List CXLVII

Piątek w południe, 20 października 1775

Spieszę się, jak gdybyś miał mnie usłyszeć prędzej. Mój drogi, ty jesteś szalony; mówisz źle o panu Turgot przed panem de Vaines. I to dla mnie, i to w moim interesie popełniasz szaleństwa! Zasypujesz pana de Vaines niemal wymówkami! Mój Boże, cóż za gorąca głowa! Ale co za dobroć! Jakiś ty kochany! Ale mylisz się, jeżeli przypuszczasz, że ubóstwo albo też dobrobyt płynący z majątku mogłyby mieć jakikolwiek wpływ na moje szczęście lub też pomnożenie mego nieszczęścia.

Mój drogi, ani pan Turgot, ani pan de Vaines, ani król, ani żaden z potentatów ziemi nie jest zdolny nic uczynić dla mego szczęścia, nic, aby ukoić mą duszę, aby z niej wygnać rozdzierające uczucie, aby wlać balsam w moją krew. Niestety, na to trzeba by, abyś ty mnie kochał; ale łatwiej ci przychodzi wstawiać się za mną, oburzać się na ministra, ponieważ posiada ten takt, aby nie zajmować się moim położeniem. Mój drogi,

Ni złoto, ni wielkości szczęścia nam nie dają.

To jest dla pewnych dusz bardziej prawdziwe, niż mogłabym wyrazić. Nie znałam nigdy równoważnika, odszkodowania dla tego, czego pragnęłam: namiętność jest bezwzględna; upodobania naginają się do okoliczności. Pragnęłam zawsze i kochałam tylko jedną rzecz; i z konsekwencją niezwykłą dla mej pomylonej głowy nie żałowałam nigdy swego postępowania w rozmaitych okazjach wzbogacenia się i pomnożenia lub aby rzec ściślej, zdobycia szacunku, tego, który rozdają głupcy i z którego puste głowy i dusze czynią swą strawę.

Do widzenia, kochany mój. Oczekuję pana de Saint-Chamans. Wrócę znów do listu po nadejściu poczty; mam nadzieję, tak, wierzę, że będę miała list od ciebie. Nauganiawszy się z ludźmi obojętnymi cały dzień, wróciłeś do domu wczoraj wieczór, mówiąc sobie: zrobię coś dla przyjemności tej, która mnie kocha.

Piątek, czwarta popołudniu, po odebraniu poczty

Nie ma listu od ciebie. Czy wiesz, jaka jestem sprawiedliwa? Wstręt budzą we mnie listy od innych. Cóż znaczy wszystko inne, kiedy dusza i myśl przykute są do jednego punktu. Pojmuję doskonale, w jaki sposób Newton przemyślał trzydzieści lat z rzędu o tej samej rzeczy, a cel, który sobie zakładał, niewart był mego. Mój jedyny, kochać jest pierwszym dobrem; posiadać miłość tego, kogo się kocha, znaczy być szczęśliwszym niż Bóg. Mówisz o Lucyferze, zamierzał dorównać Bogu; ja uczyniłam lepiej, bywały bowiem okresy, iż nie byłabym się chciała z Nim zamienić. Ale, mój Boże, jakże nisko spadłam!

Nie mam listu od ciebie? To moja wina: z pewnością pan de Vaines przesłał ci późno list, który skierowałam na jego ręce. Chciałam iść za tobą wszędzie, a ty nie pomyślałeś o tym, aby mnie uprzedzić. Aby się pewnie spotkać, nie trzeba czekać na siebie. Mój jedyny, odczytałam twój list wczorajszy trzy razy z rzędu; to co powiadasz o różnicy talentu a geniuszu, jest wyborne i doskonale wyrażone; porównanie jest genialne. Ale nie uważam, tak jak ty, aby do rządów potrzebni byli koniecznie ludzie ożywieni namiętnością; trzeba charakteru, a nie namiętności. Talent wystarcza, może nawet bardziej pożądany jest w monarchii, gdzie trzeba jednostajnego kroku, gdzie szczęście szacowniejsze jest od chwały; i dlatego właśnie, iż myślę, że nie namiętności ani geniuszu trzeba francuskiemu ministrowi, sądzę, wraz z tobą, iż nie ma człowieka zdolniejszego nami dobrze rządzić niż arcybiskup Tuluzy; a ręczę ci, nie było duszy bardziej nieprzystępnej dla namiętności.

Nie energię jego też należy sławić; posiada charakter, dużo wiedzy, wielką żywotność, przy tym łatwość, gładkość, które wyrównują wszystkie trudności. Oto odpowiedź na wszystko, co mówiłeś o panu Turgot; on podobny jest więcej do Likurga, arcybiskup zaś do Richelieu’go i Colberta; nie posiadałby bowiem ani siły, ani srogości kardynała.

Drogi mój, otrzymasz ten list jutro, tj. w sobotę; z pewnością będzie to ostatni, nie wątpię bowiem, że wyjedziesz w niedzielę. Oto moje rozkazy: uczynisz pakiecik ze wszystkich listów, nakreślisz mój adres i własnymi rękami oddasz je w ręce pana de Vaines, który potwierdzi odbiór tego cennego depozytu; następnie wyjedziesz i nie załączysz swego listu do tego pakietu, ale wyślesz go pocztą.

Chcę wiedzieć godzinę, moment, w którym opuścisz Fontainebleau; tak, obchodzi mnie to; cóż nie obchodzi serca, które kocha? Powiedziałam ci, nie będę się już skarżyć, nie będę cię już przygniatać ciężarem mych cierpień, ale pamiętaj, nie zobowiązywałam się być w swoim postępowaniu doskonałą, równą. To przyjdzie może; obojętność nie zawsze będzie niedościgłą memu sercu; powiadam ci tedy, że nie będę cię już dręczyć swym nieszczęściem: ale zrozum, że nie będę dość dzielną ani dość rozsądną, aby udawać, że nie cierpię, wówczas gdy ból będzie mnie rozdzierać.

Bądź zdrów, drogi. Mam uczucie, iż rozstaję się z tobą na długo. To rozłączenie sprawia mi więcej bólu, niż kiedy jesteś tutaj i żegnasz się ze mną; wówczas istnieje dla mnie jedynie ta chwila, żyję całą siłą w jednym punkcie. Ale dziś jest inaczej; czuję się smutna, przybita, czuję brak ciebie, twego listu i widzę jeszcze przed sobą jutro i jeszcze dalej!... Ach, ta przykrość będzie bardzo długa. Bądź zdrów, bądź zdrów.