Rozdział VI

Emigranci. Niemcy w Curitibie. Zajście w klubie i serenada. Brazylianie i tzw. „polityka”. Liga Ordem e Progresso. P. Carvalho. Odjazd do Palmeiras. Dyliżans brazylijski. Campo Largo. Step brazylijski. San Luis. Palmeiras.

W trzech przytułkach emigranckich Curitiby mieści się w chwili bytności naszej około 2000 wychodźców, prawie wyłącznie Polaków, razem z garstką Włochów, Irlandczyków i Niemców. Ciasnota pomieszczeń przechodzi wszelkie granice, zwłaszcza w „hotelu” nr 3, przeniesionym tutaj z kolonii Thomas Coelho po zalaniu znajdującego się tamże baraku przez powódź. Mamy nerwy już dość zahartowane widokiem ludzkiej biedy, ale czegoś podobnego dotychczas widzieć się nam nie zdarzyło. W zaledwie zbudowanym, niewykończonym budynku, bez drzwi i okien, mogącym pomieścić co najwyżej 250 osób, wtłoczono ich blisko tysiąc, podzieliwszy wnętrze rusztowaniem drewnianym na dwa piętra, gdzie każdej rodzinie wyznaczono cuchnący barłóg, kilka metrów kwadratowych powierzchni mający. Natłoczone to wszystko gorzej aniżeli pod pokładem emigranckiego statku, choć w podobny mniej więcej sposób. W zaduchu i ścisku wybuchł tyfus plamisty160, a umarli, umierający i zdrowi leżą na tym samym barłogu, bez żadnej pomocy znikąd — jedyny bowiem lekarz, Niemiec Meyer, mający powierzony sobie dozór szpitala miejskiego i emigranckich baraków, nie jest w stanie spełniać sumiennie swoich obowiązków, w administracji lekarstw zabrakło, a przeznaczone dla chorych na rosół kury i wino spożywa smacznie z pomocnikami swymi Mulat dozorca Gabriel — szubienicznik, który pomimo ciągłych zażaleń na krzyczące bezprawia przezeń popełniane został usunięty z zajmowanej posady zaledwie w rok po mojej bytności, gdy chwilowo zarząd imigracji dostał się w ręce p. Zaporskiego. Z zapowietrzonego „hotelu” Gabriela codziennie kilka trumien wynoszono... Sprawiedliwość każe przyznać, iż w dwóch innych przytułkach zrobiono co było można, aby złemu zaradzić i wynajęto wreszcie dom prywatny dla pomieszczenia chorych, których procent był znaczny. Grasują najbardziej tyfus brzuszny161, dyzenteria162, szkorbut163 i influenza164, a to bynajmniej nie z winy klimatu, który jest zdrowy, jak dowodzi nadzwyczaj mała śmiertelność i szybki przyrost ludności polskiej w okolicy miasta.

Parę razy na tydzień odjeżdżają wozami partie w głąb lasów, do kolonii w Rio Negro, S. Barbara i S. Matheo, luki jednak pozostałe zapełniają natychmiast nowi przybysze z Pinheiro, gdzie jeszcze około 2000 wychodźców polskich na wysłanie do Curitiby oczekiwało. Dopiero w końcu września ruch ten ustał, gdy ostatnią partię stamtąd wysłano.

Owe Pinheiro, o którym opowiadają wszyscy wychodźcy, jest pierwszą ich stacją na lądzie stałym, położoną w odległości paru godzin koleją od Rio Janeiro w dawnej rezydencji cesarskiej, przerobionej na obszerne i wzorowo urządzone baraki, dokąd emigrantów z północnych krajów, przeznaczonych na kolonie, wprost ze statków przewożą. Włosi natomiast i Hiszpanie, mniej na upały wrażliwi, wylądowują na smutnej pamięci Wyspie Kwiatowej (Ilha das Flores)165, gdzie dawne więzienie przywożonych na targ do Rio niewolników przebudowano na „hotel emigrancki” pierwszorzędny i, jako będący na oku władz wyższych i konsulatów, równie jak Pinheiro wzorowo urządzony. Wielu emigrantów oczekiwało w Pinheiro od 6–8 miesięcy bezczynnie, utrzymywani kosztem rządowym, a w razie choroby leczeni bezpłatnie w szpitalu „Misericordia” w Rio Janeiro.

