Rozdział V
Odjazd z Santos. Paranagua. Zajście z policją. Wychodźcy. Kolej do Curitiby. W stolicy stanu. Dawne kolonie polskie. Przyroda. Yerba mate.
Po kilkogodzinnym pobycie opuszczamy Santos wieczorem, podziwiając śliczne efekty kolorystyczne zachodu słońca, jakie tylko w tych szerokościach oglądać można: niebo pomarańczowej barwy odcina się jaskrawo od zębatych konturów czarnych, koronką lasów uwieńczonych, gór i zielonej powierzchni wody, mieniącej się fioletowymi blaskami.
16 sierpnia z rana przez cieśninę pomiędzy wyspami porosłymi lasem kokosów wpływamy do obszernej zatoki Bahia da Paranagua, zamkniętej przez wielką deltę pokrytą ryzoforami.
Te ostatnie, znajdując się na południowej granicy swego rozsiedlenia, posiadają wygląd znacznie skromniejszy niż w równikowych okolicach Ameryki. Nie ma tu wysokich pni ze zwisającymi girlandami korzeni powietrznych ani tych prawdziwych koszów z korzeni i konarów, pomiędzy którymi podczas odpływu jeździec z koniem się chowa: zarośla w Paranagua są szarozielonymi krzakami, z daleka przypominającymi naszą wiklinę.
Obszerna, dobrze zasłonięta górami zatoka rozdziela się na dwie odnogi, przy których leżą Paranagua i Antonina, dwa główne miasta portowe prowincji, połączone koleją z wnętrzem kraju.
Przed nami płaskie, lesiste wybrzeże, wśród którego bieleją z rzadka rozsiane schludne domki kolonistów włoskich, kryte czerwoną dachówką.
W oddaleniu paru mil od brzegu piętrzy się wysoki mur granitowy, do 1200 metrów ponad poziom morza wzniesiony: to Serra do Mar124, krawędź wielkiego płaskowyżu, obejmującego całe południe Brazylii aż do granic Paragwaju i Argentyny, gdzie wśród borów sosnowych rozsiadły się szeroko europejskie kolonie rolnicze, wydzierając każdą piędź ziemi dzikiej przyrodzie, Botokudom125 i półdzikim cabocos126 brazylijskim.
Panorama zatoki, okolonej wysokimi, lesistymi górami, bardzo malownicza.
Wsiadamy do łodzi powożonej przez dwóch tęgich Murzynów i po kwadransie jazdy, ominąwszy zakrywającą widok zieloną deltę, stajemy przy jedynym zajeździe, szumnie „Hotel do comercio” nazwanym, utrzymywanym przez Niemkę o portugalskim nazwisku, którą podejrzewam o pochodzenie z Berdyczowa lub Nalewek.
Miasteczko Paranagua, malutkie, opuszczone, składa się z dwóch tylko ulic, równoległych do wybrzeża. Znać na nim lepsze kiedyś czasy — wiele porządniejszych domów i stary kościół jezuicki stoją w gruzach. Wybrzeże, pięknie wybrukowane, zdobi kilka pięknych palm. Snują się po nim tragarze Murzyni i dwukołowe frachtowe wozy, również przez Murzynów powożone. Miasto posiada nadto kawiarnię, stację kolei, „hotel emigrancki”, urząd celny, komisarza policji, kilka domów komisowych, będących zarazem konsulatami Włoch, Francji, Niemiec, Austrii i Danii, oraz nieproporcjonalnie wielką ilość szynków. Prawie w każdym sklepie, bez względu na rodzaj sprzedawanego towaru, handlują także i wódką.
Hotel nasz jest piętrowym budynkiem, złożonym z sali jadalnej i saloniku z balkonem, skąd rozległy widok na zatokę i góry się roztacza. Naokoło salonu, lekkimi tylko przepierzeniami z bambusu oddzielone, mieszczą się małe ciemne, alkowy127 dla pasażerów.
Tuż obok miasta rozścieła się obszerna łąka, na której w przejeździe widzieliśmy roje ptactwa wodnego. Zaledwie tedy zdążyliśmy się umieścić w zajeździe i załatwić formalności celne, gnani żyłką myśliwską pobiegliśmy tam z dubeltówkami, w nadziei upolowania białej czapli, której piękne pióra są tak cenione na pióropusze do kołpaków128. Ptak to jednak nader ostrożny i pomimo iż było ich na łące mnóstwo, wszelkie strategie nasze pozostały bez skutku. Znaleźliśmy natomiast nieco bekasów129 podobnych do naszego dubelta (Gallinago paraguiae), a co znowu mnie specjalnie ucieszyło — pagórek złożony całkowicie z wybornie zachowanych muszel kopalnych z mioceńskiej130 epoki.
