List CXXIV

Wtorek, 11 lipca 1775

Skreśliłam swoje zadanie na dwa sposoby, że zaś jego podmiot i przedmiot nie są ci zupełnie obojętne, przesyłam brulion. Nie sądzę, aby się znacznie różnił od pierwszego sądu, musi wszelako być różnica: mianowicie ostatni raz pisałam, odczytawszy świeżo pana de la Harpe, a tym razem odczytawszy ciebie. Osądź, czy lepiej odczułam, czy byłam mniej lub więcej głupia, słowem, drogi mój, potęp mnie, ale nie mów, że nie jestem zajęta tobą aż do uprzykrzenia.

Pan de Malesherbes obejmie stanowisko dopiero w sobotę lub w niedzielę. Był się pożegnać ze swą samotnią w Malesherbes i sądzę, że nie przyszło mu to z lekkim sercem. Ambitnym trudno by uwierzyć, iż może być dla kogoś poświęceniem zostać ministrem; ale jeżeli znasz pana de Malesherbes, odczujesz, że mówię prawdę.

Bywaj zdrów, drogi mój. Posyłam na główną pocztę; napisałam znowu wczoraj cały tom; jutro będę miała od ciebie cztery wiersze, bardzo suche, może bardzo twarde. Dobrze więc, jakiekolwiek będą, czekam ich z niecierpliwością! Daję rozkaz, aby mi przyniesiono listy do pani Geoffrin; w chwili gdy przybywają i przedtem mało błyszczę dowcipem w konwersacji; oczy moje i dusza skupiają się koło drzwi i koło rąk każdego, kto wchodzi do pokoju. Drogi mój, czyż istnieć mocno można jedynie przez cierpienie? Mój Boże, znałam inny sposób; ileż słodyczy i żalu mięsza się do tych wspomnień!

Napisałam właśnie do Breteche, a ciebie tam nie ma. Uwierzyłbyś, że kawaler nie spytał o ciebie? To mnie drażni. Zgadnij, o której kobiecie mówiono wczoraj i ktoś powiedział — ale nie warto wchodzić w szczegóły: „Pani ta a ta, to kwadrat na krześle”. I to jest zdumiewająco trafne.

Bywaj już zdrów; niepodobna mi rozstać się z tobą. Nie podrzyj ani nie zgub moich ważnych wyroków.