II. Helena Campbell
Wiejski dom zamieszkiwany przez braci Melvill i miss Campbell był położony o trzy mile od małego miasteczka Helensburgh, nad brzegiem Gare Loch, w jednej z tych malowniczych miejscowości, jakie powstały na prawym brzegu rzeki Clyde.
W czasie zimy bracia Melvill i ich siostrzenica zamieszkiwali w Glasgow, w starożytnym gmachu na ulicy West George Street, w dzielnicy arystokratycznej nowego miasta, niedaleko od Blythswood Square. Tutaj bawili przez sześć miesięcy lub krócej, jeżeli, ma się rozumieć, kaprys Heleny, któremu nie opierali się wcale, nie nakłonił ich do dłuższego pobytu na wybrzeżach Włoch, Hiszpanii lub Francji. W czasie tych podróży patrzyli na wszystko oczami ukochanej pupilki, szli tam, gdzie się jej iść podobało, zatrzymywali się tam, gdzie uważała za stosowne się zatrzymać, admirując to, co zasługiwało na jej uwielbienie. Następnie, kiedy miss Campbell zamknęła swój album, w którym zamieszczała szkice już to ołówkiem, już to piórem, jako wspomnienie po odbytej podróży, powracali do Zjednoczonego Królestwa i na nowo obejmowali w posiadanie wygodny apartament na West George Street.
Już maj zbliżał się do końca, gdy brat Sam i brat Sib uczuli gwałtowne pragnienie udania się na wieś. Przypadło to jakoś w tym samym czasie, gdy i miss Campbell objawiła niemniej stanowcze życzenie pożegnania Glasgow, schronienia się przed hałasem wielkiego przemysłowego miasta, uwolnienia się od kłopotliwych spraw, ujrzenia nieba niezaciemnionego dymem, odetchnięcia powietrzem nienasyconym kwasem węglowym, tak jak niebo i powietrze metropolii, której tytoniowi lordowie (Tobacco Lords) przed kilku wiekami nadali wielkie znaczenie handlowe.
Cały tedy dom, i państwo, i służba, pojechali na wieś.
Helensburgh jest wioseczką nadzwyczaj przyjemną. Jest to ośrodek kąpielowy często odwiedzany przez tych wszystkich, którym czas pozwala zmieniać spacery nad Clyde na wycieczki nad jeziora Katrine i Lomond, cenione przez turystów.
O milę od wioski, nad brzegiem Gare Loch, bracia Melvill wybrali sobie najodpowiedniejsze miejsce do zbudowania domu ocienionego wieńcem drzew, pośród dwóch strumieni, na gruncie bardzo przydatnym do założenia parku. Powietrze świeże, grzędy przepełnione zielonością, gałki, kwiaty, łąki z ziołami higienicznymi, tak potrzebnymi dla trzód owiec, stawy z powierzchnią jasną odbijającą się wyraźnie od czarnego dna łożyska wód, po której pływała masa łabędzi, tych cudownych ptaków, o których mówi Wordsworth, że „Łabędź się zdwaja na wodzie, płynie bowiem on i jego cień” — jednym słowem wszystko to, co natura utworzyła czarownego dla oczu, a do czego nie dotknęła nigdy ręka ludzka, składało się na letnią rezydencję bogatej rodziny.
Należy jeszcze dodać, że część parku powyżej Gare Loch tworzyła czarowny krajobraz. Na prawo widać było uroczą włoską willę należącą do księcia Argyle. Na lewo mała wioseczka Helensburgh uwydatniała się w szeregu małych domków, malowniczo rozrzuconych nad brzegiem rzeki. Wprost na lewym brzegu Clyde wznosił się port Glasgow, ruiny zamku Newark i Greenock i las masztów różnobarwnych, co tworzyło panoramę bardzo urozmaiconą, od której niepodobna było oderwać wzroku.
