Rozdział VIII

Odjazd na Y-guassu. Niewygodne pomieszczenie. Nocleg w lesie. P. Maravalho. Rio dos Patos. Przybycie do Sao Matheo. Serdeczne przyjęcie. Obraz kolonii. Zmiana tonu p. Maravalho.

W przystani oczekują dwa małe i bardzo liche parowce kołowe. Jeden z nich jest pod parą, naładowany po brzegi towarami, nazywa się „pasażerskim”. O jakiejkolwiek kajucie mowy nie ma. Okazuje się, iż na tej bardzo ograniczonej przestrzeni, nieposiadającej zresztą ani ławki, na stołka201, ma się pomieścić 60 emigrantów i 8 pasażerów. Wydaje nam się to zrazu niewykonalne, przy dobrych chęciach jednak pomiędzy pakami i beczkami z cukrem, naftą, mąką i spirytusem wszyscy wcisnąć się zdołali. Dla honoratiorów oczyszczono rodzaj skrzynki przy samym piecu, oddzielonej od emigrantów kawałkiem żagla, gdzie na przestrzeni 6 metrów kwadratowych 8 osób przez trzy dni mieścić się miało.

Jadący z nami Brazylianie, jako już doświadczeni, podróżują wraz z kulbaką i pościelą; zaopatrzeni są również w żywność na cały czas podróży, tj. suszone mięso i tapiokę202. Emigrantom również na dwa dni wydano żywność: mięso suszone, okrasę, feijao i ryż.

Nie przeczuwając wcale, jak długą podróż mamy przed sobą, wybraliśmy się dość lekko z kawałkiem befsztyka i parą bułek w nadziei, iż na wieczór staniemy w Rio dos Patos, płonnej niestety.

Kapitan oświadczył wprawdzie, iż tylko na nas czekał, pomimo jednak iż przybyliśmy o jedenastej, statek zaledwie o trzeciej po południu odbił od brzegu.

Kapitan statku, Anglik, pełniący zarazem funkcję maszynisty i palacza, oświadcza mi, iż otrzymał rozkaz czekania na nasz przyjazd, dalej, iż p. Zaporski rozminął się z nami, odjechawszy właśnie do Curitiby lądem, wreszcie, iż na spotkanie nasze ma wyjechać szalupa rządowa, do której przesiąść się mamy. Rzeczywistość jednak wyglądała mniej różowo.

Szeroka dolina rzeczna, porosła wierzbą (Salix humboldtiana) i aroerą (erythrina), wije się wśród wzgórz araukariowym borem porosłych; czasami kępa mirtów lub kawał mokrej łąki, ostrą, wysoką trawą (cortadera) porosłej.

W charakterze komisji inspekcyjnej, jaki nam zachowanie się władz kolonialnych nadało, otrzymujemy miejsce najlepsze, tj. parę metrów sześciennych przestrzeni, oczyszczonej pomiędzy stosem pak i beczek. Miejsce to wystarczyłoby od biedy dla jednego, ale we trzech nawet pokotem położyć się tam niepodobna, ponieważ zaś pokładu nie ma, lokujemy się na dachu, ryzykując zawalić blaszaną, cienką pokrywkę statku.

Na brzegu rzeki poważnie siedzą duże, ociężałe capivary (Hydrochoerus capibara)203, nawet na strzał karabinowy nieruszające się z miejsca; nad głowami przelatują liczne zimorodki, białe czaple i kormorany. Z rzadka szałas brazylijskiego osadnika lub łódź z jednego kloca wyciosana, napełniona towarami, ożywiają krajobraz.

Zaledwie godzinę jesteśmy w drodze, naraz: stój! Parowiec przybija do brzegu i wypuszcza parę. Pytamy, co się stało? — Zabrakło opału, więc kapitan, sternik, majtkowie i część pasażerów wysiada z siekierami do lasu. Najlepszy opał stanowią nadzwyczaj ciężkie, mocno smoliste i twarde jak żelazo, stożkowate sęki araukarii, które się w próchnie rękami wybiera — palą się równie dobrze jak węgiel kamienny.

Rozpaliwszy ogień, jedziemy dalej, aby manipulację tę powtarzać stale co parę godzin.

Na noc przybijamy do brzegu.