Długi ten pobyt w hotelach emigranckich, dobry wikt, próżniactwo i wspólne pomieszczenie obu płci pod jednym dachem jest najujemniejszą stroną całej gospodarki kolonizacyjnej, demoralizując, rozpróżniaczając i rozpajając emigranta, który też zwykle w okresie tym pozbywa się całej gotówki, jaką z kraju przywiózł, i pozostaje odtąd na zupełnej łasce administracji, w miarę oddalenia się od stolicy coraz więcej popełniającej nadużyć, pewną będąc zupełnej bezkarności.

Polaków w samym mieście osiadłych jest tutaj mała tylko garstka; gdzieniegdzie widnieją szyldy polskie: „Bazar hamburski”, „Karczma polska”, „Skład kiełbas” itp. Towarzystwo imienia Kościuszki mieści się w jednym pokoiku obok sklepu wiktuałów p. Fliżykowskiego.

Lokal, przybrany w chorągiewki narodowe, kilka oleodruków i sztychów ze znanych obrazów naszych, mieści biblioteczkę nadzwyczaj ubogą — dar p. Zaporskiego — i jeszcze uboższą czytelnię, służąc za miejsce dwutygodniowych zebrań na pogawędkę przy kuflu piwa.

Prezesem był podówczas p. Karol Szulc, sekretarzem p. Ignacy Waberski, dyrektor małego browaru pod miastem. Usiłowaliśmy wpływem naszym i gorącym słowem wlać trochę życia w to anemiczne towarzystwo i udało nam się to o tyle, żeśmy zdołali pozyskać udział w takowym paru młodszych księży z okolicznych parafii, mogących mu nadać odmienny nieco i poważniejszy kierunek. Dzisiaj przewodniczącym towarzystwa jest ks. Andrzej Dziatkowiec z parafii Abranchez, a liczba członków zwiększyła się podobno znacznie.

Z inteligencji wymienić mogę jeszcze p. Aleksego Waberskiego z Poznania, majstra rzeźniczego, p. Adama Stachowskiego z Kijowa, utrzymującego zajazd dla furmanów, p. Bodziaka, kupca, i kilku inteligentnych rzemieślników warszawskich.

Wspomniałem już, iż przodujące stanowisko w mieście zajmują Niemcy. Pomiędzy innymi odznaczają się dwaj ludzie, będący szczerymi przyjaciółmi i opiekunami naszego ludu. Są to pp. Antoni Schneider, redaktor pisma „Der Beobachter”, i Bertold Adam, deputowany do sejmu prowincjonalnego, prezes międzynarodowej ligi Ordem e Progresso, Poznańczyk, z Polką ożeniony i dobrze władający językiem naszym.

Niemcy, jak zwykle skorzy do zakładania stowarzyszeń, mają ich tutaj bezliku, najważniejszymi są „Sängerbund” i „Thalia”, do których zostajemy wprowadzeni przez uprzejmego Schneidra, doznawszy nader serdecznego przyjęcia. Widać jednak, że są wszędzie Niemcy a Niemcy i że „jak świat światem”166 etc., gdyż zaraz na wstępie jakiś tęgo urżnięty jasnowłosy syn Germanii167, antagonista Schneidra i redaktor prusofilskiego, anemicznego zresztą, organu „Post”, zrobił nam burdę, po której, jakkolwiek go zaraz wyrzucono za drzwi, uważaliśmy za stosowne powrócić do hotelu.

