzących po miastach, nie zważają jednak na to, iż ta mała część, która osiadła i pracuje szczerze, wytworzy więcej przez lat dziesiątek, niż dziesięciokrotna liczba Brazylian zdołałaby przez wiek wytworzyć.

Skończywszy z nędzą, zaczynają myśleć koloniści o potrzebach duchowych. Trzeba widzieć i słyszeć, by uwierzyć jak gorąco ich zaspokojenia pragną. Kawał starej gazety polskiej lub książka z powyrywanymi kartkami z rąk do rąk kursują; kilka słów polskich dobitnych, lecz serdecznych i prawdomównych do tego ludu przemówionych — łzy i uniesienie wywołują.

Podczas pobytu mego w Sao Paulo postanowiło tamtejsze Towarzystwo Polskie rozszerzyć swą działalność na kolonie Pio Pequeno i Capivari. Dla omówienia tej sprawy wybrano miasteczko Sao Bernardo. Rannym pociągiem przybyli ze sztandarami członkowie Towarzystwa z Sao Paulo, z kolonii piechotą i konno przywędrowało kilkudziesięciu kolonistów. Ruszono pochodem przez miasto. Wśród konnej eskorty powiewał przodem sztandar Towarzystwa. Trzeba było widzieć, z jaką dumą spoglądały nań te dziesiątki twarzy ogorzałych, z jaką gotowością zapisywali się w poczet członków Towarzystwa i składali pieniądze.