List XLIX

Do pana de Guibert, pułkownika Legii Korsykańskiej w Montaubax-en-Quercy.

Poniedziałek, 29 sierpnia 1774

Wiesz, że pan Turgot jest generalnym kontrolerem; ale czego nie znasz, to rozmowy, jaką miał w tym przedmiocie z królem. Skoro pan de Maurepas ofiarował mu w imieniu króla kontrolę, czynił nieco trudności z przyjęciem. Kiedy stanął przed królem, aby podziękować, ten rzekł: Nie chciałeś pan tedy przyjąć generalnej kontroli?Najjaśniejszy Panie, odparł Turgot, wyznaję, że wolałbym ministerium marynarki, ponieważ jest to miejsce trwalsze i bardziej byłbym pewny, iż zdziałam na nim coś dobrego, lecz to tej chwili nie królowi oddaję moje służby, ale zacnemu człowiekowi. Król ujął go za obie ręce i rzekł: Nie omylisz się pan. Turgot dodał: Najjaśniejszy Panie, muszę przedstawić W. K. M. potrzebę oszczędności, której W. K. M. sama winna dać pierwszy przykład. Ksiądz Terray mówił już zapewne o tym W. K. M.Tak, odparł król, mówił, ale nie w ten sposób co pan. I to wszystko masz tak, jakbyś sam słyszał, pan Turgot bowiem nie dodaje ani słowa nad ścisłą prawdę. Ten wylew duszy ze strony króla daje najlepsze nadzieje panu Turgot i sądzę, że i ty nabrałbyś ich na jego miejscu. Pan de Vaines otrzymał miejsce pana Leclerc, ale bez jego przepychów: żadnej partii, żadnych pokojowców, audiencji, słowem, największa prostota, to znaczy zgodnie z tonem pana Turgot. Tak, powtarzam ci, brak pana bardzo tutaj. Podzieliłbyś powszechne uniesienie. Ludzie zaczynają czuć potrzebę milczenia, aby się skupić i rozmyślać o wszystkim dobrym, którego się spodziewają. Zostają teraz sprawy osobiste, które trzebaż liczyć za coś!

Kawaler d’Aguesseau uśmierzył mój niepokój i pobudził go zarazem. Wie, że pan był przez dobę w Chanteloup, że masz się dobrze i że przybyłeś do Bordeaux 22-go. Wedle tego zupełnie prostym jest, że przyjaciele twoi mieli od pana nowiny w sobotę 27-go. Nie skarżę się na pierwszeństwo, które im dałeś; ale byłoby mi słodko móc ci podziękować za wzgląd, który byłabym tak odczuła i którego moja dusza potrzebowała. Bądź zdrów, oto trzy listy w krótkim przeciągu czasu; jeżeli nie dostanę od pana nic we środę, sądzę, że będę mogła zamilknąć. Wszyscy moi bliscy dopytują się skwapliwie nowin o panu, zwłaszcza pan d’Alembert.

Zdaje mi się, że nie wspominałam panu o tryumfach kawalera de Chastellux w czasie czterodniowej podróży, którą odbył świeżo do Villers-Cotterets. Dał sześć czytanych wieczorów; miał tylko cztery sztuki, ale powtórzył czytanie dwóch. Zdaje mu się, że Pretensji nie odczuto tak, jak by należało. Połajałam za to arcybiskupa Tuluzy, który był jednym ze słuchaczy. Gdybyś widział, jak się tłumaczył, można było skonać ze śmiechu. Kawaler chwalił mi się naiwnie swymi tryumfami, cieszyłam się, ale martwi mnie jego wygląd: mam wrażenie, że zdrowie jego jest poważnie zagrożone. Pan Watelet też jest nieszczególnie z piersiami; zalecono mu ośle mleko.

Jestem w tych dniach bardzo cierpiąca, ale to niemal mój zwyczajny stan; ciągłość cierpień odejmuje nawet pociechę skarżenia się na nie. Bywaj zdrów, jeszcze raz.

Czyżbym nic panu nie wspominała, że słyszałam Millico? To Włoch. Nigdy, nie, nigdy, nie połączył nikt takiej doskonałości śpiewu z taką tkliwością i wyrazem. Jakież łzy wyciska z oczu! Jakiż zamęt wnosi w duszę! Byłam wpół przytomna; nigdy nic nie zostawiło mi głębszego, przenikliwszego, nawet bardziej rozdzierającego wrażenia; ale byłabym pragnęła słuchać, zasłuchać się na śmierć. Och! o ileż śmierć taka byłaby lepszą od życia!