List CXLVI

Czwartek wieczór, 19 października 1775

Wymówki twoje przytłoczyłyby mnie, gdyby ich nie uprzedziło własne me postanowienie. Obwiniałam się wczoraj, mówiłam ci, że okrutnie i podle jest narażać cię na cierpienie z powodu nieszczęścia bez ratunku; trzeba nim żyć albo odeń umrzeć, ale zwłaszcza trzeba milczeć. Masz duszę dość bogatą, dość znałeś i czułeś nieszczęście i miłość, aby pojąć szaleństwa, do których mogą doprowadzić; brzydzę się tymi szaleństwami i wyrzekam się ich, chciałabym umrzeć, nim zdołam cię obrazić.

Przeczuwałam może to nowe nieszczęście, kiedy chciałam opuścić życie i uciec przed tobą; czułam, iż po okrutnej stracie, jaką poniosłam, dusza moja nie mogłaby odzyskać wiary. W istocie, nie powinnam już była kochać, nie mogłam już kochać; skoro bodziec mego życia, skoro Bóg, który mnie podtrzymywał, ożywiał, przestał istnieć, zostałam sama we wszechświecie. Ha! dlaczegóż ty się znalazłeś? Po co było zbliżać się do mnie? W owej chwili nie potrzebowałam pociechy ani oparcia. Czemu mówiłeś mi wyrazy, które dusza moja przywykła słyszeć z czułością albo z uniesieniem? Czemu przybrałeś język człowieka, który właśnie umierał dla mnie? Po co wreszcie obłądziłeś mój rozum, już zmącony nadmiarem nieszczęścia? Do ciebie należało sądzić, przewidywać; ja mogłam jedynie jęczeć i umrzeć. Widzisz straszliwe następstwa, jakie pociągnęła ta chwila zapomnienia.

Bez wątpienia, nie mogłeś przewidzieć w tej chwili, jakim rodzajem trucizny napoisz mą duszę; ale wiedziałeś, że nie kochasz mnie tyle, aby pociechę i spokój mego życia uczynić swą najważniejszą sprawą. W tym właśnie leży zbrodnia! W tym źródło i przyczyna wszystkiego, co cierpię! Stając się występną, dusza moja straciła energię; pokochałam cię i od tego czasu przestałam być zdolna do czegokolwiek szlachetnego i mocnego.

Patrzę surowo na swe postępowanie, drogi mój, i potępiam je bardziej niż ciebie; wówczas gdy oznajmiłeś mi wyrok, trzeba mu było się poddać, trzeba było oderwać się od ciebie lub od życia. Nikczemnością jest szukać współczucia i pociechy u tego, który nas ugodził: dlatego też bez ustanku doświadczam straszliwej walki; dusza buntuje się przeciw twemu postępkowi, a serce pełne jest tkliwości dla ciebie. Jesteś dość godny kochania, aby usprawiedliwić mą skłonność, ale zbyt śmiertelnie mnie obraziłeś, abym się nie czuła upokorzona.

Drogi mój, mówiłam ci często: położenie moje jest niemożliwe, musi przyjść do katastrofy. Nie wiem, czy sprowadzi ją natura czy miłość. Czekajmy, a zwłaszcza milczmy; jak powiadasz bowiem, i ty masz swoje troski, zgryzoty; nie zwierzasz mi ich, ponieważ jesteś pewien, iż sprawiłyby mi ból. Posiadasz tedy dosyć dobroci, delikatności, aby oszczędzać mą wrażliwość, a uważasz mnie, mnie, za dość okrutną, abym chciała doświadczać i niepokoić twoją? Och! miły mój, jeżeli nieszczęście czyni niekiedy samolubnym, czyni również bardzo uważającym; nieszczęśliwi mają zazwyczaj bardzo lekką rękę; obawiają się zranić, znajdują bez ustanku przestrogę we własnym bólu. I ty sądzisz, że wówczas gdy zaledwie zostaje mi sił do skargi, ja szukam, dobieram wyrażeń, które mogą ci być najbardziej dotkliwe? Nie znasz mnie, gdybym bowiem mogła hamować się z tobą, gdybym nie szła we wszystkim za pierwszym impulsem, bez wątpienia dokładałabym starań, aby uniknąć sprawienia ci przykrości. Ale pomyślże, że ja cię kocham!

Oto więc, oto w zasadzie wszystkie me zniewagi; oto moje dokuczliwości, winy, moja zbrodnia wobec ciebie. Tak, drogi mój, z ręką na sumieniu, to wszystko; jestem pewna, że bez wielkiego wysiłku przebaczysz mi. Ale przysięgam, nie będę już potrzebowała twojej szlachetności; chcę wznieść duszę aż do tego punktu, abym nie potrzebowała już twego przebaczenia.

Uważam twój sposób widzenia i sądzenia ludzi za tak dalece wyższy od mego, że nie będę się bawiła w zwalczanie sądu, który wydałeś o panu Turgot. Martwi mnie; pozwól przynajmniej, abym wobec tak dawnego nawyku myślenia o nim inaczej zachowała jeszcze wątpliwości co do twego mniemania. Co się tyczy pana de Malesherbes, znałam jedynie jego rozum, szlachetność i bezinteresowność; nie znam jego charakteru, a wszak charakter jest źródłem działania.

Rozumiem doskonale odrazę, wstręt nawet do tego, co traf pomieścił tak daleko od nas: władzy, siły; wszystko to oburza, skoro służy jedynie za środki nienawiści albo też zadowolonej z siebie głupoty; ale kiedy zasługa, cnota, talenty pomieściły kogoś wyżej ode mnie, błogosławię za to niebu i jestem gotowa kochać tego, kto ma władzę i chęć czynienia dobrze.

Dlatego, drogi mój, nie cierpiałabym w Montigny, a byłabym na torturach na obiedzie u króla, królowej, cesarza etc., etc. A potem103 nie jesteś sprawiedliwy: ci ludzie nie zagarnęli ci twojej cząstki; różnica wieku, jaka was dzieli, powinna dodać otuchy twej dumie. Pewnego dnia będziesz tym, czym dziś są oni i bez wątpienia zdołasz ich przewyższyć: tak więc pracują dziś dla twojej chwały. Wszystko, cośmy widzieli od czasu Colberta i Louvois, przydało im wielkości. Bądź więc cierpliwy.