List XCIX
Wtorek, szósta rano, 1775
Przypominasz sobie swoje ostatnie słowa? Przypominasz sobie, do czegoś mnie doprowadził i w jakim stanie sądziłeś, że mnie zostawiasz? Otóż, muszę ci powiedzieć, iż przyszedłszy niebawem do siebie, podniosłam się i nie czułam się ani o włos niżej niż godzinę przedtem, kiedy stałam wyprostowana w całej wysokości. I zdziwi cię może, iż ze wszystkich uczuć, które mnie pociągnęły ku tobie, to ostatnie jest jedynym, którego sobie nie wyrzucam.
A wiesz dlaczego? Ponieważ istnieje bezmiar miłości, który usprawiedliwia duszę równym przejętą wstrętem do tego, co szpetne i co nieuczciwe. W tym oddaniu, w tym ostatnim stopniu zaparcia się siebie i wszelkiego osobistego dobra dowiodłam ci, że istnieje w świecie tylko jedno nieszczęście, które wydaje mi się nie do zniesienia, to jest obrazić i stracić ciebie: ta obawa skłoniłaby mnie do ofiary życia. I jakże miałabym żałować, iż okazałam i wyraziłam z siłą uczucie, którym od roku żyję i umieram? Nie, drogi mój, mimo twoich wyrażeń, nie czuję się upokorzona; ponieważ ciebie uważam za uczciwego człowieka, nie uważam siebie za winną. Nie sądź, iż wchodzę w targi z sumieniem, że silę się usprawiedliwić; nie, drogi mój, uczucie, które mnie ożywia, gardzi dumą i złą wiarą i jeśli ty mnie obwiniasz, uważam się za skazaną na zawsze. Twoje mniemanie, twój szacunek są mi równie bliskie i drogie, co mój własny.
Jestem tak pewna twej uczciwości, znam tak dobrze twą dobroć, że jestem przekonana, iż nim usnąłeś, przyrzekłeś sobie odwiedzić mnie dziś. Dziękuję ci za ten zamiar, ale proszę, abyś nie przychodził: odwołuję się do twej delikatności i litości. Potrzebuję dać spocząć mojej duszy; wprawiasz ją w stany, których nigdy nie zaznała i których nawet myślą nie zdołałabym objąć.
Mój Boże, cóż to za straszliwa rzecz, wielkie nieszczęście! Nie ma już granic ani miary. Potrzebuję spoczynku, daj mi się uspokoić: wezmę dwa grany opium. Pod wpływem odrętwienia myśli moje zamroczą się, dusza się uśpi; zapomnę może, iż, mimo że mi uległeś wczoraj, nie odpowiedziałeś memu sercu, nie powiedziałeś słowa, które by mnie mogło pocieszyć i skrzepić. Bądź zdrów, miły mój, nie przychodź i, wobec tej prośby, nie bierz mi za złe, że drzwi moje będą zamknięte; zamknięte dla wszystkich. Jestem tak osłabiona, iż opium pochłania wszystkie me zdolności; ale zaciera moje cierpienia, odejmuje mi tę część egzystencji, która daje mi czuć i cierpieć.
Bądź zdrów; rozstaję się z tobą na dwadzieścia cztery godziny. Gdyby nieszczęściem, którego nie chcę przewidywać, wczorajszy wieczór miał... Nie, nie śmiem kończyć. Drogi mój, widzę sposób odkupienia: ukarałabym się, umiem cierpieć, skazałabym się na to, aby ci nigdy nie powiedzieć słów, które wymawiam oto z tkliwością i uniesieniem: Kocham ciebie. Gdy będziesz składał wizyty, pamiętaj o panu de la Borde. Nim oddasz tę angielską książkę, proszę, byś przetłumaczył urywek, który mi odczytałeś.