XVII. Na pokładzie Clorindy
Nazajutrz o godzinie szóstej rano uroczy statek o ładunku od czterdziestu pięciu do pięćdziesięciu ton miał wypłynąć z przystani Iony. Była to Clorinda, która przy lekkim wietrzyku z wolna wysuwała się na świetlną powierzchnię morza.
Clorinda wiozła na swym pokładzie miss Campbell, Oliviera Sinclaira, brata Sama i brata Siba oraz panią Bess i Partridge’a.
Nie potrzebujemy dodawać, że między podróżnymi nie znajdował się zgoła Arystobul Ursiclos.
Oto co postanowiono po wypadku mającym miejsce poprzedniego dnia.
Miss Campbell, kierując się z powrotem do oberży, wyrzekła głosem krótkim, ale stanowczym:
— Moi wujowie, ponieważ pan Arystobul Ursiclos ma zamiar, jak uważam, dłużej pozostać na Ionie, nie przeszkadzajmy mu zupełnie. Już tyle wypłatał nam figlów, że jego obecność jest nam wcale nieużyteczna.
Na takie odezwanie się, bracia Melvill odpowiedzieli:
— Rzecz skończona, przecież nie zobowiązywaliśmy się do niczego stanowczego.
Kiedy zaś wszyscy żegnali się przed drzwiami oberży „Pod bronią Duncana”, miss Campbell rzekła:
— Jutro odjeżdżamy, nie pozostanę tutaj dłużej ani jednego dnia.
— Postanowiono i będzie wykonane, moja droga Heleno — odparł brat Sam — ale dokąd się udajemy?
— Tam, gdzie nie potrzeba będzie spotykać się z panem Ursiclosem. Należy zatem miejsce naszego przyszłego pobytu zachować w najściślejszej tajemnicy.
— Bardzo słusznie, ale dokąd masz zamiar wyruszyć?
Na szczęście przy rozmowie był obecny Olivier Sinclair, który w ten sposób odpowiedział na pytanie rzucone przez zakłopotanego wuja Sama:
— Miss Campbell, wszystko można urządzić w sposób zadowalający. Oto niedaleko stąd znajduje się malutka wysepka, bardzo odpowiednia do naszych obserwacji, a jestem pewny, że nikt z obcych nie przerwie nam samotności.
— Gdzie jest?
— To wyspa Staffa, z której można widzieć na dwa tysiące mil.
— Czy jednak można tam żyć i przebywać bezpiecznie?
— Tak jest — odparł Olivier Sinclair. — W porcie Iony można ujrzeć elegancki jacht, gotowy wyruszyć na morze. Jego kapitan jest zawsze do dyspozycji chętnych turystów. Cóż nam zatem przeszkodzi jutro z brzaskiem poczynającego się dnia wyruszyć stąd?
— Panie Sinclair — rzekła miss Campbell — jeżeli jutro uda się nam stąd wymknąć bez czyjejkolwiek wiedzy, pozyskasz pan całą moją wdzięczność.
— Jutro, około południa, ponieważ potrzeba koniecznie odpowiedniego wiatru, będziemy już na Staffie — odpowiedział Olivier Sinclair — i ręczę, miss Campbell, że żaden obcy nie zamąci nam spokoju.
Idąc tedy za zwyczajem, bracia Melvill zawołali, wymieniając rozmaite nazwiska:
— Bet!
— Beth!
— Bess!
— Betsey!
— Betty!
Pani Bess pojawiła się natychmiast.
— Wyjeżdżamy jutro — wyrzekł brat Sam.
— Jutro o brzasku dnia — dodał brat Sib.
Nic nie odpowiedziawszy, pani Bess wraz z swym towarzyszem zajęła się przygotowaniami do podróży.
W tym czasie Olivier Sinclair udał się do portu w celu rozmówienia się z Johnem Olduckiem.
Był to kapitan okrętu.
Nazajutrz o godzinie szóstej pasażerowie rozlokowali się na pokładzie, zniesiono też odpowiednie zapasy i prowianty.
Tak więc z brzaskiem dnia miss Campbell znalazła się na bardzo gustownie urządzonych jachcie. Wszyscy byli niezmiernie uradowani, o podróży tej bowiem ani o jej kierunku i celu nikt zgoła nie wiedział.
Odległość pomiędzy dwoma wyspami była bardzo niewielka. Zresztą miss Campbell wcale się o to nie troszczyła. Clorinda wypłynęła z portu, a to jej wystarczało. Za chwilę wyspa Iona znikła w mgle, a razem z nią nieprzyjemności, jakich tam doznała.
Rzekła tedy z całą szczerością do wujów:
— Czy nie mam słuszności, ojcze Samie?
— Zawsze, moja droga Heleno.
— Czy mama Sib zgadza się także?
— Zawsze, moja kochana.
— A zatem — odpowiedziała, całując ich obu — zgadzamy się, że pomysł, żeby wybrać mi takiego małżonka, nie był rozsądny.
Wróciła zatem wesołość.
O godzinie ósmej wszyscy zasiedli do śniadania w mesie Clorindy.
Kiedy miss Campbell powróciła na pokład, statek zmienił już kierunek. Zwrócił się ku znakomitej przystani, na której znajdowała się latarnia morska, a następnie bez przeszkód popłynął dalej.
Jacht płynął z nadzwyczajną szybkością wprost ku skalistej wyspie Staffie, zupełnie odosobnionej pośród morza. Zdawało się, że wysepka ta jest jakby przelotnym zjawiskiem na wielkich przestrzeniach wód oceanu.
Około godziny jedenastej statek powtórnie zmienił kierunek, żeglując teraz wciąż ku północy. Już się zarysowały w oddali szare bazaltowe brzegi. Jacht starannie omijał skaliste wybrzeża, wreszcie dotarł aż do małej zatoki blisko groty Clam Shell, gdzie zwinięto żagle i opuszczono kotwicę.
W chwilę później miss Campbell wraz ze swoimi towarzyszami zeszła z pokładu i wspięła się po stopniach wyciętych w skale. Drewniane schody z barierką prowadziły dalej na górę klifu i w głąb wyspy, skorzystali z nich i dotarli na położony powyżej płaskowyż.
Więc to była nareszcie upragniona Staffa, z dala od wszelkich siedlisk ludzkich, jakby zostali wyrzuceni nawałnicą na bezludną wyspę Pacyfiku.