Widok ten jeszcze się bardziej rozwijał, upiększał, dochodził majestatyczniejszych rozmiarów, gdy się wstąpiło na główną wieżę domu.
Na ostatniej kondygnacji tej wieży, ustrojonej w chorągwie i emblematy narodowe, zwykła była miss Campbell spędzać godziny na marzeniu. Urządziła tu bardzo wdzięczne schronienie, przewietrzne jak obserwatorium, gdzie mogła czytać, pisać, nawet spać zabezpieczona od wiatru, słońca i od deszczu. Tu jej też najczęściej szukano. Jeżeli zaś nie znajdowała się tutaj, to niewątpliwie, ulegając fantazji, przechadzała się w alejach parku sama lub w towarzystwie pani Bess, jeżeli nie wyjeżdżała konno do wsi sąsiedniej z wiernym Partridge’em, galopując gwałtownie, tak że intendent musiał nieustannie popędzać swego konia, by nie pozostać w tyle.
Pomiędzy liczną służbą domu wypada wyróżnić szczególniej te dwie osoby, tych zacnych służących, którzy do późnego wieku pozostali wierni rodzinie Campbell.
Elżbieta „Luckie” (matka), jak zwykli tu nazywać gospodynię, liczyła sobie tyle lat wieku, ile nosiła u pasa kluczy, a miała ich ni mniej, ni więcej, jak czterdzieści siedem. Była to prawdziwa gospodyni, poważna, lubiąca porządek, roztropna i z wielkim taktem zarządzała domem. Zdawało się jej nawet, że wychowała obu braci, chociaż byli od niej starsi; dla miss Campbell żywiła prawdziwie macierzyńskie uczucia.
Przy niej wyrastała inna potężna osobistość, Szkot Partridge, sługa oddany duszą i ciałem swemu państwu, zawsze wierny obyczajom swego samego klanu. Nigdy nie zmieniał stroju narodowego, nosił się wedle tradycji miejscowych górali: beret niebieski w pstre kolory, kilt, czyli rodzaj spódnicy z tartanu, z futrzaną torebką przyczepioną do paska na biodrach, długie skarpety oraz trzewiki z krowiej skóry.
Pani Bess do prowadzenia domu i Partridge do jego strzeżenia aż nadto wystarczali; nie potrzeba więcej służby, jeżeli się chce być zupełnie spokojnym na tym padole ziemi.
Widzieliśmy bez wątpienia Partridge’a w chwili, kiedy wezwany przez braci Melvill odpowiedział im na pytanie; wyraził się on wówczas o młodej dziewczynie „miss Campbell”.
Gdyby dzielny Szkot nazwał ją miss Heleną, to jest imieniem chrzestnym, dopuściłby się wykroczenia przeciwko regułom podkreślającym stopnie hierarchii, które zwykle znane jest pod nazwą snobizmu.
Nigdy rzeczywiście starsza córka albo jedynaczka szlachetnego rodu, nawet w kolebce, nie nosi imienia, jakie otrzymała na chrzcie. Gdyby miss Campbell była córką para, tytułowano by ją: lady Helena, ale gałąź rodu Campbellów, do którego należała, była poboczną linią i bardzo odległą od rodu palatyna sir Colina Campbella, sięgającego jeszcze czasów wojen krzyżowych, nosiła przeto tytuł miss. Od wielu wieków rozgałęzienie z głównego pnia rozdzieliło linie starszych przodków tego rodu, do którego należały klany: Argyle, Breadalbane, Lochnell i inne; lecz jakkolwiek przez swego ojca Helena zbyt była oddalona od głównego szczepu, czuła przecież w swych żyłach krew zacnej szlachetnej rodziny.
