Rozdział VII
Dr Grillo. Nieco o Pawlaku i brazylijskiej Temidzie. Wyjazd na kolonię St. Barbara. Przyroda. Koloniści. Odjazd z Palmeiras. Porto Amazonas. Rzeka Y-guassu.
Dyrektor i zarazem lekarz okolicznych kolonii, dr Grillo, Włoch z rodu, okazuje się człowiekiem bardzo uprzejmym i miłym. Na pogawędce z nim parę wieczorów przyjemnie nam upłynęło, przy czym dowiedziałem się najniespodzianiej, iż służąca dra Grillo, młoda, przystojna Kujawianka, jest rodzoną siostrą osławionego Pawlaka, oraz iż cała ta przyjemna kompania, razem z Wyrostkiewiczem, znajduje się na sąsiedniej kolonii St. Barbara, którą zwiedzać mamy. Mordercy nie uważali za stosowne nawet nazwiska zmieniać — tak dalece pewnymi się tutaj czują zupełnej bezkarności. Że nie mylili się w tym względzie, przekonaliśmy się niebawem, gdy, poznani przez nowo przybyłą partię włościan spod Nieszawy, zbiegli z kolonii i zostali na żądanie rosyjskiego konsulatu aresztowani w Santos, w chwili gdy chcieli wsiąść na statek, udając się do Ameryki Północnej. Sprawiedliwości stało się zadość, bo nazajutrz... wypuszczono obu z więzienia pod dozór policyjny!.. Od tej chwili wszelki ślad ich zaginął oczywiście; podobno są teraz w Corrientes190 na kresach argentyńskich.
Dr Grillo z najwyższym uznaniem wyraża się o pracowitości, cierpliwości i wytrwałości kolonistów polskich w podwładnych mu osadach, gdy natomiast Włosi i Hiszpanie okazali się zbyt słabi i nieudolni przy trzebieży odwiecznych lasów, a z wielkiej liczby sprowadzonych przez zarząd emigrantów tych narodowości zaledwie garstka szczupła pozostała na miejscu. Jedni Polacy wśród tej wieży Babel wszystkich narodowości okazali się istotnie rolnikami, umiejącymi się z ziemią obchodzić.
29 sierpnia zajeżdża z rana przed nasz hotelik porządna kareta, w pięć dzielnych koników zaprzężona, i w towarzystwie dra Grillo odjeżdżamy na obejrzenie pobliskiej kolonii Sta Barbara, od Palmeiras o półtorej mili odległej.
Wyborna nowa droga, rękami kolonistów pod kierunkiem dra Grillo wykonana, prowadzi nas o 100 metrów niżej, ku dolinie rzeki Y-guassu, w region lasów araukariowych i bambusu.
Na skraju lasu, o milę od miasteczka, widnieje pierwszy domek drewniany, sklecony z tarcic, wśród paru morgów oczyszczonego i pokrytego zieloną runią wschodzącego żyta gruntu. W ogrodzonym starannie sadzie rośnie kapusta, sałata, czarny szablak191 (feijao preto), groch; przy domie192 parę drzewek owocowych, świeżo zasadzonych. Właściciel kolonii, Piotr Wojniak z Zakroczymia, jest tutaj zaledwie od 8 miesięcy. Dwie kobiety, niejakie Adamskie z Kamienicy pod Dobrzyniem, pracują z nim razem. Kolonia liczy zaledwie kilka chałup i nosi nazwę: Nucleo colonial da comendador Araujo.
Jedziemy dalej, spotykając gromadki emigrantów pracujących przy drodze. O ćwierć mili na południe las się kończy przy rozstajnych drogach. Na lewo, w stronę rzeki Y-guassu, odchodzi szlak do Sta Barbara; na prawo — gościniec do osady Niemców rosyjskich z guberni Samarskiej: Sta Kytheria. Wioska niemiecka na sposób europejski zabudowana w jedną ulicę; w ogrodach, na tyłach domów, zieleni się trochę żyta posianego na użytek własny: koloniści niemieccy w Paranie rolnikami nie są, trudniąc się prawie wyłącznie furmaństwem. Przyjechawszy tutaj z żyznych stepów nadwołżańskich, wybrali kolonie stepowe, stroniąc od ciężkiej pracy leśnej. Jałowa gleba kampu brazylijskiego zawiodła jednak ich oczekiwania, wielu powróciło do Europy, wielu z nędzy pomarło; większość przesiedliła się do Argentyny. Pozostali wzięli się do furmaństwa lub drobnego handlu. Wszyscy niemal woźnice bryk frachtowych, prywatnych powozów i dyliżansów są Niemcami rosyjskimi, znanymi tutaj na równi z Polakami z Królestwa pod nazwą Russos. Konkurencję niejaką robią im tylko zniemczeni przeważnie Mazurzy pruscy i Kaszubi.