Zaledwieśmy jednak zgasili światło, gdy pod balkonem naszym ozwały się surmy168 i piszczałki: to zarząd „Thalii”, chcąc powetować wyrządzoną nam obrazę, wysłał swoją orkiestrę, aby nam zagrała na dobranoc serenadę. Nazajutrz cały wydział klubu zjawił się osobiście u nas, przepraszając za zachowanie się swego członka, którego doraźną uchwałą na zawsze z klubu wykreślono... Zapiliśmy sprawę kuflem wybornego piwa monachijskiego i nadal pozostaliśmy dobrymi przyjaciółmi, co tym łatwiej nam przyszło, iż Prusaków, do których wstręt czuję wrodzony, nie ma tutaj prawie wcale, są natomiast „gemüthliche169 Bawarzy, Austriacy i Czesi.

Wbrew temu, co by z daleka sądzić było można, Brazylianie w Curitibie znajdują się w ogromnej mniejszości. Z wyjątkiem kilkudziesięciu kupców są to wyłącznie urzędnicy i wojskowi. Zabawnie miał wyglądać uroczysty pochód z powodu otwarcia pierwszego sejmu prowincjonalnego w Curitibie, w którym Brazylianów wcale nie było, a republikę reprezentowało dziewczę w krakowskim stroju z brazylijską chorągwią, w asystencji konnej banderii Krakusów z kolonii Orleans i Abranchez, a wyborców — przeróżne stowarzyszenia niemieckie, francuskie, włoskie, a nawet szwedzkie i angielskie; tylko Brazylianie w tym uroczystym akcie świecili nieobecnością, wszyscy bowiem należą do sfer urzędowych, otaczających gubernatora.

Ustrój federacyjny nowej republiki pozostawia pojedynczym prowincjom w zasadzie zupełną autonomię, z której wszakże dotychczas Parana nie robi żadnego użytku, pozwalając się obdzierać bez kontroli przez gromadę przysłanych z Rio Janeiro urzędników, zgodnych zupełnie w chwilach wystąpienia przeciwko naturalizowanym cudzoziemcom, lecz walczących zawzięcie pomiędzy sobą o władzę i kokietujących z osobna z wyborcami. Za mojej bytności gubernatorem był niejaki Generoso, należący do stronnictwa liberalnego, czyli monarchicznego, a wspierał go pomiędzy innymi wpływem swoim najstarszy kapłan polski z parafii Orleans, ks. Ludwik Przetarski, Kaszuba z pochodzenia. W kilka miesięcy później partia republikańska, czyli konserwatywna przyszła do władzy. W samej rzeczy natomiast walka najpoważniejsza toczy się pomiędzy Brazylianami obu odcieni z jednej strony, a wzrastającą coraz bardziej w siłę i znaczenie ligą cudzoziemców Ordem e Progresso z drugiej, hasłem zaś tej ostatniej jest zagarnąć władzę całkowicie w swoje ręce i przestrzegać ściśle autonomii prowincjonalnej. Wielu Brazylianów z wnętrza kraju popiera również usiłowania cudzoziemskiej ligi. Polacy, nieposiadający pośród siebie prawie wcale inteligencji, popierają ligę głosami swymi, sami wszakże bardzo podrzędną w niej odgrywają rolę, pierwsze skrzypce odstępując Niemcom — stąd czułość dla nich tych ostatnich.

Przed odjazdem w głąb kraju złożyłem wizytę dyrektorowi kolonizacji, p. Carvalho. Człowiek to młody, gładki i cieszący się powszechną sympatią w mieście. Uprzedzony już przez swoich przełożonych w Rio Janeiro o bytności mojej, udzielił mi wszelkich żądanych informacji i zaopatrzył w urzędowe polecenie do podwładnych sobie szefów kolonii, upoważniające mnie do zajrzenia nawet do ksiąg i rachunków komisji kolonizacyjnej, gdybym sobie tego życzył.

27 sierpnia opuszczamy Curitibę, udając się o kilka dni drogi w głąb kraju celem zwiedzenia nowo powstających kolonii polskich nad rzeką Y-guassu, którymi zarządzał podówczas p. Edmund Zaporski.