W jednej chwili gromadka emigrantów zabrała się do pracy, stuk polskich toporów echem rozległ się po puszczy i niezadługo olbrzymie ognisko wysokim snopem iskier buchnęło, oświecając krwawą łuną snujące się sylwetki parobczaków w kujawskich katankach, dziewuch i bab z garnkami, warzących wieczerzę. Jakaś dziewucha spod Włocławka była do głębi oburzona marnotrawstwem mirtu, którego spore drzewko ścięto na opał. „Jezus Maryja! a dyć u naszej dziedziczki to w doniczce się chowa, a wy to tak marnujeta”... Śmiechy, żarciki i gwar do późnej nocy panują.

Zawijam się w ciepłą burkę204 czerkieską, wśród gwaru polskich śpiewek dolatujących od ogniska, i słucham gawędy starego nudziarza, niejakiego Robaczkiewicza, stelmacha205 z Wierzbinka na Kujawach, który, zapomniawszy snadź, że się nie znajduje nad Wisłą, opowiadał mi przeróżne ploteczki o jednym z moich kolegów z uniwersyteckiej ławy i całej okolicy włocławskiej, nie domyślając się nawet, że znam wszystkie osoby jego opowiadań. W tej atmosferze swojskiej, wśród boru sosen i wierzb płaczących na brzegu, zasnąłem twardo, marząc o swoich, dopóki przenikliwy chłód poranku i świst żałosny parowca mnie nie zbudziły. Ranek mamy chłodny i słotny, termometr wskazuje +10° C. Głód i zimno dokuczać poczynały, wiatr przejmujący przez burkę czuć się dawał.

O świcie wyruszamy w dalszą drogę, przystając co parę godzin dla nabrania drzewa. Około jedenastej spotykamy szalupę rządową, jak się dowiedziałem później, przez p. Zaporskiego umyślnie po nas wysłaną. Zastępca wszakże p. Z., p. Luis da Maravalhos, bardzo mało okazał się uprzedzający, uważając nas za rewidentów rządowych, przysłanych z Rio Janeiro dla sprawdzenia jego czynności — a snadź sumienie jego nie było zbyt czyste. Zaprosił nas wprawdzie do szalupy, a razem z nami i kilku Brazylianów sobie znajomych, uczynił to wszakże jakby z łaski, pozostawiając nam odbycie dalszej drogi od Rio dos Patos na nieznośnym parowcu „pasażerskim”. Bardzo niechętnie pokazał mi niektóre z żądanych przeze mnie ksiąg rachunkowych i poczęstowawszy mnie filiżanką kawy, przypomniał, że parowiec niezadługo odejdzie... Cóż było robić, upoważnienia do korzystania z szalupy rządowej w ręku nie mieliśmy, więc il fallait faire bonne mine à mauvais jeu206 — zaspokoiwszy głód u kupca w Rio dos Patos miską jajecznicy i zakupiwszy na dalszą drogę nieco ryżu, odjechaliśmy dalej.

Z nudów zabawiamy się polowaniem, postawiwszy kilku chłopaków na widecie207, aby nam o spostrzeżonej z daleka zwierzynie donosili. Za każdą upatrzoną sztukę dostawali pomarańczę. Uciecha stąd wielka. Ofiarami naszych zapędów nemrodowskich208 padło kilka kapiwarów, z klasycznym spokojem siedzących nad wodą o kilkanaście kroków od przechodzącego z hałasem parowca. Żadnego z nich wszakże dostać nie możemy, bo wpadają do wody, a ciężkie ich cielsko tonie natychmiast. Hempel zabił dużego wyjca, Łaźniewski lisa płynącego przez rzekę, których musimy porzucić, gdyż kapitan przystanąć nie chce.

Ptastwa wodnego mało na rzece, z wyjątkiem kormoranów, bardzo czujnych, oraz białych czapel; raz tylko jeden spotkaliśmy jakąś wielką kaczkę. Z innych ptaków widziałem penelopę209 (gallinha do matto = kura leśna) i trzy gatunki zimorodków. Te ostatnie są najpospolitsze.

Nocujemy znowu w lesie przy ognisku, noc zimna, słotna; w oddali grzmi i błyska. Nad ranem ruszamy dalej i bez przygód dalszych po południu stajemy nareszcie w S. Matheo, u celu naszej żeglugi, serdecznie przyjęci przez zastępcę p. Zaporskiego, młodego chłopaka imieniem Paulo de Albuquerque Marcondes, który odtąd miał nam we wszystkich wycieczkach po okolicy nieodstępnie towarzyszyć, dostarczyć koni wierzchowych i wszelkich przez nas żądanych wyjaśnień udzielić.