Jednakże, choć nie pochodziła z głównej linii, była prawdziwą Szkotką, jedną z szlachetnych cór Thule, z niebieskim okiem i włosami blond, której portret wykonany przez Findona lub Edwardsa mógłby śmiało pomieścić się obok Minny, Brendy, Anny Robsart, Flory MacIvor, Diany Vernon, miss Wardour, miss Katarzyny Glover, Mary Avenel, to jest: w albumie znakomitości, w których Anglicy zwykli pomieszczać najpiękniejsze typy swych wielkich romansopisarzy.
Miss Campbell była doprawdy czarująca. Uwielbiano jej piękną postać z oczami niebieskimi niby lazur jezior Szkocji, jak się zwykli malowniczo wyrażać mieszkańcy; jej smukłą kibić, jej dumną postawę, jej twarzyczkę z odcieniem rozmarzenia, do którego mieszała się po części ironia, całą jej postawę odznaczającą się wdziękiem i dystynkcją.
Miss Campbell nie tylko była piękna, ale i dobra. Bogata przez wujów, nie pyszniła się z tego wcale. Miłościwa, usprawiedliwiała stare przysłowie gaelickie: „Niech ręka, co się otwiera, będzie zawsze pełna”.
Przede wszystkim przywiązana do swego kraju, do klanu, do swej rodziny, była Szkotką duszą i ciałem. Jej patriotyczne serce drżało rozkosznie na każdą nutę, jaka przepływała nieraz do niej z gór Highlands.
De Maistre mówił: „Jest w nas dwie istoty: jedną jestem ja sam i inna jeszcze”.
„Ja” miss Campbell była to istota poważna, rozsądna, pojmująca życie bardziej z obowiązków niż z praw osobistych.
„Inną” była istota romansowa, cokolwiek skłonna do przesądów, lubiąca cudowne opowieści, jakie tak naturalnie pojawiają się w kraju Fingala; zbliżająca się w pewnym względzie do Lindamir, tych zachwycających bohaterek romansów rycerskich, lubiła wybiegać do sąsiednich dolin, żeby przysłuchiwać się „dudom Strathdearne”, jak nazywają mieszkańcy szkockich gór wiatr, który dmie w wąskich przejściach i wąwozach.
Brat Sam i brat Sib zachwycali się jednakowo: tą „ja” miss Campbell i tą „inną jej istotą”, lecz trzeba przyznać, że o ile tamta czarowała ich, o tyle ta druga wprawiała ich w pewne zakłopotanie niespodziewanymi wybuchami, wycieczkami w krainy marzeń, polotami ku lazurowemu niebu.
Czyż to nie ta druga istota spowodowała tak dziwną odpowiedź miss:
— Pójść za mąż? Ja? Zaślubić pana Ursiclosa... Zobaczymy. Przypomnimy to sobie!
— Nigdy — odpowiada „ja” miss. — Nigdy! a przynajmniej dopóty, dopóki nie zobaczę zielonego promienia!
Bracia Melvill spojrzeli po sobie, nie wiedząc, co czynić, gdy tymczasem miss Campbell zasiadła w gotyckim fotelu umieszczonym we wnęce okna.
— Czy słyszałeś o jakimś tam zielonym promieniu? — pyta brat Sam.
— Dlaczego koniecznie chce widzieć ten promień? — odparł brat Sib.
Dlaczego? Dowiemy się.
III. Artykuł w „Morning Post”
Oto, co w tym dniu zamieścił w swych szpaltach dziennik „Morning Post” jako wiadomość dla wszystkich zajmujących się osobliwościami fizycznymi świata:
„Czy kiedykolwiek obserwowaliście słońce, gdy zachodzi ono za horyzont morza? — Tak jest, bez wątpienia. Ale czy też zauważyliście ową chwilę w której wyższa część jego tarczy znika, musnąwszy poziom wody? — Bardzo możliwe. Jednakże czy zwróciliście uwagę na zjawisko powstające w tym właśnie momencie, gdy promieniejąca gwiazda rzuca ostatnie promienie, zwłaszcza, gdy niebo jest bez mgły i jaśnieje w całej czystości swego lazuru? — Być może nie. Otóż przy pierwszej sposobności, a nadarza się bardzo rzadko, zauważycie, że nie będzie to, jak dotąd sądzono, promień jaskrawoczerwony, podrażniający siatkówkę waszego oka, lecz promień zielony, tak cudownego odcienia, takiej zieloności, jakiej nigdy jeszcze nie wytworzyła paleta malarza, na jaką nie zdobyła się natura, malując tyle miriadów roślin, ani powierzchnia wód oceanu. Jeżeli w raju znajduje się zieloność, to niezawodnie musi być takiej jak ta barwy, jest ona bez wątpienia zielonością nadziei!”