Dalej, również na stepie, czerwienią się i bielą schludne domki włoskiej kolonii Sta Caecilia, stanowiącej swojego rodzaju curiosum. Znany we Włoszech agitator i pisarz socjalistyczny Giovanni Rossi193 zapragnął tutaj w praktyce zastosować swoje zasady, zakładając włoski „phalanster”194 socjalistyczny. Pobudowano ładne domki, zasadzono winnice: okazało się wszakże, iż osadnicy zmienili przekonania, skoro przyszło zasadę „la proprieté c’est le vol”195 zastosować od siebie samych: na gminę pracować nie chcieli, wreszcie wymówili posłuszeństwo swemu przywódcy. Doszło do tego, iż Rossi zmuszonym się ujrzał wezwać opieki wojskowej przeciwko własnym towarzyszom. Kolonia upada coraz bardziej, a Włosi gdzie indziej się wynoszą.
Na lewo rozciąga się dalej las ku dolinie rzeki, w końcu spotykamy też pierwszych kolonistów polskich z S. Barbara, pomieszczonych w szałasach tymczasowych z liści bambusu i palmy, zanim rząd przyrzeczone domki prowizoryczne z tarcic podług przepisanej normy im wystawi.
Dalej nieco, na wzgórzu, domki kilku kolonistów hiszpańskich. Nawiasem wspomnę, iż we drzwiach jednego z nich powitało nas urocze zjawisko dziewczęcia, podlotka rzadkiej zaiste piękności, przypominającego madonny Murilla196.
Jeden z domków w S. Barbara zamieniono na kancelarię dyrektora Grillo. Zostawiamy tutaj powóz i pieszo puszczamy się po świeżo wyciętych drogach i ścieżkach w głąb lasu. Wkrótce tracimy z oczu rozległą panoramę, wchodząc w gąszcze, których przed kilku miesiącami jeszcze noga ludzka nie tknęła, ginące dzisiaj pod ciosami toporów polskiego pioniera. Łaźniewski, po raz pierwszy znajdujący się w podzwrotnikowym lesie dziewiczym, co chwila nastawia swój aparat fotograficzny, aby olśniewające ogromem i pięknością obrazy dzikiej przyrody zachować. Na nieszczęście, nie wszystkie klisze się udały, a nadto fotografia, nieoddająca gry barw i odcieni przeróżnej zieloności, nie jest w stanie odtworzyć potężnego wrażenia, jakie puszcza podobna wywiera na widza. Ołówek dobrego rysownika większe w tym razie oddać mógłby usługi.
Ktokolwiek widział u nas araukarie w cieplarniach, w naturze nigdy by ich nie poznał. Dziwne to drzewo, najstarsze z drzew szpilkowych na ziemi, posiada w starości wiele cech zbliżających je do palm. Za młodu ma kształt świerka lub jodły, igły płaskie i krótkie, trójkątne niemal, pokrywają całą długość gałęzi, odchodzących prawidłowymi pierścieniami od pnia głównego i posiadających wielką ilość gałązek bocznych. W późniejszym wieku gałęzie dolne opadają stopniowo, pozostawiając na pniu głęboki odcisk w kształcie obrączki, nieznikający nigdy, tak samo jak to ma miejsce u palm; gałęzie szczytowe tworzą kształt szerokiego grzyba, jak u sosny włoskiej (Pinus maritima), lecz pomimo znacznej swej długości nie posiadają wcale odnóg bocznych, są zupełnie nagie i tylko na końcu samym sterczy gruby pęk długich, ciemnozielonych, cienkich szpilek. W wieku jeszcze późniejszym gałęzie, tworzące koronę pojedynczą, zaginają się do góry, a szczyt drzewa staje się zupełnie płaski. Całość wówczas robi wrażenie olbrzymiej jakiejś łodygi kwitnącego kopru czy marchwi. Po uschnięciu drzewa opada ostatnia korona ze szczytu i pozostaje już tylko obrączkowany słup, z daleka nieróżniący się od takichże uschłych pni palmowych. Araukarie w S. Barbara dochodzą półtora metra średnicy i 40 metrów wysokości i stanowią najpospolitszy gatunek drzewa. Obok nich istnieje drzewo żelazne (imbuya), dalej canela, czyli drzewo cynamonowe, zwane tak od cynamonowej barwy swego rdzenia, ficus jakiś, drzewiaste paprocie i kępiasty bambus, tworzący gąszcze nieprzebyte. Palm niewiele i wszystkie zdają się należeć do jednego gatunku (Oreodoxa sp.). Ze wszystkich drzew starych, zwłaszcza canelas i imbuyas, zwieszają się długie szarawe festony brody Absalona (Tillandsia usnoides). Na araukariach tylko jej nie ma.