Kilkunastomorgowy plac, pokryty zwęglonymi pniami, świeżo wydarty dziewiczej puszczy, ma być zawiązkiem miasta S. Matheo, czyli Kolonii Maria Augusta. Dzisiaj przyszłe to miasto leży na wysokim, lecz niezbyt spadzistym brzegu Y-guassu, wśród świeżej poręby, którą jeszcze nawet w połowie z powału i opalonych pniaków oczyścić nie zdołano, wśród dymiących zgliszcz dziewiczej puszczy araukarii i imbuyas.

Trzy sklepy uniwersalne dostarczające kolonistom, na kredyt robocizny rządowej, żywności, odzieży i narzędzi potrzebnych (na jednym z nich, Bodziaka i Fliżykowskiego, powiewa amarantowo-biała chorągiew), kancelaria zarządu na wzgórzu, trzy rozpoczęte domy drewniane, plac oczyszczony pod budowę kościoła i plebanii, stosy desek i belek obrobionych, barak dla emigrantów i szereg podwójny szałasów, mieszczących kilkadziesiąt rodzin polskich, oczekujących na wydzielenie sobie gruntów — oto spis dokładny całego miasta w jego składzie obecnym, pociętego na szachownicę przez proste ulice, noszące już swoje nazwy, jak: plac Kościelny, ul. Dra Carvalho etc. Z lasu donosi się odgłos toporów cieśli, obrabiających drzewo na budowę kościoła; gromadki ludzi pracują przy budowie trzech wyżej wymienionych domów; reszta tłoczy się przed barakiem, przyglądając się nam z ciekawością i nieufnością zarazem. Baby tylko, zajęte gotowaniem strawy, nie opuszczają ognisk, pomiędzy dwoma rzędami szałasów rozpalonych.

Dostajemy wygodne pomieszkanie w domu administracji, wikt u p. Bodziaka na rachunek komisji kolonizacyjnej i od następnego dnia zaczynamy wycieczki celem poznania okolicy i kolonistów.

Od miasta rozchodzą się promienisto w głąb puszczy cztery szerokie i wygodne gościńce, przechodzące przez środek czterech kolonii polskich: Tacuaral, czyli nucleo dr Carvalho, Canoas v.210 nucleo Zaporski; Cachoeras (nucleo Villeroy) i Y-guassu (nucleo comendador Costa), spolszczone przez kolonistów na Igłaszów.

Kolonia Tacuaral przez kolonie również Polakami obsadzone: Rio do Meio i Agua Branca („Abramka” lub „za bramką” w ustach kolonistów), łączy się z Rio dos Patos, zaś kolonia Y-guassu prowadzi do nowo zakładanej kolonii Rio Claro, o dzień drogi dalej w dół rzeki, w regionie dzisiaj jeszcze w posiadaniu dzikich Indian (Bugrów v. Botokudów) będącym.

Ogółem podług narodowości mieści się w kolonialnej grupie S. Matheo 228 rodzin polskich, 14 hiszpańskich, 19 niemieckich, 18 brazylijskich cabocos, dawniej tutaj osiadłych, posiadających gaje mate, czyli hervales.

Rodzaj gleby i roślinność nie różnią się od S. Barbara pomimo niższego nieco położenia, a o ile sądzić można z roślinności, nie ma różnicy klimatycznej. Przypisać to należy wyjątkowemu położeniu stanu Paraná, odgraniczonego od gorących wiatrów północnych i wschodnich wysokimi pasmami gór, gdy przeciwna strona, południowo-zachodnia, jest otwarta ku pampie argentyńskiej, której zimne wiatry tutaj dochodzą. Stąd fakt oryginalny, że gdy znacznie dalej na południe, w okolicach Porto Allegre, trzcina cukrowa dobrze się udaje, a w okolicy Blumenau istnieją plantacje kawowe, w całym stanie Paraná z wyjątkiem wąskiego pasma pomorskiego udaje się najlepiej żyto, jęczmień, mais, kartofle i wino. Temperatura w lecie dochodzi do 40° C w słońcu, w zimie do 5° poniżej zera. Stałą cechą klimatu tutejszego są, jak w Argentynie, nadzwyczaj szybkie zmiany temperatury. Spadek termometru o 15–20% w przeciągu kilku godzin nie należy do osobliwości. Krajowcy, oswojeni z klimatem, są nieczuli na te zmiany, chodząc w półnago, emigrantom europejskim wszakże dają się one mocno we znaki, a wielu gorzko żałuje, że kożuchy w domu zostawili, zawierzywszy opowieściom o nadzwyczajnych upałach brazylijskich.