Wehikuł, którym jechać mamy, zwany pompatycznie dyliżansem, nie wzbudza zaufania: niskie pudło na resorach, niemiłosiernie podrzucających do góry, przykryte na kształt karawanu ceratowym baldachimem na żelaznych słupkach. Pół pudła zajmują pakunki i poczta, druga połowa z trudnością może pomieścić nas trzech, Niemca aptekarza, jadącego do Sao Matheo, i milczącego Brazylianina, zdaje się, sędziego śledczego czy prokuratora z Palmeiras. Sześć niemiłosiernie wychudzonych szkapiąt pocztowych, zaprzężonych we dwie trójki, i woźnica Niemiec owinięty w wielki błękitny szal włóczkowy, w żółtych pantoflach na bosych nogach, dopełniają obrazu.

Przechylając się raz na jedną, raz na drugą stronę i gubiąc co parę mil pakiety pocztowe, w nadziei zapewne, że je uczciwy znalazca do najbliższej stacji odwiezie, wyjeżdżamy po szosie na zachód, wśród pól uprawnych i winnic kolonistów. Okolica falista, bardzo wolno ku zachodowi się zniża. Flora mało urozmaicona: oprócz gajów araukariowych liczne aroery (Erythrina sp.) i draceny, trochę kaktusów i agawy, oraz kępy twardej, krającej herva cortadera.

Fauna okolic Curitiby również bardzo uboga. Ptastwo leśne od gwaru ludzkiego uciekło dalej, a oprócz amerykańskiego czubatego wróbla (Zonotrichia pileata)170 i czarnych, wielkich jak indyki sępów urubu (Cathartes atratus)171, które setkami obsiadły jatki miejskie i czujnie wietrzą każdą padlinę, bardzo mało się spotyka braci skrzydlatej. Zaledwie z rzadka mignie w gąszczu bambusów rudobrzuchy drozd (Turdus rufiventris) lub dzięcioł czy pełzacz172 w suchą sosnę zapuka. W nocy i we dnie hałaśliwą muzykę wyprawiają piewiki173 (cicada) i żaby, naśladujące do złudzenia głos płaczącego dziecka. Owadów również bardzo mało: zresztą nic dziwnego, bo tu jeszcze zima. Czasem pofrunie motyl barwisty, a w kurzu przydrożnym jak drogie kamienie świecą wspaniałe nosorożce (Phanaeus)174.

Na obiad stajemy w miasteczku Campo Largo, położonym na bezleśnym kawałku stepu, 850 metrów nad poziomem morza. Miasto, złożone z wielkiego czworokątnego placu i dwóch ulic, liczy kilkuset mieszkańców i prowadzi handel mate. Ludność mieszana. Włoch jakiś utrzymuje tu wcale porządną oberżę dla przejezdnych, w której — tak jak u nas widoki z palmami i piramidami — wiszą na ścianie same zimowe krajobrazy dalekiej północy: nie brak nawet odwrotu Napoleona z Rosji i „trójki” napadniętej przez wilki. Kilka godzin czekać musimy tutaj na reperację złamanej osi dyliżansu, przy czym wysłuchujemy przeróżnych uwag o sobie, jakie z rozmowy oberżysty i milczącego Brazylianina nas dolatują. Ponieważ mówimy ze sobą po polsku, a z aptekarzem po niemiecku, z kombinacji tych dźwięków towarzysz nasz doszedł do wniosku, iż jesteśmy Szwedami. Nie wyprowadzamy go w tej mierze z błędu.

Oś wreszcie naprawiona, jakiś poczciwy caboco przywiózł pogubioną po drodze pocztę i ruszamy dalej. Milę jeszcze ciągną się kolonie włoskie, w znacznej części opuszczone, otoczone ogródkami pomarańcz i ameizas175 (rodzaj żółtych śliwek z kilkoma pestkami wewnątrz). Co trzeci przynajmniej domek włoski jest karczmą lub sklepikiem.