Wśród tej puszczy rozlega się wszędzie odgłos polskich siekier, dymią świeżo wypalone poręby, widnieją co paręset kroków schludne, z desek sklecone domki; na wyrobionych z mozołem kawałkach roli wśród olbrzymich pni zwęglonych zieleni się młode żyto i kartofle; gdzieniegdzie widać ogródek warzywny, a pozostawione wśród poręby białe drzewka hervy mate mają pozór sadzonego ogródka. Szerokie gościńce, nad którymi pracują emigranci, przecinają całe terytorium kolonii, przechodząc przez wszystkie działki. Grunt, spod lasu wyrobiony, nadzwyczaj żyzny, jest ciężką, czerwoną gliną. Kolonia liczy około 150 rodzin polskich, 40 włoskich i 6 hiszpańskich. Inwentarza żywego nikt jeszcze nie posiada, z wyjątkiem trochę kur, wieprzy i gdzieniegdzie krowy mlecznej — ale też należy pamiętać i o tym, że jeszcze w grudniu zeszłego roku na miejscu tym był jednolity, nieprzebyty bór dziewiczy.
Manipulacja kolonizacyjna, wspólna dla wszystkich kolonii nad Y-guassu jest następująca: kolonista otrzymuje 20–25 hektarów gruntu, położonego przy ścieżce, którą sami osadnicy mają w przeciągu kilku miesięcy na drogę kołową przerobić. Ścieżki te, czyli picadas, tworzą linie możliwie proste lub przecinające się pod prostymi kątami. Działka pojedyncza posiada zwykle od drogi 200 metrów frontu, w głąb zaś obok 1000 metrów. Droga przechodzi przez środek działki, czyli lote.
Wartość takiego „lotu”, obliczoną na 100–150 milrejsów, kolonista obowiązany jest spłacić w przeciągu trzech lat, z potrąceniem 1/3, jeśli się w terminie z długu uiści. W przeciwnym razie zapisuje się dług na hipotekę „lotu” na 6% rocznie. Wszelkie inne zapomogi, z których 3/4 zresztą rozkradają urzędnicy po drodze, są bezzwrotne. Kolonista otrzymuje od rządu domek z tarcic, gontami kryty, mający jedną izbę, długą na 6, szeroką na 4, wysoką 2,66 metra, o dwóch oknach bez szyb, zamykanych okiennicami, i przybudówką w tyle, przeznaczoną na kuchnię. Jeżeli kolonista sam sobie taki domek wystawi, ma prawo do zapłaty 120 milreisów — której, co prawda, nigdy nie widuje. Oprócz tego otrzymują emigranci najniezbędniejsze narzędzia i trochę ziarna do siewu, do ogólnej wartości 50 milreisów na rodzinę.
Istnieją jeszcze zapomogi w gotówce, a raczej w formie kredytu u kupców żywności, opłacane robocizną na drogach i robotach rządowych — zarobki te wszakże są największą klęską kolonistów, obdzierają ich bowiem przy wypłatach niemiłosiernie, kupcy są w zmowie z urzędnikami, a na zapłatę czekać miesiącami trzeba, tracąc drogi czas na chodzenie do odległej administracji po należne kwity robocizny, tzw. vales, przyjmowane przez kupców ze znacznym dyskontem. Zapomogę, zrazu wcale dostateczną, obliczoną podług ilości członków rodziny, która przeciętnie wynosiła 50 milrejsów na rodzinę, stopniowo zmniejszano do 30 milrejsów miesięcznie; kwota ta przy ogromnie wygórowanych cenach artykułów żywności nie wystarcza na przeżycie, zarobków zaś ubocznych nie ma żadnych. Najlepiej przeto mają się ci z kolonistów, którzy posiadając mały zapas gotówki na pierwsze potrzeby, nie są zmuszeni dawać się obdzierać przez vendzistów ani szukać wątpliwych zarobków rządowych, wkładając cały czas swój w pracę obok własnej roli, która już po kilku miesiącach utrzymanie im zapewnić może, zwłaszcza jeśli dodamy bardzo ważny, a mało emigrantom znany artykuł żywności, jakim są smaczne i pożywne ziarna araukarii.