Pierwotnymi osadnikami w S. Matheo byli Hiszpanie, których sprowadzono tutaj 120 rodzin przed rokiem. Dzisiaj pozostało ich tylko 11, reszta uciekła, opuszczając kolonie, nie mogąc podołać zbyt dla nich ciężkiej pracy przy karczunku odwiecznego boru.

Stan kolonistów już osiedlonych zastaliśmy wszędzie dobry; pracują zapamiętale i nie ma ani jednego, który by chociaż 1/2 morga żyta nie miał zasianego; większość posiada po 1–2 morgi uprawne, a wielu ma już własne warzywa — kapustę, kartofle, sałatę i brukiew.

Jak wszędzie w Brazylii, przeważna większość wychodźców polskich pochodzi z guberni płockiej i warszawskiej; dużo spotyka się też robotników fabrycznych z Łodzi, Tomaszowa, Żyrardowa; trochę Podlasiaków i Litwinów.

Do ciekawszych typów należą dwa osobniki: jeden, niejaki Kicki, mieniący się synowcem211 generała, eks-fajerwerker212 artylerii, eks-piekarz i eks-rządca domu dra Sznabla w Warszawie, przybył tutaj z niejakim zapasem pieniężnym i próbuje zabawić się w „obywatela”, klnąc „chamów”, których najmuje do roboty — wątpią bardzo, czy mu się taka gospodarka opłaci. Drugi — gajowy z białowieskiej puszczy, stary żołnierz kaukaski, typ żywcem z akwareli Fałata213 wykrojony. Pierwszym sprawunkiem jego w Brazylii była strzelba, a pierwszą troską w S. Matheo: czy jest w lesie zwierzyna...

Po kilkudniowym pobycie naszym w S. Matheo zawinęła do przystani szalupa rządowa wioząca p. Maravalho we własnej osobie wraz z depeszą od szefa kolonii, oddającą szalupę pod nasze wyłączne rozkazy. Szanowny p. Maravalho zmienił swoje postępowanie naraz do niepoznania: o ile przedtem był zimny i niegrzeczny, o tyle teraz sam siebie prześciga w grzecznościach i obietnicach, prosząc tylko o pozwolenie powrócenia do Rio dos Patos szalupą, którą zresztą przywiózł liczne grono dam na spacer, umiejąc połączyć własną przyjemność z posłuszeństwem rozkazowi swojej władzy. Zezwalam wspaniałomyślnie z warunkiem, aby szalupa nazajutrz z rana znajdowała się w S. Matheo, i wyprawiamy tego wieczora bal emigrantom w jednym z budujących się domów, przy odgłosie własnej miejscowej kapeli, złożonej ze skrzypiec i trąbki. Obecni na balu Brazylianie kupcy, nb.214 utytułowani (w Brazylii co drugi obszarpaniec jest markizem, a co trzeci baronem), z galanterią sunęli prosić do tańca bose Kaśki i Maryśki i wywijali oberka nie gorzej od kujawskich parobczaków, z tą tylko różnicą, że w obecności dam zawsze odkrywali z rycerską galanterią głowy. Ochoty nie brakło, „szły wiechcie z butów, a wióry z podłogi”, jak mówi krakowska piosenka, a bal ten w szarej doli emigrantów w S. Matheo długo jeszcze po naszym wyjeździe stanowił epokę.

W kolonii S. Matheo przyjęty został system praktyczny tymczasowego pomieszczania wychodźców nie w barakach ogólnych, lecz w szałasach bambusowych oddzielnych dla każdej rodziny. Baraki obszerne stoją zwykle pustkami, emigranci bowiem, pomimo pewnych stron ujemnych szałasów, wolą być gospodarzami u siebie aniżeli mieć pomieszkanie wspólne. Szałasy te ze względów sanitarnych co parę miesięcy bywają palone. Wielkość nadziałów, zarobki i system żywienia ten sam, co na S. Barbara. Suma wypłat miesięcznych za robociznę dochodzi do 10 000 milreisów. Ceny żywności bardzo wygórowane. Śmiertelność dość znaczna, nie daje wszelako miary o istotnej zdrowotności klimatu, wielu bowiem przybywa tutaj już chorych z hotelów emigranckich w Curitibie, a brak opieki lekarskiej (aptekarza bowiem Portugalczyka, udzielającego porad w biurze zarządu, nie liczę) i nieodpowiednie żywienie chorych do tego się przyczynia. Od założenia kolonii, tj. w przeciągu jednego roku, z ogólnej liczby 1647 przybyłych umarło 134.215

Ponieważ okolice S. Matheo już dawniej przez brazylijskich caboclów była zamieszkałą, nie ma tu już ani zwierząt drapieżnych, jak w ogóle mało zwierzyny; Indianie również się nie pokazują.

