List CXXV
Środa wieczór, 12 lipca 1775
Powiedz, czy może istnieć racjonalna przyczyna, aby nie napisać do mnie tym kurierem? Miałeś odpowiedzieć na to, co ci donosiłam, że twoja Pochwała staje do konkursu; a potem miałeś... Ech, nie, nie miałeś nic, skoro krzyk boleści nie poruszył twej duszy. Dobrześ zrobił, żeś nie odpisał; byłbyś mnie zranił, a tak jestem tylko zmartwiona.
Trzeba czekać do soboty, nie wiem, czy powinnam tego pragnąć, to może najważniejszy dzień mego życia. Gdyby mi zostawił tylko jedną ucieczkę, ha, w takim razie przyłożyłbyś ostateczną pieczęć na nędznym istnieniu i zdaje mi się, że błogosławiłabym cię za to. Tak, kochałabym cię za to, nie mogę już bowiem, nie chcę cię nienawidzić; to okropne uczucie jest zbyt obce i zbyt brutalne dla mej duszy: myślałam, że przypłacę je życiem, taki sprowadziło skurcz i konwulsję w całym mym organizmie. Aby uzyskać potem spokój, muszę się uciekać do dawki opium, która wtrąca mnie w stan apatii bliskiej zupełnego ogłupienia.
Mój przyjacielu, niebawem nie stanie mi już fizycznie sił do kochania ciebie; skutek gwałtownych wstrząśnień, które zadajesz mej duszy, jest ten, iż wciąż osłabiają i niszczą mój organizm. Gdybyż bodaj cierpienia skracały mi drogę! Ale tak wolno idzie, kto się o coś potyka co chwilę! Och, mój Boże, ileż godzin od dziś do soboty! Zużyję wszystkie siły, jakie mi zostały, na to aby oszukać tę zwłokę. Już na dziś popołudniu obiecałam się w mnóstwo miejsc, wśród których ani jedno nie wychodzi poza prostą obojętność, ale zawsze będę z ludźmi, którzy mnie kochają po trosze: to mnie podtrzymuje. Jutro jadę do Auteuil, w piątek do Passy usłyszeć tę sławną śpiewaczkę, która bawiła tu w zeszłym roku i która, wedle tego co mówią, łączy śliczny głos z niecodzienną głupotą. W spokojnym usposobieniu, mogłabym cieszyć się tą przyjemnością, ale dla duszy, która cierpi i kocha, czyż zostaje cokolwiek w życiu?
Drogi mój, piszę do ciebie od hr. de Crillon, gdzie mieszkam od dwóch dni. Jestem sama; pani de Crillon jest na wsi, mąż zaś w Metzu, gdzie odbywa miesiąc służby najokrutniejszej, gdyż rozdziela go z żoną. Daremnie szukam w tym apartamencie, przebiegam jego zakątki, wszystko unieśli z sobą, nie został żaden strzęp szczęścia. Spędziłam noc w łóżku porządnie twardym, nie zmrużyłam oka do ósmej; czułam się bardzo przybita, bardzo smutna i powiadałam sobie: jakże w tych samych miejscach serca są odmienne!
Ale jeśli nieszczęście bardziej mogłoby się udzielać niż rozkosz i szczęście, jakżebym współczuła z nimi, gdyby znaleźli w tym samym łóżku myśli i uczucia, które mnie w nim zaprzątały! Drogi mój, to nieszczęście dotarłoby aż do ciebie, jakżebyś się go pozbył?
Musiałeś otrzymać wszystkie papiery, które powierzyłeś panu Turgot: mówił mi o nich z wielkim uznaniem i wdzięcznością. Rozmawiałam z nim dziś dłużej niż kiedykolwiek od czasu, jak jest generalnym kontrolerem; zaszedł do mnie o jedenastej i przegadaliśmy sam na sam aż do pierwszej. Powtarzam ci, nie ma, ale to nie ma człowieka zacniejszego i bardziej rozpalonego miłością cnoty. Nie będę wchodzić w szczegóły, powiem tylko: ja to mówię, a on dowiedzie. Nie sądź, że spędziłam ten czas na wychwalaniu go; nie, doprawdy, on i wart więcej niż moje pochwały. Powiedziałam mu wszystko, co wyczułam od ciebie pod jego adresem, nie tak dobrze, jak ty byś powiedział, ale czułam się ożywioną twoim duchem, nawet twoim duchem krytyki, mimo że nie ten dar najbardziej w tobie podziwiam, uważam bowiem często, iż przekracza cel; ale mniejsza! Mówiłam ze swobodą i zaufaniem, tak mi właściwym z ludźmi, których cenię i kocham; słowem, czułam się dobrze, tak jak z tobą.
Gdybym chciała, opowiedziałabym ci równie obszernie o panu de Malesherbes, ale to by zanadto trąciło nadawaniem sobie tonów, a trudno jest pękać od próżności, kiedy się umiera ze smutku.
Żegnaj mi, drogi mój: nie jest niemożliwe, że to jest pożegnanie na wieczność; Bóg jeden i ty wiecie o tym.