List CLIV

Środa, 8 listopada 1775

Listów moich brakuje ci, a obecność moja nie jest ci potrzebna. Spędziłeś pięć dni w Paryżu, wyrzucając mi, i sobie także, wszystkie chwile, któreś tu spędził. Byłeś dwa tygodnie w Fontainebleau, nie minął ani jeden dzień, w którym byś nie mógł znaleźć wygodnej sposobności, aby przyjechać i wrócić. Wiedziałeś, że jestem chora, wiedziałeś, ileś przyczynił się do tej choroby; i po tym wszystkim piszesz mi — i ma mnie to przepełnić radością i wdzięcznością! — że gdybyś przybył do Paryża, ja byłabym jedynym przedmiotem twej podróży. Toteż nie podjąłeś jej! I potem śmiesz twierdzić, iż jeżeli mnie to nie przejmuje rozczuleniem, to znak, że stałam się bardzo wymagająca i niesprawiedliwa!

Och! jakże ty ściskasz mi serce, kiedy chcesz mi dowieść, że powinnam być rada z twego postępowania! Nie skarżyłabym się nigdy, ale sprawiasz niekiedy, iż muszę krzyczeć, tak ból, który mi zadajesz, jest ostry i głęboki. Mój przyjacielu, byłam kochaną; jestem nią jeszcze i umieram z żalu na myśl, że to nie przez ciebie. Daremnie sobie powtarzam, iż nie zasłużyłam nigdy na to szczęście; tym razem serce każe zmilczeć miłości własnej: mówi mi, że jeżeli kto powinien mnie był pokochać, to ten, który miałby dla mnie dość uroku, aby mnie pocieszyć po panu de Mora i zatrzymać przy życiu po jego utracie. Ale czy kiedykolwiek jest się kochanym przez tego, kogo się kocha? Czy sprawiedliwość i zastanowienie wchodzą kiedy w to tak mimowolne i tak despotyczne uczucie?

Och! gdyby było możebnym poddać je woli, od jakże dawna nie byłbyś już niczym dla mnie! Tak, powiadam niczym; gdybym nawet miała cię obrazić, powiem, że widziałam cię z nazbyt bliska, abyś był moim przyjacielem, gdybyś nie był mym największym ukochaniem na ziemi; słowa twoje, ton ranią mnie w tysiączny sposób; co więcej, uważam cię za niezdolnego do pamięci, przywiązania i współudziału, jakiego wymaga przyjaźń. Ale nie przestraszaj się; masz to, co naprawia i okupuje wszystko w świecie: masz urok; posiadasz wszystkie przymioty i powaby, które mogą pochlebiać próżności i nakazać miłość i przyjaźń dla ciebie. Komuż by nie pochlebiało mienić się przyjacielem człowieka, który nie ma równego sobie, który ma talent, geniusz i którego nieodzownie czeka to, co ludzie nazywają wielką przyszłością?

Oto co rzuciło całą twą nową rodzinę na kolana przed tobą: oto co sprawia, iż schlebia ona i głaszcze twą miłość własną od rana do nocy: oto jak cię spowiła, jak się poddałeś i jak zostaniesz w jarzmie na resztę życia.

Ha! jeżeli czujesz się szczęśliwy, to wystarczy. Więcej siły, podniosłości i filozofii uczyniłyby cię może droższym i szacowniejszym w oczach paru zacnych ludzi; ale ty wolisz pokładać ambicję w tym, aby działać na wielką liczbę. Całe twoje postępowanie zmierza ku temu, aby zdobyć ten rodzaj powodzenia, który prowadzi do fortuny, ale który każe często powiedzieć:

Nieraz Fortuna drogo sprzedaje swe dary.