Dla przykładu przytaczam ceny artykułów żywności z książeczki dłużnej Adama Jaroszewskiego, warszawianina, na kolonii Sta Barbara osiedlonego:
słonina 1 kilogram — 800 reis
cukier 1 kilogram — 400 reis
chleba bochenek — 400 reis
soli 1 litr — 160 reis
feijao (szablak czarny) 1 cuarta = 10 litr — 1200 reis
kawy 1 kilogram — 2000 reis
ryżu 1 litr — 400 reis
mydła 1 kilo — 400 reis
butelka wódki — 500 reis
paczka zapałek — 320 reis
Ogólny rachunek miesięczny tego kolonisty wynosi 27 milreisów. U innych na tejże kolonii — 32 do 37 milreisów. Największy, jaki widziałem — 48 milreis.
Oto dalej rachunek zapomogi rządowej wypłaconej Kazimierzowi Podgórskiemu, koloniście z nr 54, z żoną i trojgiem małych dzieci.
kubełek wartości — 2000 reis
kociołek 6-litrowy — 8040 reis
kociołek mały — 1200 reis
graca — 1200 reis
siekiera — 3800 reis
szpadel — 1200 reis
kosa do trzciny (foiça) — 2800 reis
piła — 12 000 reis
gwoździ 6 kilo — 3300 reis
Na kolonii S. Barbara i sąsiedniej Cantagallo znajduje się ogółem 770 osób narodowości polskiej, litewskiej i rusińskiej. Najwięcej pochodzi z guberni płockiej i warszawskiej, z powiatów sierpeckiego, rypińskiego, lichnowskiego i nieszawskiego, kilkudziesięciu robotników fabrycznych z Żyrardowa, Tomaszowa, Łodzi i Warszawy. Z Galicji spotkałem kilka rodzin rusińskich spod Złoczowa. Między innymi zapamiętałem nazwisko barczystego chłopa Naliwajki, z lubością spoglądającego na tak pożądane w kraju „lisy i pasowyska”. Gdym ich po małorusku „Sława Isusu Chrystu”197 przywitał, ochłonąwszy z pierwszego zdziwienia, zasypali mnie pytaniami o swoich znajomych i krewniaków w Galicji pozostałych. Litwin jakiś spod bialskiej puszczy, którego nazwiska nie pamiętam, posiada największy kawał wyrobionego gruntu, bo ze cztery morgi zupełnie oczyszczone i uprawione pod zasiew. Żali się na pewne drobne nadużycia dozorców kolonialnych, w ogóle jednak jest bardzo zadowolony z rezultatów swej pracy. Żona na wspomnienie Litwy i znajomych okolic łzę ukradkiem otarła. „Ot poleciałaby ja do swoich, ale widać już nie sądzono nam biednym sierotom!” Poczciwe Litwinisko na pierwszym miejscu w chałupie swojej obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej zawiesił i z dumą pokazuje mi tę relikwię, ze swojej świętej Litwy przywiezioną, dopytując się, czy prawda, że tu ma przybyć ksiądz polski, bo od wyjazdu z kraju u spowiedzi nie był. Pocieszam go, że niezadługo własnego proboszcza w S. Matheo mieć będą, i ruszam dalej.
Szeroki gościniec się kończy i gromadka emigrantów, uzbrojonych w topory, oskardy i motyki, pracuje przy karczunku dalszego ciągu już wyciętego i oczyszczonego z leżących pni szlaku.
O paręset kroków dalej wznosi się przed nami jednolity mur zielony i tylko wąska ścieżka, tzw. picada, w głąb puszczy nas dalej prowadzi. Gąszcz bambusów, spomiędzy których wystrzelają grube na półtora metra araukarie, proste jak struna, zakończone u góry koroną gałęzi na kształt ramion świecznika wzniesionych, imbuyas oplecione lianami i włochatą Usneą, ficusy olbrzymie, paprocie drzewiaste i palmy otaczają nas dokoła, oświetlone ruchomymi plamami przedzierającego się przez gęstwinę słońca, tworząc co chwila obrazy godne pędzla mistrza.