Inaczej wszakże stoją rzeczy na bardziej ku zachodowi wysuniętej kolonii Rio Claro, którą założono już po moim wyjeździe. Nierzadkim jest tam jeszcze straszliwy czarny jaguar, którego się cabocle jak ognia boją. Jeden z włościan, spotkawszy go na drodze, jakkolwiek miał strzelbę nabitą w ręku, w przekonaniu, że to sam diabeł „ten srogi bydlak, co to niby wygląda jak kot, a je wielgi jak kuń”, rzuciwszy broń, zaczął odmawiać litanię do Matki Boskiej. Jaguar chwilę się nań popatrzył, oblizał się, ogonem po bokach uderzył i znikł w zaroślach. Z ludźmi wypadków dotychczas nie było, jaguary bowiem, tak samo jak tygrys indyjski, tylko wtedy dla ludzi bywają groźne, gdy przypadkowo skosztowały ludzkiego mięsa.

Z drobnych szkodników, duszących kury, wymienić należy skunksa (Galictis barbara)216 i ocelota (Felis pardalis)217. Z pożytecznej zwierzyny zdarzają się: tapir, czyli anta (Tapirus americanus)218, pekkari (Dicotyles torquatus)219, zwany tateto i kryjący się w norach, gdzie nań z lancami polują, dzik (Dicotyles labiatus)220, zwany porco to matto, i dwa gatunki najpospolitsze małp; kapucynka (Cebus capucinus) i wyjec (Mycetes caraya)221, zwany macaco, którego rozdzierające uszy koncerty, podobne do skrzypienia setki kół niesmarowanych, codziennie o zachodzie słońca słyszeć można, wreszcie świnka wodna, czyli kapiwara (Hydrochoerus capibara) i mrówkojad grzywiasty (Myrmecophaga jubata). Z ptastwa są w wielkiej obfitości przeróżne papugi, z rodzajów Ara, Chrysotis i Conurus, indyk leśny, zwany jacaranda (Urax galeata) i penelopy, na łąkach — dubelty i kuropatwy. Wodnego ptastwa natomiast mało. O obecności sarn słyszałem od caboclów, zdaje się, iż będzie to gatunek nieznany jeszcze, którego żywy okaz widziałem później w Paragwaju, wielkości naszej kozy i ciemnoczekoladowej barwy.

Lecz wracam do S. Matheo.

9 września odjechaliśmy do Rio dos Patos, v. Palmyra, odprowadzani przez całą ludność kolonii, wśród wiwatów i salw z dubeltówek.

Stanęliśmy tam na noc, przyjęci tym razem bardzo uprzejmie przez p. Maravalho, który na nas czekał z sutą wieczerzą, własne pomieszkanie i łóżka na nocleg nam odstąpił, a księgi urzędowe do dyspozycji naszej przedstawił; jednym słowem przechodził sam siebie w uprzejmości.

Nazajutrz objechaliśmy konno całą kolonię, znacznie mniej od S. Matheo naprzód posuniętą. Drogi są zaledwie wycięte, niewykarczowane jeszcze i dla wozów dotychczas niedostępne; wiele działek nie posiada domów, a to z powodu, iż pan Maravalho nie pozwala kolonistom samym sobie chałupy stawiać, aby im przynależnych 120 milreisów nie wypłacać. Cieśle brazylijscy bowiem robią na akord taniej, a nadwyżkę szef do kieszeni własnej chowa. Widziałem np. dobrego stolarza, który warsztat swój założył w szałasie, nie mogąc się wprowadzić do domu, wcale niezdatnego na mieszkanie... Koloniści natomiast pracują z gorączkowym pośpiechem na swoich porębach i wielu posiada już po kilka morgów zasianego pola.

Gleba, jak wszędzie nad Y-guassu, żyzna i do uprawy wszelkich zbóż europejskich zdatna.

