List CXLI
Piątek o czwartej, 6 października 1775
Drogi mój, nie zrobiłam tego, co chciałeś, przepraszam, ale jest nad moje siły przesłać ci list tam, gdzie bawisz w tej chwili. Nie jestem wszelako tak niesprawiedliwa, abym miała pragnąć, byś tam nie był, nawet z przyjemnością i zadowoleniem; jestem niekonsekwentna, słaba i nieszczęśliwa, oto wszystko. Cierp mnie taką, jak jestem, ja będę cię kochała do szaleństwa takim, jakim ty jesteś.
Mój Boże, jakiś ty miły, iż przesłałeś mi to słówko na wyjezdnym! Ożywiło na chwilę mą zgnębioną duszę. Och, jakże mi trudno żyć! Wyłącznie twoja obecność może mi dać znieść uczucie straty, którą poniosłam; wszystko inne uświadamia mi, że moje nieszczęście jest bez ratunku i pociechy. Wszyscy moi przyjaciele, wszystkie starania dają mi uczuć, że nic już nie może wniknąć do mego serca. To pan de Mora, to moja tkliwość dla niego ożywiała dla mnie wszystko. Poza tobą i mym uczuciem dla ciebie wszystko zagasło wraz z nim; cała natura wydaje mi się martwa, nie chciałabym jej wrócić życia, ale chciałabym unicestwić siebie. Co począć z równie bolesnym i bezsilnym istnieniem?
Drogi mój, pomożesz mi je dźwigać i to starczy na jakiś czas twej dobroci, szlachetności. Powiesz sobie: koję, łagodzę nieszczęście, ocieram łzy osoby, której życie zawisło tylko ode mnie. Ale, mój przyjacielu, to poczucie zacnego czynu nie mogłoby wypełnić twojej duszy; jej zapał, żar, energia, nie zadowolą się tym, iż ukoiły moje cierpienia. Zechcesz, i słusznie, tchnąć we mnie szczęście i słodycz: to będzie niemożliwe, niebawem ostygniesz i opuścisz mnie. Czuję, przeczuwam tę przyszłość, wydaje mi się tuż, tuż, blisko mnie; po co jej wyczekiwać? Czy nie byłoby łatwo i miło uprzedzić ją? Och, pozwól mi umrzeć do reszty! Nie sil się ogrzać mnie, rozniecić na nowo duszę, którą strawiły rozkosz i ból. Wydajesz mi się tak miłym, tak godnym kochania, iż kazałbyś mi żałować w każdej chwili sił i żaru, które straciłam. Nie, nie mnie to trzeba kochać; czułbyś zbyt często, że czynisz mi łaskę, i to skaziłoby twoje serce i przyjemność. Ty powinieneś królować w duszy żywej, młodej, pełnej ognia i namiętności; moja nie może się wzbić aż tak wysoko.
Czy wiesz, kawaler de Chastellux postanowił mi zawrócić głowę; wczoraj jeszcze przyszedł spędzić wieczór ze mną. Wrócił z Choisy o jedenastej i wstąpił do mnie: zastał mnie z poczciwym Condorcetem i p. d’Anlezi. Byłam prawie martwa, kiedy przyszedł, a niewiele żywsza przez czas jego bytności. Jest bardziej jeszcze dobry niż próżny; pytał kilka razy, czy cierpię; porównywał mój stan z poprzedniego dnia z obecnym, nie odgadując, że czar, który podtrzymywał, ożywiał mnie dzień wprzódy, rozwiał się. Działał z pewnością gdzie indziej, a ta myśl nie była dla mnie pocieszająca.
Położyłam się bardzo późno: nie spałam, o szóstej zaś wzięłam opium, ale w dość małej dawce, jedynie aby zmniejszyć chęć, jaką odczuwam, aby go zażyć sto gramów. W istocie opium złagodziło nasilenie i ostrość męczarni; cierpię, ale zarazem czuję, że cię kocham. Myślę, że zobaczę cię w niedzielę rano, że może będę miała od ciebie wiadomość jutro; gdyby mnie to miało zawieść, zawsze zostają mi jako ucieczka dalsze dwa gramy: będę czekała cię bez skargi i bez uszczerbku mej miłości. Drogi mój, czuję w sobie słodycz, umiarkowanie, które mnie przeraża; ta ostatnia cnota wydaje mi się stworzona dla mieszkańców Otchłani: lękam się, że to moja przyszłość. Znałam jedynie klimat to Piekła, to Nieba; nie ma sposobu urobienia mej duszy do innej temperatury, to znaczy, iż skoro się dosięgło ostatniego kresu niedoli i szczęśliwości, zostaje już tylko jedno: umrzeć. Oto w istocie, dokąd wyciągam ręce; dokąd byłabym już dotarła, gdybyś ty mnie nie odwrócił.
Bądź zdrów; kocham cię z całej duszy, ale to nie dosyć, to nie jest nic w stosunku do tego, na co zasługujesz i co powinieneś budzić. Jeśli dostanę od ciebie wiadomość, podziękuję ci za nią, a potem prześlę list tak, abyś go zastał za powrotem.
P. d’Anlezi jedzie we wtorek na obiad do Auteuil i z rozkoszą weźmie cię z sobą. Nie wspomniałam ci, że odpowiedziałam bilecikiem bezgranicznie płaskim i głupim, ale mniejsza. Jest co najmniej pobłażliwa, a moja miłość własna nie może już być trudna. Bądź zdrów.
Sobota, 7 października po otrzymaniu poczty
Nie, nie mylisz się; znasz moje uczucie, czytasz w mej duszy, wiesz, czym ona jest dla ciebie, widziałeś jej walki, wyrzuty, widzisz jej boleść. Żyję; wobec tego czyż potrzebuję ci mówić, że cię kocham, że czekam ciebie, że wszystko, co we mnie zostało sił, obraca się na to, aby pragnąć ciebie, aby się lękać twej nieobecności, aby czuć, że nie potrafię jej znieść? A jeżeli myśl moja może się zatrzymać przy tym nieco spokojniej, to jedynie przez to, iż powiadam sobie, że może odnajdę odwagę, którą twoja obecność mi odejmuje: jak bowiem znaleźć siłę, aby umrzeć, będąc w pobliżu tego, co się kocha!
Drogi mój, twój list jest miły jak ty, pełen życia i nerwu, potrzebowałam go. Och, Boże! jak ja cierpiałam dziś w nocy! Nie mam już sił, ale kocham cię. Odnieś mi list i przebacz; strach to rzecz nieuleczalna.