Na słonym gruncie ryzoforowego bagna zapadamy się co chwila w nory krabów, których tu są miriady. Zabawnie wyglądają te jaskrawo zabarwione zwierzątka, uciekające bokiem z wielką szybkością do nory za zbliżeniem się człowieka. Udaje mi się jednak sporą kolekcję tych ciekawych raczków, właściwych bagnom słonym, nazbierać.
Kujawscy „Anglicy” rozpuścili już snadź wieść o naszym przybyciu pomiędzy Polonię, gdyż za powrotem do miasta spotykamy gromadki włościan uchylające przed nami czapek z tradycyjnym naszym „Niech będzie pochwalony”. Kilkunastu wyrostków, stojąc po kolana w wodzie, łapie ryby na wędki, a przed zajazdem snują się gromadki ciekawych, spoglądając na balkon naszego mieszkania.
Po obiedzie idziemy do emigrantów. Za schronienie służy im położony obok dworca kolei na wpół rozwalony budynek, wyglądający na dawny klasztor. Na łóżkach z bambusu naprędce skleconych, zasłanych słomianymi matami, w kilku celkach mieści się w ciasnocie straszliwej około czterdziestu rodzin, przeważnie z Płockiego i Kujaw. Wraz z nimi kilkunastu Rusinów galicyjskich. Opodal gromada dziatwy bawi się hałaśliwie pod dozorem grubego Mulata. Dzień był świąteczny, wieczór cichy i pogodny, większość przeto emigrantów odpoczywała na murawie lub zebrani w małe gromadki śpiewali godzinki i litanie.
Lody nieufności prysły łatwo, wielu Płocczan znało Hempla z kraju, inni widzieli go w barakach Pinheiro, gdzie ich odwiedzał. Otoczyli nas wieńcem, rozpytując gdzie i kiedy ziemię dostaną. Żalą się przy tym, że przetrzymawszy ich po kilka miesięcy w Pinheiro, i tutaj każą im jeszcze czekać z nieustannym brazylijskim „paciença”131, namawiając do osiedlenia się w pobliżu Paranaguy, mimo iż wszyscy, gnani instynktem samozachowawczym, żądają uporczywie odesłania do Curitiby, do swoich. Już razu jednego i furmanki zajechały, i wsiadać im kazano, ale ponieważ mówiono im w Pinheiro, że do Curitiby koleją jechać trzeba, poznali zasadzkę i opór stawili, za co „pan »komisarz« okrutecznie się gniewał i cosik po brazylijsku do tłumacza wymyślał”.
Ściemniło się tymczasem i aniśmy się spostrzegli, jak ów tłumacz, zezowaty rudy Szlązak, w asystencji132 dwóch policjantów znalazł się przy nas, w sposób niekoniecznie grzeczny oświadczając nam, iż z emigrantami rozmawiać nie wolno, po czym z tryumfalną miną policjanci poprowadzili nas wszystkich przed oblicze samego komisarza. Nie zastawszy go w domu, odnajdujemy wielkiego dygnitarza w miejscowej kawiarni. Tłumacz coś mu szepnął do ucha i wyniósł się, czekając rezultatu za drzwiami. Policjanci z zadowoloną miną stanęli we drzwiach z bronią u nogi. Zanim wszakże komisarz usta zdążył otworzyć, nic nie mówiąc, położyłem przed nim ministerialną kopertę, której widok od razu wywarł wpływ magiczny. Zamiast zamknąć nas do kozy133 urzędnik z miłym uśmiechem zaproponował nam filiżankę kawy i nieproszony zaczął usprawiedliwiać się z zarzutów, których treść już mu tłumacz był doniósł. „Pragnął tylko dobra tych ludzi: w Curitibie baraki przepełnione, choroby panują, a tutaj w pobliżu jest do rozdania kilkadziesiąt wybornych »lotów«134 w górach, w zdrowej okolicy, gdzie Polakom będzie jak w raju — nawet są już tam niektórzy”. Wreszcie prosił nas, abyśmy namówili emigrantów upartych do wybrania delegatów celem obejrzenia chociażby owych cudów. Oświadczyłem gotowość pośrednictwa, atoli z warunkiem, iż kolonie owe sam najsamprzód obejrzę i sprawdzę dokładność informacji p. komisarza. Na pozór zachwycony, oświadczył, że jutro o świcie stawi się z wierzchowymi końmi dla nas.