Przebywamy po lichym mostku jakiś strumień na wysokości 780 metrów nad p.m. i przejechawszy herval, ze smutnie wyglądającymi, ogołoconymi całkowicie z gałęzi pniami mate, zaczynamy nagle piąć się pod górę, wchodząc w głęboki, leśny wąwóz, dobrze zasłonięty od wiatrów i porosły bujną podzwrotnikową roślinnością, wśród której araukarie prawie znikły, natomiast najwięcej widać pni cedrowych (Cedrela sp.), dających drzewo podobne do mahoniu, oraz paprocie drzewiaste i gąszcze bambusowe.

Zielone papużki (Conurus brasiliensis176) przelatują z wrzaskiem nad naszymi głowami; gdzieś w głębi parowu, spłoszone zapewne przez jakiegoś drapieżnika, stado wyjców podniosło naraz piekielną wrzawę. Po kwadransie hałasu wszystko ucichło. Tylko słychać monotonny klekot blaszanych dzwonków naszych koni, z trudnością wlokących ciężki wehikuł pod stromą górę. Droga okrąża parów, powoli dosięgając jego szczytu. Wszędzie widnieje czerwony, zwietrzały zupełnie gnejs177 z warstwami białej glinki porcelanowej.

W górze naraz zupełna zmiana dekoracji: na pogiętych falisto pokładach gnejsu leży pozioma warstwa płytowego piaskowca czerwonawej lub białawej barwy, tworzącego odtąd stale podglebie całej okolicy.

U szczytu parowu barometr wskazuje wysokość 1240 metrów nad poziomem morza. Odtąd wkraczamy w region stepu brazylijskiego, czyli campu, którego grunt jałowy nadaje się jedynie do hodowli bydła, a i tego zbyt wiele nie widać.

Przez rozpadlinę w skale widnieje u stóp naszych o 500 metrów niżej położona równina Campo Largo, wznosząca się z wolna ku Curitibie, usiana kępami gajów sosnowych, kwadratami pól uprawnych i mnóstwem rozrzuconych bezładnie wśród zieleni domków kolonistów. Na widnokręgu piętrzą się ostre kontury Serra do Mar. Ku zachodowi druga równina wysoka, lekko falista, skąpą, wyschłą, pożółkłą trawą porosła. W dołkach gdzieniegdzie ciemne punkciki gajów araukariowych; co krok czarne smugi świeżo wypalonego stepu; atmosfera duszna od wznoszących się zewsząd pożarów stepowych. Przed nami, za nami, na prawo i lewo wznoszą się pod obłoki słupy czarnego dymu i suną szybko po suchym stepie ogniste smugi pożaru. Jest to tutejszy system użyźniania stepu. Istotnie też po pierwszym deszczu na czarnych, zwęglonych smugach szybko soczysta, zielona trawa porasta, a ślady węgla i popiołu znikają nadzwyczaj prędko. Tylko liczne stożkowate mrowiska wypalone na czerwono i nagie skały okopcone dymem świadczą wówczas o niedawnych pożarach stepu.

Gdzieniegdzie czysty jak kryształ strumyk górski spada w szumiących kaskadach po skalistych progach; od czasu do czasu samotna karczma (venda) na nagim stepie. Na drodze ruch ożywiony: mijają nas karawany ładownych mułów i wielkie bryki frachtowe w 8–12 koni zaprzężone, wyładowane hervą mate. Z rzadka minie nas spode łba patrzący półdziki caboco, brazylijski skwater178, na tęgim mule, z ponchem179 zwieszonym z ramienia, arkanem180 u siodła bogato srebrem przyozdobionego i bosymi nogami w srebrnych, masywnych strzemionach, tak małych, że tylko jeden palec wsadzić w nie można. Nieodstępnie mu towarzyszy kilka psów doskonale wytresowanych do zaganiania bydła. Pomimo dzikiej powierzchowności, olbrzymiego noża i pistoletów dwururnych za pasem są to ludzie w ogóle łagodni i uprzejmi, posiadający tylko jedną kardynalną wadę, wspólną wszystkim Brazylianom, to jest nieprzezwyciężony wstręt do wszelkiej pracy obok nałogu do gry i namiętnego zamiłowania do picia mate. Ludzie ci na „kampie” są jeszcze u siebie, lecz w lasach graniczących z koloniami rolniczymi zmuszeni są ustępować miejsca europejskim przybyszom, jak dzicy przed cywilizacją; na koloniach im za ciasno: mniejszej posiadłości nad kilka mil kwadratowych nie rozumieją, a rolnictwo jest dla nich czymś zupełnie niepojętym. Czystych typów europejskich mało się pośród nich spotyka, są to przeważnie Metysi rasy białej, czarnej i czerwonej w przeróżnym stopniu.