Taki artykuł umieszczony został w „Morning Post”, a z tym właśnie dziennikiem weszła do pokoju miss Campbell. Prosta notatka obudziła w niej niezwykły zapał. Odczytała też z równym zapałem wujom powyżej podane kilka linijek, opiewających w lirycznej formie piękności „zielonego promienia”.
Ale to, czego nie wypowiedziała miss Campbelll było dużo ważniejsze, bo właśnie zielony promień powiązany był z dawną legendą, na której głębsze znaczenie nie zwracała dotąd uwagi. Jedna spośród licznych legend, jakie zrodziły się w Highlands, głosiła, że ten promień posiada własność taką, że kto raz go ujrzy, ten nigdy nie dozna w uczuciach zawodu, że jego pojawienie się rozprasza iluzje i kłamstwo; że na koniec ten, który będzie miał szczęście ujrzeć go choć raz, posiądzie zdolność czytania jasno we własnym sercu i w sercu innych.
Przebaczcie tej młodej Szkotce z Highlands jej poetyczną wiarę ożywioną nadspodziewanie przeczytaniem artykułu w „Morning Post”.
Słuchając miss Campbell, brat Sam i brat Sib patrzyli na siebie zaniepokojeni, zrobiwszy wielkie oczy. Aż dotąd w ciągu całego życia nie zdarzyło się im ujrzeć zielonego promienia i wyobrażali sobie, że można jednak żyć, nie widząc go wcale. Zdawało się, że Helena miała inne przekonanie i postawiła sobie za zadanie życia ujrzeć ów promień koniecznie.
— Ach, to jest to, co nazywają zielonym promieniem — rzekł brat Sam, z lekka poruszając głową.
— Tak jest — odpowiedziała miss Campbell.
— Jaki koniecznie chcesz widzieć — dodał brat Sib.
— A co nastąpi za waszym pozwoleniem, moi wujowie, i do tego jak najprędzej, jeżeli to nie zrobi wam przykrości.
— Bardzo dobrze. A jak go nareszcie ujrzysz...
— Skoro go ujrzę, pomówimy wówczas o panu Arystobulu Ursiclosie.
Brat Sam i brat Sib spojrzeli na siebie ukradkiem i uśmiechnęli się z zadowoleniem.
— A zatem idźmy ujrzeć ów zielony promień — rzekł jeden.
— Nie tracąc drogiego czasu — dodał drugi.
Miss Campbell zatrzymała ich poruszeniem ręki w chwili, kiedy właśnie otwierali okno w salonie.
— Trzeba czekać zachodu słońca — rzekła.
— Więc dzisiejszego wieczoru... — odpowiedział brat Sam.
— Skoro słońce zachodzić będzie na jasnym zupełnie horyzoncie — dodała miss Campbell.
— A zatem po obiedzie pójdziemy we troje aż do Roseneath — odezwał się brat Sib.
— Albo po prostu wejdziemy na wieżę — dodał brat Sam.
— W Roseneath, jak również i z naszej wieży — odpowiedziała miss Campbell — ujrzymy tylko horyzont rozciągający się nad brzegami Clyde. Tymczasem należy czynić obserwacje i badać słońce zachodzące na horyzoncie nad brzegami morza. Otóż należy do was, moi wujowie, abyście w jak najkrótszym czasie ukazali mi błękit owego horyzontu.