Czekaliśmy na próżno dzień cały, wreszcie przed odejściem pociągu do Curitiby dnia następnego wysłałem do komisarza kartkę pożegnalną w dość ostrej formie, której skutek był taki, że w pół godziny potem zjawił się z przeprosinami, wymawiając jakimś błahym powodem. Okazało się później, iż komisarz, nadużywając swojej władzy, chciał koniecznie wepchnąć Polakom kilkanaście „lotów” w okolicy Morretes, będących jego osobistą własnością, a z których dawniej osiedleni koloniści włoscy i hiszpańscy uciekli.
Dekonfitura135 komisarza, tłumacza i policjantów ogromnie nas wywyższa w oczach emigrantów, którzy już teraz otwarcie zwracają się do nas ze skargami na nadużycia administracji i żądaniami swoimi, czując w nas jakichś „starszych” — choć ani tu ani później na koloniach nie mogli w żaden sposób zrozumieć, cośmy za jedni i w jakim pozostawaliśmy stosunku do czapkujących przed nami brazylijskich urzędników. Humory i fantazja poprawiły się, nadeszła bowiem depesza z Curitiby, aby całą partię wysłać dalej, i właśnie specjalny pociąg na dworcu ich oczekiwał. Z górami, których się mieszkańcy mazowieckich nizin z początku okrutnie boją, oswoili się już w przejazdach koleją do Pinheiro i Sao Paulo, a otucha w nich wstępuje na wiadomość, iż w Curitibie zastaną kościół i księdza Polaka.
Z pewnym zadowoleniem uważamy, iż w tej właśnie partii nie ma łotrzyków, szukających pereł i diamentów w obiecanym kraju, lecz wyłącznie bezrolni włościanie, których upragnionym marzeniem jest otrzymanie własnego gruntu. Ci też zawodu nie doznają, sarkają tylko nazbyt długie czekanie bezczynne po barakach emigranckich. Stan zdrowotny w ogóle dobry — tylko jedno dziecko ze złamaną nóżką, najniedorzeczniej przez rodziców leczone, ma febrę. Policjanci odprowadzają zalewającą się łzami matkę chorego dziecka z powrotem do baraku, choć im się przemocą wyrywa. Z trudnością wielką udaje nam się jej wytłumaczyć, że za kilka dni dogoni swoich i że tylko ze względu na dziecko, które by w przepełnionym chorymi szpitalu Curitiby opieki mieć nie mogło, tutaj pozostaje. Szlochając, zgadza się babina z koniecznością, mąż ukradkiem łzy ociera, szturchając ją z lekka w bok: „Cichaj, Magda!”, choć z oczu obojga widać, że uważają się za nieodwołalnie skazanych na śmierć i wieczne rozłączenie z towarzyszami niedoli. Tamci odjeżdżają już do upragnionych gruntów, a oni tu pozostać muszą, kto wie na jak długo... Uspakajamy ich nadzieją, że nazajutrz nowa partia Polaków z Pinheiro przybędzie, gdzie odnajdą znajomych ludzi, i ostrzegamy, aby się od zamiaru nierozdzielania z towarzyszami nie dali żadnymi obietnicami odwieść. Jak tam będzie, nie wiadomo, a w kupie człek zawsze bezpieczniejszy.
Pociąg emigrancki odjeżdża, Maćki czapkami machają — do widzenia w Curitibie!
O jedenastej rano i zwykły pociąg pasażerski do Curitiby jest gotów do drogi.
Lecimy zrazu wśród zupełnie płaskiej, napływowej równiny; bagna naokół, bambusem, mimozą i palmami porosłe; gdzieniegdzie nędzna lepianka brazylijskiego osadnika, sklecona z pni palmity (Euterpe) pionowo ustawionych, a wyglądająca raczej na psią budę niż mieszkanie ludzkie. Gdzie indziej świeci wśród bujnej zieleni czerwony dach włoskiego kolonisty, okolony uprawnymi łanami trzciny cukrowej, bananów, kawy, manioku, ryżu, tytoniu, kukurydzy i warzyw. Są to szczątki nieudanej próby kolonizacyjnej, przed kilku laty przez Compania Metropolitana de Paraná rozpoczętej, która, pochłonąwszy przeszło 6 milionów milreisów, zrobiła kompletne fiasco136.
