List CXLII
Niedziela wieczór, 15 października 1775
Mój przyjacielu, trzebaż tedy, aby nas zawsze było dwoje? Nie umiesz nic powiedzieć, nie masz mi nic do powiedzenia, skoro ja umilknę. Och, Boże, gdyby nikt nie stał za twymi plecami, gdyby nie czytano ci przez ramię, gdyby listy nie walały się, mimo twej wiedzy, po ziemi, pisałabym do ciebie całe tomy; nie czekałabym odpowiedzi. Przelałabym mą duszę, życie w to, aby się skarżyć, aby ci przebaczać, aby kochać ciebie. Ale jak to możliwe? Jak odzyskać siłę, którą mi odjąłeś? Cios, którym mnie ugodziłeś, ugodził mą duszę, a ciało moje łamie się, czuję to.
Nie chcę ani cię przerażać, ani wyzyskiwać twego współczucia, ale czuję, że z tego umieram. Nie ma już dla mnie ratunku; przypuszczając bowiem niemożliwość: to jest, że stałbyś się znów wolny i że byłbyś dla mnie tym, czym pragnęłam, byłoby za późno; podwaliny życia są podgryzione, widzę to bez żalu i przestrachu. Mój przyjacielu, przeszkodziłeś mi zabić się i zadałeś mi śmierć! Cóż za niekonsekwencja! Ale przebaczam ci: niedługo wszystko będzie obojętne. Mój Boże, nie chcę ci robić wymówek, gdybyś czytał w mej duszy, jakże daleką jest od chęci sprawienia ci nawet chwilowej przykrości!
Nie, w otchłani nieszczęścia, czując się ofiarą tego, iż pokochałam, czując się równie występną jak nieszczęśliwą, znajduję w sercu jedynie najżywsze pragnienie twego szczęścia; twoje dobro jest jeszcze główną sprężyną życia, które mnie opuszcza. Bądź zdrów, drogi mój; widzisz, nie byłam zła; ale są miejsca, rzeczy, które nie zostawiają we mnie nic prócz bólu. Pisz do mnie: mów mi, co robisz, czy jesteś zadowolony: czy to, co cię obchodzi, skończyło się, jak pragnąłeś. Wreszcie, drogi mój, znajdź, jeśli możebne, nieco słodyczy, aby wlać parę chwil wytchnienia w serce głęboko zranione, a które mimo to całe jest twoim.
Będę pisała co wieczór, wyjeżdżając zaś z Fontainebleau, odeślesz mi wszystkie listy. Och, nie nazywaj tego nieufnością; to raczej troska o ciebie i o twój spokój.