List CLXXXV
Północ, marzec 1776
Trzeba pisać do ciebie! Ależ, doprawdy, to prawie tak, jakbyś mi powiedział: trzeba wdrapać się na księżyc. Drogi mój, ustąpiłam i jeżeli czego mi żal, to tego, że ustąpiłam nie twojej jedynie prośbie; wydzierając mi to tak, doprowadzono mnie do tego, iż zalałam się łzami, przebaczysz mi to. Ale nie mogę się dość nadziwić; po co to upieranie się przy mym życiu. Odpowiadają mi wszyscy, iż nigdy nikt tak nie umiał kochać jak ja. Och! dobry Boże! ta zasługa zyskała mi w odpłatę trzydzieści lat cierpienia i potem, na końcu, śmierć! Nie wiem, czy to zachęci nasze upierzone damulki.
Przyjmę tedy doktora Bordeu jutro o czwartej, mam bowiem nóż na gardle. Nie przychodź o tej godzinie.
Czy będziesz na balu? Właśnie dwa lata, jak w podobnym dniu i w okolicznościach jeżeli nie równie smutnych, to przynajmniej równie przejmujących, poszedłeś, rozstawszy się ze mną, na bal Opery. Tak, przypominam sobie dobrze, wylewałeś łzy w ciągu wieczora... Szczęśliwa lekkomyślność! Życzę ci jej i teraz; to by mi było dowodem, że twoje kiszki lepiej; ja w swoich czuję ogień i brzytwy.
Miałam dziś całą swoją gwardię; siedzieli we trzech aż do wpół do jedenastej, musiałam ich wyprawiać. Położę się, trzeba mi było bowiem wstać. Dobranoc. Jesteś bardzo miły i gdyby nie głębokie doświadczenie, nie podobna by mi się nie wzruszyć; tyle starań, tyle ciepła, tak szczery ton i wyrazy uczucia, i to wszystko, dobry Boże, dla kogo? Dla istoty, którą śmierć wysłuchała wreszcie i przy której czuwa z dnia na dzień! Dlaczegóż tedy chciałbyś mnie uczynić tak niekonsekwentną?
Och, brakowałoby jeszcze dla dopełnienia mego okropnego losu, abym zaczęła żałować tego, czego nie mogę już zachować ani wstrzymać!
Bądź zdrów, drogi, proszę wiadomości.