Stuk siekier i gwar rozmowy, z gąszczu dochodzący, zdradza bliskość ludzi — niedługo też wychodzimy na inny gościniec, świeżo w puszczy otwarty, i spostrzegamy gromadkę Polaków przecinających picadę wśród bambusów za pomocą krótkich kos na sztorc osadzonych (foiça). Robota idzie raźno i wesoło — opodal, wzdłuż rozpoczętej drogi, widnieją białe domki kolonistów na ciemnym tle sosnowego boru. Z góry, zakończonej stromym urwiskiem, obejmujemy okiem rozległy krajobraz leśny — w oddaleniu dostrzegamy domki następnej kolonii polskiej — Cantagallo, liczącej 19 rodzin.
Wszystkie osady polskie nad rzeką Y-guassu pozostające pod naczelnym kierunkiem p. Edmunda Zaporskiego, tworzą pasmo ciągłe wzdłuż prawego brzegu rzeki, połączone drogą kołową, dzisiaj częściowo tylko wykończoną, z jednej, a łożyskiem spławnej rzeki Y-guassu z drugiej strony. W odstępach jednodniowej podróży konnej wyznaczone są place na mające powstać miasta, jak Rio dos Patos, S. Matheo i Rio Claro, rosnące tutaj z amerykańską szybkością w miarę wzrostu dobrobytu okolicznych kolonistów. Linia kolei, świeżo wykończona, łączy Curitibę z przystanią w Porto Laranjeiras, od której Y-guassu zaczyna być spławna. Przy zaprowadzeniu dobrej żeglugi parowej można będzie przeto dotrzeć w przeciągu półtorej doby do najdalszej z istniejących osad Rio Claro, gdy przy obecnych środkach przewozowych podróż ta trwa około tygodnia.
Sposób uprawy gruntu koloniści przyjęli od Brazylianów, jako w warunkach tutejszych najodpowiedniejszy. Po wycięciu poręby obcinają się z drzew wszystkie gałęzie i razem z drobnym chrustem podszycia układają w stosy. Poręba w tej postaci nosi nazwę rossa. Teraz czekać trzeba suchej pory roku lub przynajmniej kilku z kolei dni pogodnych, aby nagromadzone na rossie sągi198 nieco podeschły, po czym się takowe podpala. Umiejętne wypalenie poręby stanowi połowę pracy. Wielkie pnie powalone, równie jak karcze199 ściętych drzew pozostawiają się na miejscu, próchniejąc z wolna przez lat kilka, zanim się same nie rozsypią. Karczunek na europejski sposób tutaj się nie opłaca i tylko niektórzy, niedoświadczeni jeszcze koloniści zadają sobie ten trud zbyteczny.
Pomiędzy leżącymi zwęglonymi pniami ziemia porusza się szpadlem i motyką, a następnie zasiewa mais, żyto itp. w ten sposób, iż jeden człowiek, idący przodem, drągiem żelaznym robi w zrychlonej ziemi dołek, drugi, idąc za nim, wrzuca doń kilka ziarn i zadeptuje nogą. Oto i cała uprawa, las bowiem nie posiada małych szkodliwych chwastów, wymagających pielenia i tylko z nieczystego ziarna dostaje się niekiedy tutaj oset, plaga amerykańskich zasiewów. W lat kilka po osiedleniu, gdy pnie drzew wypróchnieją, a kolonista dorobi się na tyle dobrobytu, iż może sobie parę wołów roboczych i pług sprawić — powoli zaczyna się stosować do wyjałowionej już nieco poręby orka i system uprawy europejski.
Plagą, na którą się wielu kolonistów skarży, są tutejsze mrówki, niszczące zasiewy. Walka z nimi nie jest łatwa, a polega na systematycznym paleniu i zalewaniu wrzątkiem mrowisk.
Z kolonii Sta Barbara uciekło kilkunastu pojedynaków, którzy doczekać się nie mogli wyznaczenia sobie gruntu: pierwszeństwo bowiem zastrzega się dla ludzi familijnych. Większość tych uciekinierów są to robotnicy fabryczni, stróże domów z Warszawy, lokaje, fornale200, w ogóle ludzie niezwyczajni ciężkiej pracy pioniera w lesie, a częstokroć niemający wyobrażenia o uprawie roli. Tacy, spotykając partię emigrantów udających się na kolonie, dziwy im opowiadają o czekających ich tam okropnościach, gdy w samej rzeczy największe okropności przebyli już oni w miejskich barakach, a dzień, w którym miasta opuszczają, jest dla nich dniem wyzwolenia. Zdarza się, że niektóre osobniki mniej spokojne zarząd kolonii sam wydala.