Mijamy pomorskie miasteczka Antonina i Morretes i naraz pociąg, ciężko sapiąc, zaczyna się szybko wspinać po prostopadłej ścianie do góry, wijąc zygzakiem ponad przepaściami, zakreślając na szalenie pomyślanych wiaduktach i mostach śmiałe łuki i ósemki, ginąc co chwila w tunelach. Prześliczny krajobraz pomorza i zatoki, u stóp naszych się rozścielającej, co chwila ukazuje się oczom naszym i znika zaraz na gwałtownym skręcie lub u wejścia do tunelu, aby znów niezadługo ukazać się na krótką chwilkę.
Roślinność bujna, podzwrotnikowa, pokrywa skały granitowe do szczytów: olbrzymie pnie canela137, imbuya138, fikusów, bombaksów, algarrobów, omszone długimi kosmykami „brody Absalona” (Tillandsia usnoides139), spowite od stóp do szczytów delikatnym, blado zielonym płaszczem pnącego się bambusu (Chuskea140), usiane kępami tillandsji o czerwonym kwieciu i girlandami lian przybrane; na wilgotniejszych miejscach wznoszą się wysokie pnie palmy królewskiej (Oreodoxa), wśród gęstwiny leśnej — cienkie i wysmukłe pnie palmity141. Fantastyczne skały granitowe, gęsto lasem odwiecznym porosłe, szumiące kaskady na dnie parowów, lekka mgła na szczytach górskich.
Wśród uroczego tego krajobrazu pociąg wznosi się coraz wyżej, na przestrzeni 26 kilometrów dosięgając wysokości 680 metrów nad poziomem morza, i znika w wąwozie przecinającym wysoki na 1200 metrów grzbiet Serra do Mar.
Minąwszy to pasmo, spostrzegamy naraz całkowicie odmienny krajobraz: las staje się coraz rzadszym, ukazują się wielkie płaty łąk torfowych ze sterczącymi gdzieniegdzie wśród kęp wysokiej, ostrej trawy (herva cortadera142) palmami, a gaje okoliczne tworzy niemal wyłącznie sosna brazylijska (Araucaria brasiliensis)143 i paprocie drzewiaste. Zamiast wijącej się trzciny pojawia się coraz obficiej zwykły bambus brazylijski (tacuara).
Pociąg leci wśród płasko-falistej okolicy, około 900 metrów nad poziom morza wzniesionej, przypominającej bardzo krajobrazy nasze: sosnowe lasy, rozległe łąki torfowe, gdzieniegdzie pole świeżo zaorane lub zielona ruń młodego żyta, stada bydła pasące się w oddali, białe, drewniane domki kolonistów ze słomianą strzechą, okolone płotem z kolczastego drutu, na sposób argentyński, lub z żerdzi sosnowych — zdradzają że jesteśmy na swojskim gruncie. Osadnikami są istotnie Szlązacy i pruscy Mazurzy, najdawniejsi w tych stronach koloniści.
W cztery i pół godziny po wyjeździe z Paranagua jesteśmy w stolicy stanu — Curitibie, położonej w kotlinie na wysokości około 1000 metrów nad poziomem morza.
Miasto, szeroko rozrzucone, wydaje się znacznie większe, aniżeli jest w istocie, liczy bowiem tylko 15 000 mieszkańców. Posiada wspaniały ratusz, gubernatora, trochę lichego bruku, sejm prowincjonalny, dość ładny kościół, oświetlenie elektryczne, cztery dzienniki i całą siłę zbrojną stanu Paraná, liczącą około 600 ludzi różnej broni, przeważnie Murzynów, rekrutowanych spomiędzy włóczęgów i złodziei najgorszego gatunku; toż samo da się powiedzieć o policji — jedynymi rabusiami, przed którymi w Brazylii całej częstokroć z rewolwerem w ręku bronić się przychodzi, są żołnierze policyjni. W Curitibie pewnego razu obrali oni z gotówki na ulicy własnego policmajstra...
