List CXXVL

Sobota wieczór, 15 lipca 1775

Drogi mój, żyję, będę żyła, ujrzę cię jeszcze i jaki bądź los mnie czeka, będę miała jeszcze chwilę przyjemności, nim umrę. A nie myślałam tak dziś rano. Dusza moja zdjęta była grozą; czekałam wyroku, sądziłam, że będzie złowrogi i chciałam się mu poddać. Nie chciałam się już skarżyć, nie mogłam już cierpieć; postanowiłam, że dzień dzisiejszy będzie ostatnim mego życia, jeśli ty nie przyjdziesz mi z pomocą. Przyszedłeś, miły mój, serce twoje zrozumiało mnie, odpowiedziało mi i od tej pory życie stało mi się znośne.

Dziś rano popadłam w jakiś szał rozpaczy; pan d’Alembert przeraził się, a ja nie miałam na tyle przytomności, aby go uspokoić; ból jego rozdzierał mnie, złamał mi duszę, doprowadził mnie do łez. Nie mogłam mówić i nieprzytomnie podobno powtórzyłam dwa razy: Będę umierać, niech pan odejdzie. Te słowa wtrąciły go w rozpacz, płakał, chciał szukać pomocy i powtarzał: „Cóż za nieszczęście, że nie ma tu pana de Guibert! On jeden byłby zdolny złagodzić twoje cierpienia; od jego wyjazdu utonęłaś w rozpaczy”. Och, drogi mój, twoje imię przywiodło mnie do rozsądku; uczułam, że trzeba się uspokoić, aby wrócić spokój i życie przezacnemu człowiekowi. Przemogłam się; powiedziałam, że to atak nerwowy, który przyłączył się do moich zwykłych cierpień: w istocie, jedno ramię i rękę miałam zupełnie skręcone. Zażyłam środek kojący; pan d’Alembert posłał po lekarza; aby uwolnić się od tego, zebrałam resztkę sił i rozumu i zamknęłam się w pokoju, czekając listonosza. Przybył: ujrzałam dwa listy od ciebie; ręce mi drżały tak, że nie byłam zdolna wziąć ich, ani otworzyć. Szczęściem dla mnie, pierwszym słowem, które odczytałam, było: Droga moja przyjaciółko; dusza moja, wargi uczepiły się tego papieru; nie mogłam dalej czytać, widziałam tylko pojedyncze słowa, czytałam: wracasz mi życie; oddycham. Och! miły mój, to ty mi je wróciłeś! Umarłabym, gdybyś mnie nie kochał. Nigdy, nie, nigdy nie doświadczyłam równie tkliwego i gorącego uczucia.

Wreszcie przeczytałam, odczytałam dziesięć, dwadzieścia razy słowa, które wlewały pociechę w me serce. Ukochany mój, zbliżając się do mnie, przywiązałeś mnie do życia; tak, czuję to, kocham cię więcej niż szczęście i rozkosz: potrafię żyć bez nich, będę kochała ciebie: a kiedy mi to nie wystarczy, wówczas będzie czas umrzeć.

Tak, będziemy cnotliwi, przysięgam, ręczę ci za to; szczęście, obowiązki twoje są mi święte; czułabym wstręt do samej siebie, gdybym uczuła w sobie jakieś drgnienie, które by je mogło zmącić. Mój Boże, gdybym mogła zachować jedną jedyną myśl zdolną obrazić cnotę, zadrżałabym od zgrozy! Jak to, myśl o mnie przywodzi ci wspomnienie zbrodni! Nie, miły mój, nie będziesz miał sobie nic do wyrzucenia. Ja jedna byłam winna, mnie będą pożerać żale i wyrzuty; ale jeżeli ty będziesz szczęśliwy, zdławię na zawsze wszystko, co mogłoby ci dać świadomość mego nieszczęścia. Drogi mój, wiesz, co to namiętność, znasz siłę, jaką może wlać w duszę? Otóż przyrzekam ci dołączyć do tej siły wszystką tę, jaką może dać miłość cnoty i wzgarda śmierci, aby nigdy nie uczynić zamachu na twój spokój i obowiązki.