W dziennikach nadesłanych z Curitiby znajdujemy wiadomość o kilku buntach wychodźców w Rio Negro, Ponta Grossa i kilku miejscowościach stanu St. Catharina. Powodem buntów są wszędzie nieporządki administracji, złodziejstwa kupców, nadużycia tłumaczy, brak pieniędzy przy wypłatach miesięcznych itp. Jeden z dzienników, „A Republica”, w każdym numerze swoim umieszcza piorunujące artykuły przeciwko nieporządkom administracji kolonialnej w Paranie; nie należy wszakże zbyt serio traktować ani wiadomości podawanych, ani też szlachetnego oburzenia redaktora: wszystko jest tu zawsze podszyte walką osobistą i polityczną dwóch stronnictw, dobijających się o tłuste synekury rządowe; a że w tej chwili u steru w Paranie stoi tzw. „liberalna”, czyli monarchiczna partia, republikanie przeto oczywiście są malkontentami.
Delegatem komisji kolonizacyjnej jest „liberał” dr Carvalho, człowiek używający u Polaków najlepszej opinii, a w zarządzie jest kilku wyższych urzędników cudzoziemców, będących solą w oku brazylijskim „konserwatystom”, niemogącym gospodarować w funduszach kolonizacyjnych. Sposób ludzki i rozsądny, w jaki uspokojono bunt 3000 wychodźców w Rio Negro, posyłając im zamiast bagnetów i szabel p. Bertolda Adama dla wysłuchania, bez pośrednictwa tłumacza, ich skarg i zażaleń, a następnie, na skutek sprawozdań tegoż posła, zmiany osobiste przeprowadzone w zarządzie kolonii, dają najlepsze świadectwo o dobrych chęciach p. Carvalho. W kraju jednak, gdzie tysiączne sprzeczne interesa osobiste sprawą publiczną rządzą, a jeden z dygnitarzy nie wahał się publicznie oświadczyć, iż „osłem jest ten, co nie kradnie, z tego powodu woli być złodziejem niż osłem”, w kraju, o którym rodowici Brazylianie się wyrażają, iż obecnie nie jest on wcale ich „ojczyzną”, lecz krajem rządzonym przez hasło: „kradnij kto może”; w kraju takim najlepsze chęci szlachetnych ludzi nie wystarczają, a jedyną gwarancją usunięcia nadużyć jest samopomoc, zorganizowanie się silne wychodźców pomiędzy sobą, aby przez prasę i posłów sejmowych praw swoich bronić. Tak zrobili tutaj Niemcy i Włosi; to samo powinniby uczynić Polacy, gdyby nie paraliżowały wszelkich w tym kierunku usiłowań osobiste swary i niechęci tutejszej, bardzo nielicznej zresztą, inteligencji.
1 września, pożegnawszy uprzejmego dra Grillo, z wielką paradą, bo aż we dwie pięciokonne karety, wynajęte za słone pieniądze (co prawda innych środków lokomocji wcale nie było w Palmeiras), odjeżdżamy do Porto Amazonas, gdzie nas uprzedzony przez umyślnego posłańca parowiec pasażerski miał oczekiwać. Wśród zielonych borów, po pełnej wybojów drodze, dostajemy się przed południem na równinę bezludną, około 660 metrów nad poziom morza wzniesioną. Karczma, barak emigrancki z kilkudziesięciu Polakami, w oddali mały zajazd dla podróżnych — oto i całe Porto Amazonas, przechrzczona przez naszych Maćków na „fort Mazanka”. Pośród gór, lasem sosnowym pokrytych, szukamy na próżno rzeki: łożysko jej bowiem tworzy głęboki i wąski parów, całkowicie wśród falistej okolicy ukryty. Rzeka Y-guassu (wielka woda) jest wąska, lecz głęboka, źródła jej leżą na łąkach obok Curitiby, skąd rzeka płynie na zachód, łącząc w sobie połowę wód całej prowincji, i wpada do Parany na granicy paragwajskiej wprost osady Takurupukú, tworząc o pół mili przed ujściem wspaniałe wodospady (saltos de Y-guassu), przewyższające o wiele pięknością swoją Niagarę. Wodospad składa się z kilku progów, z których najwyższy ma 80 metrów. W górnym swym biegu Y-guassu posiada prąd bystry, lecz jest łatwo dostępna dla żeglugi. Parowce dochodzą do Porto Uniao, przy ujściu Rio Negro, która również aż do kolonii tego imienia jest spławna. Dalszy bieg rzeki od Porto Uniao do katarakty nie jest jeszcze znany.