Garstka ta obszarpańców, szumnie zwana „trzema korpusami naszego walecznego wojska” (treis corpos do nosso bravo esercito) odznacza się stosunkami wielce patriarchalnymi i zaiste budującą dyscypliną, której wzorki miałem sposobność oglądać kilkakrotnie. Oto przykład: przed koszarami stolicy w południe przechadza się dwóch Murzynów na warcie, z ciężkimi szabliskami brzęczącymi po bruku, w uniformach angielskiego kroju i żółtych pantoflach. Na krześle usiadł służbowy porucznik z cygarem w ustach. Naraz jeden z wartowników zbliża się do oficera i klepiąc go poufale po ramieniu, prosi o ogień do cygara, drugi tymczasem, chodzący za węgłem, odstawia karabin przy ścianie i leci do szynku naprzeciwko na kieliszeczek „kaszasu”. A cóż dopiero artyleria! Armaty nowiutkie, jak z igły, bez zaprzęgu, ciągnione przez ludzi; dla oszczędności strzela się z nich tylko we święta ślepymi nabojami na wiwat... Wobec równie pokojowego usposobienia „nosso bravo esercito brasileiro”, podczas licznych rewolucji, o jakich telegramy do Europy donoszą, używa jako broni wyłącznie języka, a broń to snadź skuteczna, skoro bez wystrzału usunęli Dom Pedra i z równą łatwością wyprawili niedługo potem twórcę republiki, marszałka Deodoro da Fonseca144. Nie dziwię się teraz, dlaczego Lopezowscy145 Paragwajczycy, zbrojni w liche strzelby, lance, łuki i noże, lecz dzielni i odważni, przez 7 lat skórę „o bravo esercito” trzepali, zanim pod ciężarem dziesięciokrotnie ich siły przewyższającej koalicji polegli na polu chwały. Zdaje mi się, iż łatwiej jest wojować z nimi, aniżeli taką hołotę utrzymać w karbach wojskowej karności.
Przed kilkunastu laty Curitiba była malutką osadą, utrzymującą się z handlu herva mate146. Wzrost swój obecny zawdzięcza pomyślnemu rozwojowi kolonii włoskich i polskich, które się w promieniu sześciomilowym wokoło miasta rozsiadły. Pierwszych osadników narodowości polskiej sprowadził w te strony geometra p. Edmund Zaporski, Szlązak rodem, namówiwszy kilkanaście rodzin Kaszubów i Poznańczyków, osiedlonych w bardzo niedogodnych dla siebie warunkach w niemieckiej kolonii Brusque w stanie Sta Catharina, do przesiedlenia się w zdrowe i odpowiedniejsze dla Polaków pod względem rolniczym okolice sąsiedniego stanu. Pomimo oporu władz niemieckich i brazylijskich udało mu się zamiar przeprowadzić: włościanie, pozostawiwszy żony i dzieci na przeprawie przez Rio Negro, sami pomimo kul za nim i puszczanych wpław uciekli, rozumując iż „baba je zawsze rozumniejsza i da sobie rady”. Baby dały tego dowód i niezadługo dogoniły ich istotnie, a magistrat Curitiby wydzielił każdej rodzinie po 5 morgów147 lasu w pobliżu miasta. Dzisiaj liczba kolonistów polskich, pochodzących wyłącznie z Prus, Szlązka i Galicji, wzrosła stopniowo do 12 000, kolonie pojedyncze liczą 12–15 hektarów, a ceny sprzedażne ziemi urosły w trójnasób.
W dzień targowy Curitiba przedstawia widok swojski: mnóstwo wózków polskich, tzw. u nas wasągów148, konie w krakowskich chomątach, baby w strojach ludowych mazurskich i poznańskich, na targu roi się od granatowych kapot, czerwonych chustek i białych czepców; na ulicach słychać wszędzie mowę polską z akcentem niemieckim — koloniści bowiem tutejsi pochodzą w przeważnej części z Prus Wschodnich i Kaszubów, w mniejszej z Galicji, zwłaszcza z okolic Tarnowa, Jasła i Gorlic. Mają sześciu księży polskich, tyleż zamożnych kościołów, szkółki, bractwa religijne, a w Curitibie Towarzystwo Polskie imienia Kościuszki pod przewodnictwem księdza Andrzeja Dziatkowca i „Gazetę polską w Brazylii”, wydawaną tygodniowo przez p. Karola Szulca, utrzymującego zarazem sklep galanteryjny. Zaprawieni w ciężkiej szkole niemieckiej, wytrwali, pracowici i cierpliwi, koloniści trzymają się twardo, wykupują powoli ziemię od sąsiadów innych narodowości, rugując systematycznie spomiędzy siebie Brazylianów, Włochów i Niemców, przenoszących się dalej w głąb lasów, na nowe poręby.
