List L
Sobota rano, 3 września 1774
To pewna, że, jeżeli co sobie wyrzucam, to nie tę suchą i zimną kartkę, na którą pan odpowiada: była ona wiernym wyrazem uczucia, które mnie ożywiało wówczas i które, mam nadzieję, już mnie nie opuści. To co sobie wyrzucam, czego nienawidzę, co mnie przejmuje wstrętem do samej siebie, to nadmiar słabości, który mnie jeszcze raz pociągnął ku tobie. Powiedziałam, że pana kocham; znajdowałam w tym rozkosz; cóż za złowroga trucizna! I oto, ja nieszczęśliwa, skazana jestem na to, aby jęczeć i jedynie ze zgrozą obracać oczy na dni minione od chwili, gdy cię ujrzałam po raz pierwszy. W istocie, gdyby nie pan, nie byłabym poznała najokrutniejszego z cierpień: wyrzutu. Gdyby nie pan, nie byłabym może pastwą rozdzierających żalów, nie byłabym skazana na to, aby wylewać krwawe łzy nad wspomnieniem przyjaciela, wyrzucając sobie przy tym, iż zatrułam jego ostatnie godziny. Truciznę, którą ty sączyłeś w mą duszę, ja przelewałam w niego. Poznał pierwszy raz wątpienie; przechodził od niepokoju do obawy; listy jego, równie jak serce, były pełne zamętu i boleści. I to ty zadałeś najokrutniejsze cierpienie najszlachetniejszemu w świecie i najbardziej godnemu miłości człowiekowi. Och! do jakiego stopnia oszołomiłeś mnie i pchnąłeś poza granice cnoty, a nawet wszelkiego osobistego interesu! Tak, przypominam sobie, ważyłam się hodować ohydny zamiar, gotowałam się zadać śmierć sercu miłego, opuścić go, przestać go kochać tak, jak pragnął, jak zasługiwał, abym go kochała! I to poświęcenie, mój Boże, dla kogo? Dla człowieka, który nigdy nie był moim i który jest na tyle okrutnym i brutalnym, aby mi powiedzieć, iż uczynił ze mnie swą ofiarę, nie kochając mnie! Okłamawszy mnie, oszukawszy tysiąc razy, znajduje barbarzyńską przyjemność w tym, aby mi rzucać w oczy prawdę, która mnie kala i przejmuje rozpaczą. Nieba, i nie ma na to pomsty! Trzebaż poprzestać na tym, aby nienawidzić i umrzeć! Znalazłeś tedy moc zatrzymania mnie przy życiu jedynie po to, aby mi lepiej dać uczuć całą jego ohydę? Umierałam dla pana de Mora, a ty kazałeś mi żyć dla siebie; ja byłabym odpokutowała swą zbrodnię, idąc w grób w jego ślady, ale pan nie dokonałeś jeszcze dzieła; trzeba było dopełnić miary mych nieszczęść. Więc dobrze, bądź zadowolony, nic już nie brakuje. Uczyniłam nieszczęśliwym człowieka, który żył tylko dla mnie; naraził życie, wyrwał się rodzinie, przyjaciołom, którzy go ubóstwiali: przybywał, jak powiadał, ogrzać serce, które oddalenie ostudziło, ożywić duszę, którą zmroziło nieszczęście. Ten zamiar dał mu siłę, aby się dowlec do Bordeaux, gdzie go czekała śmierć. I to ja, a raczej pan wydałeś nań wyrok. Nie sposób tego sobie ukrywać: obecność twoja, przymus kochania ciebie odwróciły mnie od tej okropnej prawdy; nosiłam ją w głębi duszy, często rozdzierała moje serce; ale widziałam, kochałam ciebie, łudziłam się co do ciebie, co do siebie samej. Nie spodziewałam się już spokoju ani szczęścia, ale widząc cię znowu, znajdowałam upojenie; tymi czarami usypiałam swoje żale, uśmierzałam krzyk sumienia. Ten stan musiał się rozwiać bardzo szybko; rodził się ze złudzenia, które wymykało mi się z rąk, wówczas nawet kiedy się nim poiłam. Aby się usprawiedliwić we własnych oczach, musiałam sobie powtarzać, iż jeżeli mnie pociągnął twój urok, przywiązała mnie twoja szlachetność, charakter. Kształtując cię na tę modłę, byłam wprawdzie słabą i niewierną, ale byłam mniej winną; odczuwałam jedynie nieszczęście nieuniknionej straty; wyrzuty, które sobie czyniłam, mogły się ukoić pod wpływem twego uczucia.
Oto złudzenie, które mnie broni, które mnie podtrzymuje od trzech miesięcy. Nie chciałeś mi go zostawić; pilno ci było odzyskać tę trochę swobody, którą poświęciłeś potrzebie oszukiwania mnie. Całe moje uczucie nie nagradzało ci dostatecznie trudu, który sobie nałożyłeś. Mniejsza, za jaką cenę postanowiłeś mnie oświecić; i oto wtrącając mnie w otchłań nieszczęścia, nie pozostawiając mi nic prócz rozpaczy, powiadasz, że winnam mieć dla ciebie pobłażanie, chwalisz delikatność swego uczucia, które kazało ci oszukiwać mnie i kłamać od rana do wieczora! Och, Boże, jakże okrutnym jest słyszeć usprawiedliwienie, które jest dla mnie jedną zniewagą więcej! Ta namiętność, która — jak twierdzisz — wciąż sprowadza cię z powrotem ku przedmiotowi odpowiadającemu jej tak mało52, ta namiętność tak silna, tak niezależna od woli, pozwoliła ci wszelako upewniać kogoś, że nie kochasz już tej kobiety i że serce twoje jest tak swobodne, tak wyzwolone z wszelkiego uczucia, iż obecnie twoim najżywszym pragnieniem byłoby ożenić się. W jaki sposób pogodzisz to wszystko? Czy to tylko niestałość, czy może wchodzi to już w granice fałszu? Nie silę się oszczędzać pana; chcę przynajmniej pokosztować tego zadowolenia, iż powiem ci całą swą myśl; nie mam nic do stracenia w stosunku do pana, a co więcej nie chciałabym nic zachować. Toteż przypuszczam gorsze. Widzę je, wierzę w nie i jestem dość silna, aby je znieść. Zgub pan ten list wedle swego zwyczaju lub zachowaj go, jeśli wolisz, aby go odczytać osobie, która ci jest tak droga i dla której masz tyle względów. Słowem, zrób z tego, co mówię, użytek, jaki ci się spodoba. Niczego się już nie lękam od pana. Byłeś dla mnie naprawdę niebezpieczny jedynie wówczas, gdy mogłam wierzyć w twoje serce i uczciwość. Żegnam pana, jeżeli kiedyś zdołam obudzić w tobie nieco żalu i dać ci poznać udrękę wyrzutów, będę pomszczona.