Spomiędzy 160 rodzin polskich znajdujących się w Rio dos Patos 87 było osiedlonych, reszta zaś mieści się w szałasach tymczasowych w pobliżu kancelarii. Wypłaty miesięczne za robociznę (właściwie kupcom za żywienie emigrantów), wynoszą 5–7 tysięcy milreisów. Znalazłem pomiędzy innymi dokumentami dwa rachunki dostawcy, jeden opiewający na 175 milreisów, za kury i wino dla chorych, które zjedli i wypili urzędnicy, żaden chory bowiem nigdy ich nie oglądał; drugi za jednodniową żywność dla 95 emigrantów przewożonych statkiem do S. Matheo, opiewający na 125 milreisów, tj. przynajmniej dwa razy wyższy od istotnej wartości wydanych emigrantom produktów spożywczych; normę bowiem zwykłą porcji emigranta stanowi wartość 500 reis na osobę. Walka z podobnego rodzaju nadużyciami jest bardzo trudna z powodu, iż tłuste posady urzędników kolonizacyjnych obsadzane są przeważnie przez ludzi posiadających „protekcję” u góry, która im zupełną bezkarność zapewnia.

Ceny żywności bardzo wygórowane, też same zresztą, co w S. Matheo, mianowicie:

1 litr fasoli czarnej — 100–200 reis

1 litr ryżu — 160 reis

1 kg mąki pszennej — 400–500 reis

1 litr mąki kukurydzianej — 100 reis

1 bochenek chleba — 400 reis

1 kilogram mięsa — 300 reis

1 kilogram okrasy — 1000–1200 reis

1 kilo cukru — 400 reis

1 kilo kawy — 2000 reis

1 litr soli — 200 reis

Za gotówkę u caboclów można produkta te nabyć znacznie taniej.

Koloniści skarżą się na liczne nadużycia podwładnych urzędników (feitores) i samego Maravalho; zwłaszcza za wiele sobie pozwala policja konna, złożona z Murzynów, a uzbrojona w foiçy i noże, którą się tchórzem podszyty szef z obawy przed doraźnym wymiarem sobie sprawiedliwości otacza. Z gagatkami tymi osobiście miałem zajście, gdy mi chcieli gwałtem przeszkodzić rozmawiać z wychodźcami. Musiałem aż dobyć rewolwera i zagrozić, że zeń zrobię użytek, aby mi dali spokój. W kilka miesięcy później, gdy Maravalho został przeniesiony do Rio Claro, gwardia jego pokaleczyła wielu ludzi, a nawet zabiła na śmierć niejakiego Skotarskiego.

Po raz pierwszy spotykam tutaj wychodźców z Poznańskiego, z okolicy Inowrocławia. Byli to jedyni ludzie oprócz Litwinów, którzy okazywali zupełne zadowolenie ze swego losu. Gdym jakiegoś Poznańczyka, siwego już jak gołąb, zapytał, czy mu praca przy karczunku za ciężką się nie wydaje, odpowiedział mi wesoło: „A gdzieżby się lepszą ziemię, jak nie na porębie, znalazło!”

Dwunastego wieczorem stajemy w Porto Amazonas, minąwszy w drodze parowiec z partią kilkudziesięciu emigrantów polskich. W barakach portu zastaliśmy ich jeszcze kilkuset, pod wodzą p. Dublasiewicza z Płońska, oczekujących swojej kolei. Wszyscy są zapisani na S. Matheo. Opowiadają nam o fortelach, jakich używał tłumacz w Paranagua, aby ich skłonić do osiedlenia się na gorącym pomorzu i zachwiać zaufanie, jakie wychodźcy mieli do nas.

Wielka capibara, ważąca 150 funtów222, którąśmy zabili po drodze, idzie na kolację do kociołków emigranckich. Wielu się waha, czy mają jeść to mięso, nie mogąc rozstrzygnąć zoologicznej kwestii, czy to jest wodna świnia, czy też taki wielki szczur wodny. Dajemy przykład i capibara szybko znika w żołądkach emigranckich.

Powrót nasz do Curitiby nie był zbyt wygodny. Dostawszy się do San Luis wynajętym wózkiem parokonnym po haniebnej drodze, zastaliśmy dyliżans szczelnie zapełniony, a za wynajęcie koni oberżysta żądał skromnej sumki 55 milreisów. Złożywszy tedy pakunki nasze na przechodzącą tamtędy brykę frachtową, sami udaliśmy się do Campo Largo, tj. o cztery mile, piechotą. W miasteczku znaleźliśmy już bez wielkiej trudności wózek Niemca kolonisty, służący zwykle do wożenia kartofli, i parę dobrych koni. Późną nocą stanęliśmy, jednocześnie prawie z dyliżansem, w Grand-Hotelu stolicy.