Do kompletu obrazu brakuje tylko Żydów, których tutaj nie ma zupełnie, a nieliczni „Słowianie mojżeszowego wyznania”, którzy tutaj szczęścia próbowali, dali wkrótce za wygraną. Element kupiecki reprezentują Włosi lub Szlązacy i przeróżni „Wasserpolaki”149.
Trzecią część ludności Curitiby stanowią Niemcy — kupcy, przemysłowcy i rzemieślnicy, zorganizowani silnie w kilka stowarzyszeń i odgrywający już dzisiaj poważną rolę w politycznym życiu kraju, wysyłając pięciu deputowanych do sejmu prowincjonalnego. Zdobycie krzeseł poselskich dla cudzoziemców jest w Brazylii rzeczą arcytrudną wobec niechęci rządu i solidarnej postawy wyborców brazylijskich, głosujących ślepo za rozkazem przywódców partii rządowej, zwłaszcza iż przyzwyczajono się uważać mandat poselski za korzystną synekurę150, diety bowiem są bardzo wysokie, a czynność wielce problematyczna. Tak np. w stanie Sta Catharina diety poselskie wynoszą 15 milr., w Parana 20, w Minas Geraes i Sao Paulo 40, w Rio Janeiro 75 milr. dziennie, a dotychczas tylko w sejmie Parana, dzięki inicjatywie posłów cudzoziemskich, przeszło zastrzeżenie, iż diety wypłacane być mają jedynie za dnie, w których poseł znajdował się na posiedzeniu. Ponieważ zaś kadencja sejmowa trwa około dwóch miesięcy, zrozumiemy łatwo, jak gorąca bywa walka wyborcza. Przy liczebnej swej przewadze, rozporządzając już dzisiaj 2/3 głosów wyborczych, koloniści polscy mogliby zagarnąć rządy w swoje ręce — trzymają się jednak od polityki zupełnie na uboczu, głosując za wskazówkami swoich proboszczów. Przodujące stanowisko swoje w mieście zawdzięczają Niemcy poparciu włościan polskich, skąd fakt oryginalny, iż najgorliwszymi obrońcami interesów polskiej ludności w Paranie są przede wszystkim Niemcy deputowani, kupcy i dziennikarze.
Poczynając od ostatnich domów przedmiejskich, w którymkolwiek kierunku od Curitiby wyruszymy, napotkamy wszędzie rozrzucone bezładnie wśród wzgórz i dolin, łąk, gajów sosnowych i pól uprawnych — schludne domki kolonistów polskich, będących jedynymi dostawcami artykułów spożywczych na potrzeby miasta. Nieliczni koloniści włoscy sadzą wyłącznie wino, Niemcy zaś trudnią się bez wyjątku wszyscy furmaństwem; Brazylianie, znikający coraz bardziej, nic zupełnie nie robią.
Przyrost ludności pod Curitibą wynosi podług ksiąg kościelnych parafii polskiej Thomas Coelho około 5% rocznie, śmiertelność wśród kolonistów bardzo mała, nie przewyższa rocznej cyfry 10 na tysiąc.
Dawni osadnicy w okolicy Curitiby mieli minimalną wartość urzędową otrzymanej od magistratu ziemi spłacać ratami, czego wszakże nie uczynił nikt prawie, w nadziei uwłaszczenia w przyszłości, a suma pierwotnej wartości obciąża jako pożyczka bezprocentowa hipotekę osady, której wartość istotna przez wzrost miasta i pracę wyłożoną zwiększyła się niezmiernie. Przeciętne obdłużenie kolonii kilkunastumorgowej w okolicy Curitiby wynosi 250 milreisów, podczas gdy wartość sprzedażna jednego alquiera (2,5 hektara) ziemi ornej dochodzi do 400 milreisów.
Ze składek powstało stopniowo sześć kościołów, obszernych i obficie w przybory mszalne zaopatrzonych, plebanie porządnie zabudowane i szkółki. W czasie odpustu w której z kolonii bliższych Curitiby można myśleć, że się jest w jakiej podkarpackiej parafii: sukmany i wysokie buty, wózki góralskie i bryczki, zaprzężone w dobre konie w krakowskich chomątach, śpiew polski, nawet obrazy i chorągwie kościelne sprowadzone z kraju, architektura kościoła i plebanii, stawianych przez domorosłych budowniczych, wreszcie krajobraz okolicy, wielce do naszego podobny, sprawiają złudzenie zupełne.