Miss Campbell mówiła z taką stanowczością, przy tym uśmiechała się tak wdzięcznie, że bracia Melvill zgodzili się na wyznaczenie terminu wykonania tej obietnicy.
— Być może, że to nic nagłego — zrobił uwagę brat Sib.
A brat Sam pospieszył z dodatkiem:
— Będziemy mieli zawsze dość czasu...
Miss Campbell poruszyła głową z wdziękiem.
— Nie będziemy mieli dość czasu — odpowiedziała — lecz przeciwnie, jest to bardzo nagłe.
— Czyżby to ze względu na sprawę pana Arystobula Ursiclosa? — rzekł Sam.
— Którego szczęście, zdaje się, zawisło od zbadania zielonego promienia... — dodał brat Sib.
— Przeciwnie. Dlatego, że mamy już sierpień — odpowiedziała miss Campbell — i że wkrótce mgła zaciemni niebo naszej Szkocji. Należy zatem korzystać z końca lata i z początku jesieni. Kiedyż pojedziemy?
Nie ulegało wątpliwości, że gdyby miss Campbell koniecznie jeszcze w tym roku pragnęła ujrzeć zielony promień, to należało się spieszyć i nie tracić czasu, mianowicie udać się na wschodnie brzegi Szkocji, umieścić się tam z możliwą wygodą, codziennie przyglądać się zachodowi słońca i czatować na jego ostatni promień, oto co trzeba było uczynić i do tego jak najprędzej, choćby w ciągu jednego dnia.
Być może, że miss Campbell wkrótce ujrzy spełnione życzenia, gdyż jak wspominał artykuł „Morning Post”, niebo nie zawsze, a nawet bardzo rzadko jest odpowiednie do ukazania tego zjawiska.
Dziennik ten miał zupełną słuszność.
Przede wszystkim należało odszukać i wybrać punkt na zachodniej stronie nieba, gdzie ten fenomen jest widzialny i w tym celu opuścić dotychczasową zatokę Clyde.
Rzeczywiście bowiem cały obszar zatoki Firth of Clyde był najeżony przeszkodami ograniczającymi widnokrąg. Takie były Kyles, Arran, półwyspy Knapdale i Kintyre, Jura, Islay, szeroko rozrzucone zręby skał skruszonych w czasie geologicznych przewrotów, tworzące rodzaj archipelagu na całej zachodniej części hrabstwa Argyle. Niepodobna wynaleźć tu wycinka morskiego horyzontu, na którym oko mogłoby pochwycić zachodzące słońce.
A zatem, nie chcąc opuszczać Szkocji, należało udać się albo na północ, albo bardziej na południe, ku szeroko ciągnącym się przestrzeniom, koniecznie jednak przed porą trwającej w jesieni mgły.
Dokąd się udadzą, było obojętne dla miss Campbell. Czy na brzegi Irlandii, Francji, Hiszpanii lub Portugalii, byle tylko udali się do takiego miejsca, w którym promieniejąca gwiazda pozdrawia ziemię ostatnim swym promieniem. A postanowiła tego koniecznie dokonać, bez względu, czy się to braciom Melvill podoba, czy nie.
Obaj panowie przygotowywali się do odpowiedzi, porozumiewając się spojrzeniami. Ale jakimi spojrzeniami, ileż to w nich było zręcznej filuterii i dyplomacji.
— A więc moja droga Heleno — rzekł brat Sam — nie ma nic łatwiejszego, jak spełnić twoje życzenie. Pojedziemy do Oban.
— Nie ulega wątpliwości, że nie ma odpowiedniejszej miejscowości jak Oban — dodał brat Sib.
— Jedźmy do Oban — odpowiedziała miss Campbell. — Ale czy jest morze w Oban?
