List CXLVIII
Wtorek wieczór, 24 października 1775
Wyrocznie zamilkły, ponieważ lękały się mówić do echa. Mój ostatni list jest z piątku popołudnia; sądziłam, że wyjedziesz w niedzielę lub poniedziałek, dziś wyobrażam sobie, że doczekasz przybycia pana de Saint-Germain, którego oczekują we środę lub czwartek. Drogi mój, widzę cię, jak robisz i mówisz wiele niedorzeczności; wierz mi, jeśli jeszcze czas, wstrzymaj się; decyzja twoja byłaby niezawodna, gdyby nie oddziaływała na ciebie nienawiść i namiętność drugich. To człowiek niepospolity, człowiek stojący sam: doszedł do tego bez intryg, powinniśmy wierzyć, że będzie pragnął jeno104 tego co dobre; jeżeli podejmie reformy, zmiany, będzie posiadał ufność wojska, ponieważ wiadomo, że jest wykształcony i ma wielkie doświadczenie. Nikt nie może lepiej od niego spożytkować pracy, którą wręczyłeś panu Turgot.
Zresztą trzeba myśleć o sobie, o przyszłości; on może zrobić użytek z twych talentów, dać ci pole do działania; sam powiadasz, że uprzedzony był dla ciebie bardzo korzystnie, czemu tedy chcesz odwracać się plecami do fortuny? Po co mieć ambicję, skoro chcesz objawiać nienawiść lub co najmniej niechęć wszystkim, którzy mogliby ci pomóc? Och! mój Boże, jaka z ciebie szalona głowa! Jakże mnie to martwi, że znalazłeś się w Fontainebleau w tej chwili! Wszystko, co powiesz, będą powtarzać, obracać w jad i potem będziesz zdumiony, że spotkasz się u tego człowieka z chłodnym i obojętnym przyjęciem.
Mój przyjacielu, nie staraj się nigdy nienawidzić za pp. de Broglie; nie potrzebują w tym adiutanta. Ale zauważ, że jeden z nich jest marszałkiem Francji, drugi ma wszystko, co może mieć: zatem ich docinki, dając upust namiętności, nie mogą już szkodzić ich karierze. Ale ty, ty zaczynasz dopiero i jesteś otoczony zazdrosnymi, co jest co najmniej równoznaczne z nieprzyjaciółmi. Słowem, starajże się, jeżeli chcesz jakiejś rzeczy, chcieć również i środków, które do niej prowadzą. Miej przynajmniej rozsądek w ambicji.
Ale oto ze mnie istna matka Wartogłowa; nie jestem równie wymowna, ale mogłabym doskonale powiedzieć jak ona: „Cóż na to odpowiesz?”. A ty powiedziałbyś z pewnością jak Wartogłów: „Ani słóweczka, jestem twego zdania”.
Rozumiem dość licho
O ludziach, co nie mają mocy siedzieć cicho.
Otrzymałam listy z piątku i niedzieli; są kuse, rzadkie; ale, mój przyjacielu, ja się nie skarżę; masz tyle różnorodnych spraw, tyle krzątaniny, że nie pojmuję, w jaki sposób możesz wszystkiemu nastarczyć; wszyscy muszą ci dziękować, a nikt nie może być szczęśliwy. Nie powtarzaj mi, że trzeba, abym się starała dostroić do twego położenia. Mój drogi, te słowa: trzeba się starać, wówczas gdy chodzi o uczucie lub namiętność, są prostym okrucieństwem albo też niedorzecznością. Wówczas gdy chodzi o postępowanie, o jakieś sprawy, o interesa, trzeba w istocie się starać, trzeba dokładać wysiłku, ponieważ czyny, kroki miarkuje lub powinna miarkować rozwaga; wówczas głupstwem albo lekkomyślnością jest stawać bez ustanku w sprzeczności z własnymi zamiarami i interesami.
Ale ja będę się starała! Dołożę wysiłku! I po co? Cóż sobie zakładam? Czego chciałam? Nie, nie, mój przyjacielu, chybiłam celu życia, nie ma już dla mnie nic na świecie. Będę milczała, niewątpliwie, ale to nie będzie wynik starań; nastąpi to wówczas, gdy wszystko zważę, osądzę, a zwłaszcza gdy będę widziała z bardzo bliska kres; będzie to po to, aby się uspokoić, jeżeli możebna, w tym ostatnim okresie; człowiek znosi wszystko pod koniec podróży. Nie chcę, abyś musiał żyć wyrzutami; nie chciałabym nawet wzbudzić w tobie żalu; nie potrzebuję twoich łez po śmierci; proszę cię jedynie o pobłażanie i dobroć, jakich użycza się chorym i i nieszczęśliwym.
Bądź zdrów, miły mój. Spędziłam okrutny dzień; i kaszel dręczył mnie śmiertelnie. Mam wieczór trochę gorączki. Trzeba mi wszelako napisać słówko do pana de Vaines; przesyłam mu ten list.