Nazwy polskich kolonii w pobliżu miasta są: Abranchez (kościół), St. Candida (kościół), Gabriella, Lamenha, Pilarzinho, Thomas Coelho (2 kościoły), Orleans (kościół), Mauricio. Parafią Orleans zarządza od lat 20 ksiądz Ludwik Przetarski, w Thomas Coelho, liczącej 8 000 dusz, są dwie parafie rządzone przez ks. Soję i ks. Andrzejewskiego (obaj z Galicji), na kolonii Abranchez i Candida mieszka ks. Dziatkowiec. Szósty ksiądz, J. Peters, wyjechał do dalszej kolonii Rio Negro. Siódmym jest ks. Smołucha w St. Matheo.
Stan obecny kolonistów osiedlonych w okolicy Curitiby nie jest miarodajny dla stosunków emigracji najnowszej z Królestwa, odbywającej się w całkowicie odmiennych warunkach: kolonizację prowadzi teraz rząd, a pomimo bardzo rozumnego i uczciwego w teorii systemu i 100 milionów milreisów wydawanych na cel ten corocznie wołające o pomstę do nieba złodziejstwo i nadużycia brazylijskich urzędników paraliżują w praktyce całe przedsięwzięcie.
Ruch emigracyjny z Królestwa posiadał cechy epidemiczne i jako chorobliwy nie same zdrowe elementa porwał za sobą. Wielu, niestety, było takich, których tylko gorączka złota, podsycana kłamliwymi bajkami agentów, z domu wyciągnęła; wielu ludzi bez żadnego fachu, bez określonego zajęcia: stróżów, gajowych, lokai itp.; blisko połowa wyrobników i robotników fabrycznych. Ciężkie było ich rozczarowanie, gdy zamiast obiecywanych przez agencję Bendaszewskiego i Santosa diamentów i pereł kazano im wybierać pomiędzy karczunkiem dziewiczego lasu lub pracą w plantacjach kawowych pod batem przyzwyczajonych do obchodzenia się z Murzynami dozorców. Blisko 1/6 część wychodźców wymarła w drodze w barakach emigranckich w przeciągu pierwszego półrocza — nie pierwsze to i nie ostatnie z pewnością ofiary molocha151 zwącego się walką o chleb powszedni.
Curitiba w języku guarani152 oznacza „wiele szyszek” — leżała też niegdyś wśród lasów araukariowych, dzisiaj w znacznej części wytrzebionych, a z torfowiska, na którym niedawno temu tonęły konie i woły, a dzisiaj stacja kolei się wznosi, wypływa rzeka Y-guassu153 (wielka woda), jeden z ważniejszych dopływów Parany, stanowiąca w dolnej części swego biegu granicę Brazylii i Argentyny (Missiones)154.
Grunt Curitiby bardzo żyzny: glebę tworzy czerwona ciężka glina, ze zwietrzałego granitu powstała (terra roxa). Kolonie, na porębach leśnych założone, posiadają warstwę czarnoziemu na metr grubą, na stepowych natomiast kawałkach humusu braknie, gleba wymaga starannej uprawy i nawozu, aby dać rezultaty dodatnie. Udaje się dobrze żyto, kartofle, jęczmień i kukurydza, groch, fasola, kapusta; próby siania pszenicy dotychczas nie dały pożądanych rezultatów. Urodzaj przeciętny kukurydzy wynosi 25–40 ziaren, w wyjątkowych latach przewyższa 100; żyto jare krzewi się na świeżych porębach tak silnie, jak ozima pszenica w Sandomierskiem, a wydajność przewyższa znacznie urodzaje podolskie. Wielu kolonistów straciło pierwszy plon wskutek zbyt gęstego siewu — ziarno rozkrzewiło się bujnie, lecz nie wydało kłosu155.
Wybornie udają się również: wino, pomarańcze i inne owoce południowe, a zwłaszcza brzoskwinie, które tutaj zdziczały i rozkrzewiły się tak dalece, iż Brazylianie owocami ich wieprze tuczą. Gałąź ta gospodarstwa, nader korzystna, prawie wcale nie jest dotąd wyzyskana.
Największym przemysłem Curitiby jest przygotowanie na eksport herbaty paragwajskiej (Jlex paraguayensis156), w wielkiej obfitości rosnącej dziko w lasach prowincji.
