List CLX

Środa, szósta rano, listopad 1775

Nie mogę powiedzieć: pierwsza moja myśl jest dla ciebie, nie spałam bowiem jeszcze; ale myśl moja jest pełna ciebie, chcę ci powiedzieć, że cię kocham, nim parę chwil snu wyrwie mnie przyjemności odczuwania tego. Miły mój, położyłam się bardzo smutna; oczekiwałam cię długo, ta nadzieja ożywiała i podtrzymywała mą duszę. Ale kiedy godzina spodziewania się minęła, osunęłam się bardzo nisko, ciało bowiem było bardzo podupadłe. Było u mnie trochę ludzi, ale nie bardziej samotnie czułabym się na pustyni. Och, dobry Boże, mówiłam sobie, słysząc, jak oznajmiają coraz to kogoś, wszyscy, których nie oczekuję, których nie pragnę, przychodzą, są punktualni, gorliwi. Straszne jest żyć tylko w jednym punkcie, mieć tylko jeden cel, jedno pragnienie, jedną myśl.

Mój przyjacielu, to, co przechodzę, z pewnością nie jest lekarstwem na gorączkę; mimo to mniejsza jest niż poprzedniej nocy; nie czuję ani pragnienia, ani żaru, ani jakiegoś odurzenia. Wyobraź sobie, niepodobieństwem mi było zajmować się tobą, uczucie moje umykało mi się jak wszystko inne, ten brak władzy nad myślą wzmagał mą gorączkę i podniecenie. Obecnie jestem spokojna; cierpię, ale w znośny sposób.

Czy jesteś w Paryżu, drogi mój? Czy zobaczę cię dziś rano? Mój Boże, życzę ci najlepszej, najświetniejszej przyszłości, wszystkich powodzeń; ale jakie to nieszczęście przywiązać się do kogoś, kogo wszystko od nas oddala! Jeżeli pan do Saint-Germain potrzebuje cię, będziesz niewątpliwie w Wersalu; wystawienie sztuki ściągnie cię tam z pewnością; a potem żona, rodzina, upodobania, rozrywki!

Drogi mój, nie skarżę się na nic; ale sumiennie powiedz, czy będę mogła wyżyć w tych warunkach? To, co uczyniłbyś dla mnie, kosztowałoby cię dużo, a to, czego byś nie uczynił, przyprawiłoby mnie o tortury. Lepiej, lepiej powiedzieć i postąpić jak żona Petusa: Nie płaczę, ale umieram. Nie wiem, czy to gorączka, ale od dosyć dawna głowa moja jest wyczerpana i przesycona łzami. Nie mam ich już: tej ulgi nie stało już memu nieszczęściu.

Ale, miły mój, o tobie pragnę mówić. Przybyłeś tedy bardzo późno, z pewnością bowiem słyszałabym o tobie dziś, gdybyś przybył o piątej. Ale ostatecznie otrzymałeś ode mnie dwa listy, a w sobotę nie wiedziałeś, czy żyję jeszcze; zrozumiałym jest, iż tego rodzaju niepewność zostawia w spokoju. Gdybyś wiedział, co jeszcze odkryłam przeciw tobie? Ale aby nie zohydzić się w twoich oczach, trzeba mi ukrywać, do jakiego stopnia lekkość twoja mnie nęka; tak, trzeba mi obrócić całą resztkę sił na ukrywanie bólu, jaki mi sprawiasz.

Bywaj zdrów, drogi. Niezręczność popełniłam, pisząc, iż mam cię połajać; przyjdziesz z mniejszą przyjemnością; co do mnie, ręczę ci, iż nie zmniejszy to rozkoszy oglądania ciebie. Niestety! mógłbyś bezkarnie chcieć mnie zamordować, zamordować mnie; widzisz, czy słabość moja zostawia miejsce na urazę! Kocham cię.