List LXXXII
Wpół do jedenastej 1774
Były u mnie trzy panie, kaszlałam rozpaczliwie i nie mogłam podziękować ci, żeś mi przesłał wiadomość. Dobrześ uczynił, drogi mój, że zostałeś w domu, przy kominku; twoje zdrowie, dobro, są mi jeszcze bardziej bliskie i drogie niż moja przyjemność. Jestem pewna, że obwiniałeś mnie o kaprys i niesprawiedliwość; a to ty byłeś niesprawiedliwy, ale ci przebaczam; mam dla ciebie uczucie, z którego, jak ze źródła, wypływają wszystkie cnoty: pobłażliwość, dobroć, szlachetność, ufność, oddanie, zaparcie się wszelkiego osobistego interesu. Tak, drogi mój, mam to wszystko wówczas, kiedy myślę, że mnie kochasz; ale jedna wątpliwość burzy moją duszę i czyni mnie szaloną, a co najokrutniejsze, to jest prawie mój zwyczajny stan.
Miły mój, pierwszą regułą przy pisaniu punktami, to kreślić wyraźnie litery, a zwłaszcza być ścisłym: zatem, ty nie możesz pisać punktami. Odpowiem ci wszelako, że byłabym gotowa tanio sprzedać przyszłość: czuję jeno potrzebę być kochaną dziś: wykreślmy z naszego słownika wyrazy nigdy i zawsze. Dusza moja nie sięga tego; mam sto lat i mam pod kluczem lekarstwo na przyszłość. Widzisz, że odczytałam twoje punkty.
Ale ty odczytaj te dwa ustępy z Seneki: zachwyciły mnie. Chciałam, abyś je zobaczył, kazałam je przepisać. Pan de Mora miał to samo uczucie, to go podtrzymywało trzy lata przeciw agonii; ale śmierć jest jeszcze silniejsza niż miłość. Dobranoc; czuję się smutna; życie mi dolega, a mimo to kocham cię tkliwie i namiętnie. Kazałam ci zgadywać dziś rano, czego się lękałam: niewidzenia ciebie. Całe życie patrzę, jak się ziszczają me obawy i przeczucia. Czy bodaj zobaczę cię jutro wieczór?