— Czy jest? — zawołał brat Sam.
— Dwa morza! — krzyknął brat Sib.
— A zatem jedźmy.
— Za trzy dni — rzekł jeden z wujów.
— Za dwa dni — dodał drugi, który uważał za stosowne uczynić pewne ustępstwo.
— Nie, jutro — odparła miss Campbell, powstając w chwili, gdy odezwał się dzwon przywołujący na obiad.
— Jutro... dobrze... jutro — dodał brat Sam.
— Chcielibyśmy już być na miejscu — wtrącił brat Sib.
Mówił prawdę. Dlaczego ten pośpiech? Dlatego, że tam właśnie, w Oban, przebywał na letnim mieszkaniu pan Arystobul Ursiclos. I dlatego wreszcie, że miss Campbell, nie wiedząc o niczym, znajdzie się nagle wobec młodzieńca, wybranego spomiędzy uczonych najmniej nudnych, tak przynajmniej sądzili obaj bracia Melvill. Myśleli oni nadto, że miss Campbell, znużywszy nadaremnie wzrok badaniem zachodzącego słońca, wyrzeknie się swej fantazji i skończy na tym, że wyciągnie rękę do swego narzeczonego. Zresztą Helena wcale się nie domyśli zręcznego podstępu. Obecność pana Arystobula Ursiclosa wcale jej nie zmiesza.
— Bet!
— Beth!
— Bess!
— Betsey!
— Betty!
Seria imion znowu rozległa się donośnie w salonie, lecz tym razem pani Bess przybyła i otrzymała polecenie przygotować się do natychmiastowej nazajutrz podróży.
Rzeczywiście trzeba się było spieszyć. Barometr, który się podniósł do 30,3 cala (769 mm), zapowiadał stałą pogodę do pewnego czasu. Wyjechawszy rano nazajutrz, przybędą dość wcześnie i będą mogli obserwować zachód słońca.
Naturalnie przez cały ten czas i pani Bess, i Partridge byli nadzwyczaj zajęci przygotowaniami. Czterdzieści siedem kluczy w kieszeni jej sukni brzęczało jak dzwonek muła hiszpańskiego. Wiele trzeba było otworzyć szaf, wiele szuflad i wiele potem znowu zamknąć. Być może, że dom w Helensburgh pozostanie na długo osamotniony. Czyż nie trzeba liczyć się z kaprysami miss Campbell? A jeżeli się jej podoba po ujrzeniu zielonego promienia zrobić dalszą wycieczkę? Jeżeli zielony promień nie przedstawi się jak należy i ukryje przed nią część swoich powabów? Jeżeli wreszcie horyzont w Oban nie będzie dość odpowiedni, dość jasny do wykonania owej obserwacji? Jeżeli będzie potrzeba szukać innego posterunku astronomicznego na bardziej południowych brzegach Szkocji, Anglii lub Irlandii lub udać się na stały ląd, wyjadą jutro niewątpliwie, ale kiedy powrócą? Za miesiąc, za pół roku, za rok, za dziesięć lat?
— Skąd ta chęć oglądania zielonego promienia? — zapytała pani Bess Partridga, który jej dopomagał.
— Nie wiem — odpowiedział tenże — ale musi to mieć swoje znaczenie, bo wiesz mavourneen, że nasza kochana młoda pani nie czyni nic bez przyczyny.
Mavourneen jest wyrażeniem szkockim oznaczającym to samo co „moja droga”, a dzielna kobieta nie gniewała się, że ją w podobny sposób tytułował poczciwy Partridge.
— Jestem zupełnie tego samego zdania, Partridge, że fantazja miss Campbell ukrywa w sobie jakąś tajemną myśl.
— Jaką?
— Któż wie? Może to właśnie zręczna odmowa, odroczenie spełnienia zamiaru wujów.