Gdziekolwiek drzewo to rośnie w większej ilości, Brazylianie zakładają herval, tj. wycinają inne gatunki drzew, dozwalając krzewić się swobodnie pożytecznej roślinie, z której ciągną zyski.
Drzewo niewielkie, o białej korze, posiada liście lancetowate, żółtawozielonej barwy, tworzące bujną koronę u szczytu gładkiego pnia.
Zbiór najlepszy ma miejsce od lutego do sierpnia; najgorszy gatunek daje zbiór wiosenny z października i listopada. Do zbierania liści używają się wyłącznie tzw. cabocos, czyli Metysi półkrwi indyjskiej157. Robotnik, uzbrojony w wielki, krzywy kordelas (facon) włazi na drzewo, obcinając wszystkie mniejsze gałęzie; inni zbierają je w pęki i ciągną do suszarni (sapecaje). Długi, niski mur kamienny odgranicza robotników od szeregu roznieconych ognisk. Półnadzy robotnicy spoza muru przeciągają ponad płomieniem gałęzie mate. Wymaga to wielkiej zręczności, aby liści nie spalić, lecz ususzyć tylko, nadając im odcień żółtawy. Jedno umiejętne pociągnięcie ręki w tym celu wystarcza, a zręczny robotnik w ten sposób wysuszyć jest w stanie 300 kilogramów towaru dziennie.
Podsuszone w sapecaje gałęzie znoszą się potem do otwartej szopy służącej za wędzarnię, gdzie pękami zawiesza się takowe na żerdziach pułapu. Na podłodze pali się ognisko ze smolistych aromatycznych krzewów i drzewa cynamonowego (canela): proces ten nazywa się carrijage.
Gałęzie małe podkrzesują się co lat 5, we trzy dni po ucięciu przechodzą przez sapecaje, a we dwa dni potem wieszają się na 24 godzin w wędzarni carrijage, dbając o to, aby drzewo użyte do wędzenia nie psuło aromatu liści mate.
Po skończonej operacji wędzenia pęki gałęzi układają się na ubitym twardo toku i ubijają cepami, wreszcie pakują do koszów z bambusu, przykrywają liśćmi paproci lub też zaszywają w worki z surowej skóry, włosem na zewnątrz. W tej postaci mate, opakowane w juki po 50 kilogramów wagi, jest gotowe do dalszej ekspedycji. Przewożą je bądź na mułach po 100 kilogramów na zwierzę, bądź wozami frachtowymi, zaprzężonymi w kilkanaście koni lub wołów.
Codziennie liczne bryki krakowskie, powożone przez Niemców rosyjskich znad Wołgi, i karawany mułów jucznych przywożą transporty mate do młynów w Curitibie i okolicy. Tutaj sortują surowy materiał podług barwy na trzy gatunki i każdy z nich oddzielnie przechodzi ponownie przez suszarnię, potem zaś pod szereg pionowych tłoków z bardzo twardego drzewa lub stali, mielących je na delikatną mączkę koloru tabaki i zapachu świeżego siana. Mączka przesiewa się przez przetak, przy czym oddzielają się kawałki drobnych gałązek, zbierane osobno. Do mączki pierwszego gatunku dosypuje się tych gałązek trochę tylko, i to najdrobniejszych, do trzeciego — co najgrubsze okruchy w wielkiej ilości.
Herva (po hiszpańsku yerba) mate pakuje się teraz w beczki lub zaszywa w skórzane juki i wysyła do Montevideo lub Buenos Aires. Yerba z Curitiby przez amatorów tego specjału, o którym pomówimy jeszcze obszerniej w Argentynie, jest wielce ceniona. Wyrób beczek do yerby po półtora milreisa od sztuki jest specjalnością polskich kolonistów z okolicy. Cała beczka mieści w sobie 8 arrobas (120 kilogramów), pół beczki — 4 arroby; 1/4 beczki — 3 arroby158.
Cena produktu surowego na targu w Curitibie wynosi 2 milreisy za arrobę (15 kilo); po przejściu przez engenho, czyli młyn, najlepszy gatunek sprzedają po 5 milreisów za arrobę.
Parana eksportuje hervy najwięcej, bo około 25 000 000 kilogramów rocznie wartości 7–8 000 000 franków. Użytek jej wewnątrz kraju bardzo mały, zmniejsza się z dniem każdym, ustępując krajowej herbacie z Sao Paulo i kawie: jedynym odbiorcą są kraje La Platy159.