Fauna kampu dość bogata. Uderza przede wszystkim wielka liczba drapieżników skrzydlatych. Nadzwyczaj pospolitą jest pustułka (Tinnunculus sparverius), dalej dwa gatunki długonogich sępów (Polyborus brasiliensis i P. tharus)181, spacerujących po drogach o trzy kroki od dyliżansu. Mała sówka (Athene cunicularia) równie jest pospolita. Wszystkie te ptaki żywią się myszami, żabami itp. Na nagich skałach czerwonego piaskowca nierzadko widzieć można sylwetkę siwego ibisa (Theristicus melanops182), którego głos donośny ciągle słyszeć się daje, a niepodobna ocenić odległości, skąd pochodzi. Na wysokich trawach spotkać można niekiedy oryginalnego dzięcioła z czarną głową, czerwonym czubem, żółtym spodem i żółtawym, czarno nakrapianym grzbietem (Colaptes agricola183), niesiadającego na drzewach, lecz na krzakach stepowych i nigdy nienapotykanego w lesie; kilka muchołówek, jakiś Mimus184, dwa gatunki kuropatw (Crypturus)185, skowronek (Anthus platensis)186, jaskółki i jerzyki; w gaikach hałaśliwe gromady czarnych „chopi” (Aphobus chopi) i czarno-żółtych kacyków (Icterus sp.), odbywających gwarne wiece na czubkach drzew. Czasem czubaty koliberek (Lophornis) z pobliskich lasów się zabłąka. Natomiast zwierząt ssących nie widać wcale. Zdarza się lis stepowy (Canis azarae)187, z rzadka puma (Felis concolor) i małe pancerniki. Na nocleg stajemy w San Luis, malutkiej osadzie, położonej w dolinie, na wysokości 950 metrów. Oberża wcale porządna, utrzymywana przez Niemca rosyjskiego, jest okolona sporym gajem, złożonym z algarrobów188, araukarii i paproci drzewiastych.

Nieco ponad osadą, o 30 metrów wyżej, step gładki kończy się wałem kamiennym, ciągnącym się z północy na południe, którego powstanie, przypisywane przez niektórych badaczy lodowcom (nb. żadnych śladów lodowca nie znalazłem), mogę sobie wytłumaczyć jedynie jako wielki przełom pokładów piaskowcowych połączony z zapadliskiem strefowym (Grabenversenkung). Zapadlisk takich jest tutaj kilka. Pierwszym i największym z nich jest równina Curitiby, położona pomiędzy szczytami Serra do Mar i płaskowyżem Campos Geraes, zapadła co najmniej o 400 metrów na krańcu zachodnim i o 200 na wschodnim. Trzy inne leżą pomiędzy San Luis i Palmeiras, wytwarzając tyleż zniżających się coraz bardziej ku zachodowi tarasów.

Linie przełomów wywołują piękne efekty w kształcie baszt i ruin pośród skał, zaledwie wystających ponad powierzchnię Campos Geraes, lecz bardzo urozmaiconych, skoro się na nie patrzy z doliny odpowiadającej przyległemu zapadlisku, tj. od zachodniej strony.

