List CLV

Czwartek, 9 listopada 1775

Piszę do ciebie co dzień. Ale tym razem naprawdę mówię do ciebie, ten list bowiem oddam ci własnoręcznie. Wiesz dobrze, czego chcę przede wszystkim: być z tobą szczera, nawet narażając się na to, iż wydam ci się niespełna rozumu.

Nie pochwalam wielkich zmian, jakie dokonałeś w Hetmanie: wątpię, aby mimo wszystko zdołały one zadowolić wszystkie reguły wymagane przez artystów z rzemiosła jak pan de Voltaire etc., etc.; poza tym rola Adelaidy zmieni zupełnie charakter: jeżeli śmierć jej stanie się konieczną, będzie musiała być podobna do Zulimy, a nie do Rzymianki Corneille’a. Ale ty posiadasz dosyć talentu i odczucia, aby dumny i podniosły charakter przekształcić na duszę tkliwą i namiętną; nie na to więc chcę położyć nacisk.

Ale zważ, że jeżeli przemienisz tak i przebudujesz całą sztukę, zaczną ją sądzić na nowo, i to surowiej niż za pierwszym razem, i słusznie. Pierwszy raz ustąpiłeś woli królowej; oznajmiłeś, iż nigdy nie miałeś zamiaru pisać tej sztuki na scenę, i co za tym idzie, pobłażliwość miałeś zapewnioną. Wówczas postępowanie twoje jest proste, nie może być mowy o miłości własnej autora; publiczność wdzięczna ci jest za piękności, których pełno w tym dziele: chwalą talent, a jeżeli sobie pozwalają na krytykę, czy to co do treści, czy wykonania, dodają równocześnie: „Nie pisał z myślą o teatrze”.

Obecnie, drogi przyjacielu, występujesz ze wszystkimi pretensjami autora, wszystko zburzyłeś. Zaciągnąłeś tedy wielkie zobowiązania, jasnym bowiem jest, iż poczyniłeś te zmiany dla wystawienia sztuki. Nikt nie będzie wątpił, że to ty skłoniłeś królowę do zażądania jej na nowo, aby ją móc wystawić z poprawkami, po których się spodziewasz wielkiego powodzenia. Czy zdobędziesz to powodzenie, choćby najbardziej zasłużone? Czy sądzisz, że względy pana de Saint-Germain, że dobroć, jaką okazuje ci królowa, nie obudziły zawiści?

Słyszę, jak syczą węże, i za nic w świecie nie chciałabym być obecna na tym drugim przedstawieniu, któremu wciąż jestem przeciwna z całej duszy. Ale jeżeli, jak powiadasz, było ono nieuchronne, trzeba było, aby miało wyraźne tego cechy, a tym samym aby sztuka ukazała się w bezwarunkowo tej samej postaci, w jakiej królowa oglądała ją po raz pierwszy.

Jedyną zmianą, na jaką mogłeś sobie pozwolić, było obrócić cały wysiłek na podniesienie czystości, wykwintu i szlachetności stylu; aby każdy, wychodząc z teatru, rzekł: „Nie przypuszczałem, że to tak dobrze napisane; ani śladu niedbałości, pośpiechu; ależ on włada wierszem wprost cudownie; ta sztuka byłaby niezrównana, gdyby sobie z góry założył napisanie jej dla sceny; można ją postawić obok największych arcydzieł: pióro godne Woltera; dobrze zrobił, że wystawił ją drugi raz; wartość stylu uchodziła uwagi przy pierwszym czytaniu”.

Oto, mój przyjacielu, co chciałabym słyszeć. Zamiast tego, podniesie się burza krytyk i jakiekolwiek zmiany byś przedsięwziął, ręczę ci, iż zabiją istotne piękności dzieła. Nie rolę Adelaidy będą sądzić, ale pretensje pana autora, który w istocie zaciąga nowe zobowiązania wobec publiczności. Mój przyjacielu, choćbyś mnie zabił, będę twierdziła, że mam słuszność; zresztą zrobisz, jak zechcesz; umywam ręce. Ale nie powiem ci jak wszystkie te panie, które umieją chwalić, ale nie czuć: „Jakie piękne! jak zyskało na zmianie! Jakie to będzie miało powodzenie!”. A ja ci powtórzę tysiąc razy: nie, nie będzie miało powodzenia, właśnie dlatego że jest zmienione!

No, milczę już, założyłabym się bowiem, że nie to chciałeś usłyszeć; napracowałeś się; jesteś upojony pięknością tego, coś stworzył; to co było poprzednio, wydaje ci się ohydne; zmusisz głupią publiczność, aby ci oddała sprawiedliwość; istnieje miara talentu, która miażdży zawiść; dobrze więc; rób szaleństwo, jeżeli chcesz.