— Rzeczywiście — potwierdził Partridge. — Nie wiem, dlaczego panowie Melvill tak się uporczywie zajmują tym panem Ursiclosem! Czy to rzeczywiście mąż odpowiedni dla naszej panienki?
— Bądź pewny — rzekła pani Bess — że jeżeli nie będzie całkowicie dla niej odpowiednim, nie pójdzie za niego. Powie śliczne „nie” swoim wujom, ucałuje jednego i drugiego, a nasi bracia ze zdumieniem zapytają się siebie, jakim sposobem mogli proponować człowieka, który jest zupełnie nieodpowiedni na małżonka. Co i mnie się zdaje.
— I mnie także.
— Uważasz, Partridge, serce miss Campbell jest jak szufladka zamknięta na trzy zamki. Tylko ona posiada do niego klucz i chcąc je otworzyć, trzeba ją o to prosić.
— Albo zabrać jej gwałtem — dodał poważnie Partridge.
— Nikt jej nie zabierze, gdyż nieustannie nad nim czuwa — odpowiedziała pani Bess. — Powiadam ci, że prędzej mi moją perukę wiatr zaniesie na szczyt wieży kościelnej świętego Mungo, niż nasza panienka poślubi pana Ursiclosa.
— Południowiec! — zawołał Partridge, który choć się urodził w Szkocji, zawsze mieszkał na południe od Tweed.
Pani Bess potrząsnęła głową. Oboje rozumieli się doskonale. Z trudem godzili się, by ziemie Lowlands6 były częścią dawnej Kaledonii7, bez względu na traktaty Unii. Zresztą nie byli wcale zwolennikami ułożonego małżeństwa.
Spodziewali się czegoś lepszego dla miss Campbell. Nie zgadzaliby się nawet i wówczas, gdyby zaproponowany kandydat był odpowiedni.
— Ach, Partridge — rzekła pani Bess — dawne obyczaje górali były dużo lepsze i małżeństwo dopełnione wedle tradycji klanów było dużo szczęśliwcze niż dziś.
— Wypowiedziałaś, moja droga, istotną prawdę — odparł poważnie Partridge. — Dawniej szukano więcej w okolicy serca, a mniej w okolicy kieszeni. Pieniądze są dobre, bez wątpienia, ale uczucie lepsze.
— Tak jest, Partridge. Starano się przed ślubem dobrze nawzajem poznać. Przypominasz sobie zapewne, co się działo na jarmarku świętego Olla w Kirkwall? Przez cały czas jego trwania, od początku sierpnia, młodzi ludzie kojarzyli się w pary, a te pary nazywano „bratem i siostrą pierwszego sierpnia”. Brat i siostra, czyż to nie jest łatwy sposób przysposobienia męża i żony? I zobacz, teraz właśnie mamy porę, kiedy zaczyna się jarmark świętego Olla. Dałby Pan Bóg, żeby wróciły dawne zwyczaje!
— Oby cię wysłuchał — odpowiedział Partridge. — I pan Sam, i pan Sib, gdyby się byli skojarzyli z jakimi ładnymi Szkotkami, nie uniknęliby wspólnego wszystkim losu i miss Campbell miałaby dwie ciotki więcej w rodzinie.
— Zgadzam się zupełnie — odpowiedziała pani Bess — ale zechciej teraz połączyć w parę miss Campbell z panem Ursiclosem, a prędzej Clyde przeniesie się z Helensburgh do Glasgow niż będą razem dłużej niż osiem dni.
Pomijając już niestosowność owej poufałości, jaką nakazywał zwyczaj w Kirkwall, dawno zapomniany, potrzeba przyznać, że następne fakty po części usprawiedliwiły twierdzenie pani Bess. Zresztą, ani miss Campbell, ani pan Arystobul Ursiclos nie byli „bratem i siostrą pierwszego sierpnia” i jeżeliby się rzeczywiście nie pobrali, to jedynie dlatego, że narzeczeni nie znali się wcale, jakby to miało miejsce wówczas, gdyby istniał jeszcze obyczaj jarmarczny na świętego Olla.