Dobrze naradziłam się sama z sobą; jeśli mnie będziesz kochał, znajdę w sobie siłę do męczeństwa, ale jeżeli zwątpię o tobie, zostanie mi jedynie ta, której potrzeba, aby się uwolnić od nieznośnego ciężaru i nie chybi mi z pewnością: czułam ją w sobie dziś rano. Sądzisz tedy, iż namiętność nie może już sięgnąć ani o stopień wyżej tej, którą ja ci okazałam? Ha! ja ci ręczę, że nie wiesz wszystkiego: nie ma słów, zdolnych wyrazić siłę namiętności, która się karmi łzami i wyrzutem i która sobie stawia za cel tylko dwie rzeczy: kochać lub umrzeć. Nie znajdziesz tego w książkach, jedyny mój; wszak spędziłam z tobą pewien wieczór, który wydawałby się przesadzony, gdyby się go czytało u Prévosta96, człowieka, który najlepiej w świecie znał wszystkie słodycze i grozy tej namiętności.

Nie dostałam jeszcze paczki z mymi listami; nie uspokoję się, póki nie będę ich miała w rękach. Nie mogę się obronić obawie że popełniłeś jakąś omyłkę; działałeś tak spiesznie. Byłabym zgubiona, gdyby p. de Vaines dowiedział się co zawiera paczka, ty byłbyś bardzo winny, ja byłabym nieszczęśliwa, ale sądzę że nie czyniłabym ci wymówek: pomyśl, czy to nie wspaniałomyślność z mej strony?

Wiesz, zdarzyło mi się coś, co niegdyś byłoby mnie przywiodło do szaleństwa: pani du Deffand wypłatała mi piekielną sztuczkę. Wplątała mnie w całe to nieporozumienie między panią Necker a panią Marchais; skompromitowała mnie wobec pani d’Anville, a wszystko to jest jeszcze bardziej głupie niż niegodziwe, trzeba będzie zapuszczać się w wyjaśnienia! Pan d’Angiviller ma też swoją rolę w tej szatańskiej sztuce; ambasador jest bardzo przejęty; pan d’Alembert wściekły, a ja spokojna jak niewinność i chłodna jak obojętność wśród całej tej burzy.

Och, bo też miałam w pamięci inną burzę, która wisiała tuż nad mą głową: jedyną ważną dla mnie rzeczą był kurier z Bordeaux. Ach, dobry Boże, kiedy ty jesteś dobry dla mnie, zdolna byłabym wyzwać wszystkie furie piekła! Oto korzyść, okrutna korzyść nieszczęścia; to że zabija wszystkie drobne zgryzoty wypełniające życie przeciętnych ludzi. Czuję, że wydobędę się cudownie z tej historii, ponieważ ani o to dbam, ani się przejmuję; wyrzucam sobie tylko, że mówię ci o tym tak długo, ale gdybyś był tutaj, słyszałbyś o wiele więcej: ta sprawa stała się sensacją Paryża.

Kawaler przywiózł mi nowiny o panu z Bretèche97 Otrzymano tam list od ciebie ostatnim kurierem, a mój utknął gdzieś w drodze! To niesprawiedliwe, z pewnością; mimo całego zainteresowania, z jakim ona czeka nowin od pana, nie byłaby wycierpiała tego co ja, gdyby to jej list, nie mój, uległ opóźnieniu. Ale czemu ona jeszcze przypuszczała, że Hetman nie będzie grany? To nie do pojęcia.

Drogi mój, jednego dnia, kiedy będę chciała gruntownie się upokorzyć, przyznam ci się do jednego podejrzenia, które ośmieliłam się powziąć względem ciebie: ale też dlaczego zmąciłeś moje zaufanie? Byłoby mi tak słodko uwierzyć w ciebie i tobie; okropnie mi jest źle o tobie myśleć.

Powiadasz, że zachowałeś w sercu obelgi, okropności, których ci nagadałam; powiedzże mi, co z nimi poczniesz? Wiesz dobrze, że wszystko przemazałam; żyję i kocham ciebie: oto co zostało z mej rozpaczy i nienawiści. Miałeś zamiar skupić rozsądek, aby mi odpowiedzieć? To zbyteczne; jestem tak rozsądna wówczas, gdy minie napad wściekłości, że to zbytek wspomagać mnie jeszcze twoim rozsądkiem i rozumowaniami. Mimo to oczekuję ich z niecierpliwością; jakże to daleko od soboty do środy!

Jakże dla nieszczęśliwych chwile wolno płyną!

Dobranoc, drogi. Dokończę tego tomu w tych dniach, odejdzie bowiem aż we wtorek. Chora jestem od trzech dni; cierpiałam męki, ty mnie uleczyłeś.