Nazajutrz, nie zmieniając koni, z których jednego, niezdatnego już do dalszej podróży, musimy pozostawić, odjeżdżamy dalej na zachód. Nie rozumiem, czym żyją te biedne zwierzęta, podobne do obciągniętych skórą szkieletów — obroku im bowiem nie dają, a ze spalonej słońcem suchej trawy stepowej mało pożytku. Natomiast woźnica nasz poi je przy każdej studni. W Argentynie trzymają się zasady wprost przeciwnej, zapewne z powodu rzadkości wody.

Droga zniża się coraz bardziej, coraz częściej przejeżdżamy przez lasy araukariowe, natomiast droga, coraz gorsza, prowadzi po nagiej powierzchni skały, pełnej dziur i wybojów.

Przebywamy drugi wał kamienny, na wysokości 860 metrów i stajemy na południe w lichej oberży wśród nagiego stepu, zwanej Restinga secca, skąd odchodzi boczna droga do przystani w Porto Amazonas, punktu wyjścia żeglugi na rzece Y-guassu.

Wysokość oberży nad poziomem morza wynosi 780 metrów. W malutkim ogródku, istniejącym zaledwie od lat pięciu, widzę spore drzewa pomarańczowe osypane owocem, brzoskwinie i ameizas — dowód oczywisty, iż nawet jałowy grunt kampu przy starannej uprawie dobre rezultaty dać może. Włoch oberżysta twierdzi, iż z kilku drzewek swoich zbiera około 2000 pomarańcz rocznie.

Przed wieczorem stajemy w miasteczku Palmeiras, liczącym 500 mieszkańców i zabudowanym zwykłym trybem amerykańskim w czworobok naokoło wielkiego placu, z kościołem w środku i dwiema alejami mizernych palm po bokach.

Tuż poza miastem przechodzi podobny do poprzedzających trzeci wał kamienny, na wysokości 780 metrów nad poziomem morza, za którym wchodzimy już wkrótce w region leśny, przecięty głębokimi parowami i posiadający grunt ilasty, ze zwietrzenia łupków paleozoicznych189 powstały.

Snujące się po ulicach postacie w wypłowiałych maciejówkach lub czerwonych kurtach kujawskich wskazują, że jesteśmy blisko nowszych kolonii polskich.

W nocy dziwne wrażenie na nieprzyzwyczajonym oku sprawiają bijące zewsząd łuny pożarów stepu, pożarów, których płomienne języki pod same mury miasta podchodzą, nie wzbudzając w apatycznych Brazylianach najmniejszej troski. Czasami spali się przy tym dom jaki, to się i odbuduje... Brazylianin zresztą wśród czterech ścian, przykrytych dziurawym najczęściej dachem, którego mu się naprawić nie chce, nie zna wcale wygód europejskich. Zamiast łóżka, u zamożnych nawet, stos niewyprawionych skór wołowych, zamiast stołków — kilka pni drzewnych lub czaszki wołowe. Mebli nie posiada żadnych, nie dziw zatem, że obawa pożaru straszną dla nich nie jest. Ociężałość i lenistwo, przy wrodzonej zresztą dobroduszności, przy tym wielka chęć zbogacenia się bez pracy, przepełniająca złodziejami wszystkie urzędy: to cechy charakterystyczne prawego syna kraju, niezarażonego jeszcze zgubnymi doktrynami Europy, wypisanymi, wbrew zapewne woli narodu, na sztandarze młodej rzeczypospolitej brazylijskiej: „Ordem e progresso”.

Palmeiras jest mieściną czysto brazylijską; z wyjątkiem paru Niemców, lekarza Włocha i przychodzących za interesami kolonistów polskich ludność składa się z Brazylianów, Mulatów i Murzynów. Skoro tylko się ściemni, miasto wydaje się umarłe. Na ulicach żywej duszy nie ma, okiennice wszystkich domów szczelnie pozamykane, nawet światła nigdzie nie widać, bo pokoje mieszkalne zwykle leżą w głębi domu, od frontu zaś tylko salon gościnny z nieodzowną kanapą i symetrycznie ustawioną aleją wiedeńskich krzeseł lub foteli od kanapy do drzwi wchodowych.