Wreszcie, prawdę mówiąc, jarmarki prowadzi się tylko dla interesów, nie zaś dla zawierania małżeństw. Niech więc pani Bess i pan Partridge dręczą się upadkiem zwyczajów, a my przystąpimy do dalszego ciągu naszej opowieści.
Odjazd został zdecydowany. Miejsce odpoczynku wybrane. W dziennikach high life, to jest wielkiego świata, w rubryce wczasów i letnich mieszkań, od jutra bracia Melvill i miss Campbell pomieszczeni zostaną na liście gości bawiących u wód w Oban. Kwestia w tym, w jaki to sposób się to stanie.
Do tego małego miasteczka, które leży nad brzegiem Mull, na północny wschód od Glasgow, dojeżdża się dwoma zupełnie odmiennymi drogami.
Pierwsza jest droga zwyczajna, lądem. Jedzie się do Bowling, potem do Dumbarton, prawym brzegiem rzeki Leven, około Balloch, leżącego na ostatnim krańcu Lomond, przebywa się najpiękniejszą okolicę jezior szkockich, około trzydziestu wysp między brzegami historycznymi, słynącymi z podań i tradycji o MacGregorze, MacFarlanie, przez kraj Rob Roya i Roberta Bruce’a, wreszcie dojeżdża się do Dalmally i stąd znowu drogą wijącą się po spadkach gór, ponad wodospadami, fiordami, w poprzek łańcucha wzgórz Grampians, przez doliny, w których rosną sosny, dęby, brzozy, tak że turysta schodzi do Oban oczarowany tym widokiem. Malownicze brzegi tej miejscowości można śmiało porównać z najpiękniejszymi krajobrazami rozścielającymi się nad Oceanem Atlantyckim.
Wycieczka zatem urocza, którą powinien odbyć każdy podróżnik zwiedzający Szkocję; jednakże na całej tej przestrzeni nie mas horyzontu morskiego. Otóż tedy bracia Melvill, którzy doradzili miss Campbell puścić się tą drogą, czy nie cofną swej propozycji?
Druga droga odbywa się rzeką lub morzem. Płynąc po rzece Clyde aż do zatoki tej samej nazwy, pomiędzy wyspami i wysepkami przyczepionymi do tej części oceanu jak olbrzymia ręka szkieletu, skąd po prawej stronie owej ręki płynie się do portu Oban. Tutaj to właśnie było czym przywabić miss Campbell, dla której cudowny kraj między jeziorem Lomond i jeziorem Katrine nie miał żadnej tajemnicy. Zresztą pomiędzy wyspami a zatoką znajdowała się przestrzeń okolona linią wody. Lecz czy przy zachodzie słońca, gdy na horyzoncie wypogodzonym nie pojawi się żadna chmurka, będzie można dostrzec zielony promień, którego istnienie trwa zaledwie piątą część sekundy?
— Pojmujesz tedy, wuju Samie — rzecze miss Campbell — i ty, wuju Sibie, że wystarczy na wszystko jedna chwila! Gdybym ujrzała to, co chcę widzieć, podróż by się skończyła i nie potrzeba by było wcale jechać do Oban.
Zupełnie innego przekonania byli bracia Melvill. Chcieli koniecznie jakiś czas zamieszkać w Oban, wiadomo dlaczego, i nie przypuszczali nawet, że zbyt szybkie pojawienie się zjawiska pomiesza im szyki.
Jednakże ponieważ miss Campbell miała głos stanowczy i ponieważ wybrała drogę morską, musiano się na to zgodzić.
— Bodaj licho porwało ten zielony promień — rzekł brat Sam, gdy miss Campbell oddaliła się ze salonu.
— I tych, którzy go wynaleźli! — dodał brat Sib.