List XCVI
Czwartek, południe
Jakie to głupie! Jakie brzydkie! Och, Boże, uspokój się: dowód, że to nie jest drogie, to że ja ci go daję76. Mój przyjacielu, wszystko, co mówisz w tym przedmiocie, jest bardzo, bardzo pospolite: „Za duży jest; zgubisz go, chcesz mi zwrócić!”... Och! fe! cicho siedź! Umieraj ze wstydu, abyś zaś nie umarł z zimna, jadąc na obiad, spieszę przesłać ci go z powrotem; nie waż się odsyłać jeszcze raz, nie mięszajmy77 służby do naszej zabawy czy sprzeczki.
Drogi mój, kiedy powiadasz mi tylko: Będę się starał wpaść, silę się nie mieć nadziei i powiadam sobie: nie zobaczę go. Masz więcej spraw na głowie niż Opatrzność, czuwasz bowiem nad szczęściem dwóch osób: trzeba najpierw, aby pani de M. była zadowolona; potem przychodzę ja, ale bardzo daleko potem, rozumie się: mogłabym powiedzieć jak Kanaenka: Zadowolę się okruchami, które spadną ze stołu mego pana78. Ale, widzi pan, ten morał, ten ewangeliczny ton, to coś tak niskiego, że tylko poziomy chrześcijanin może się tym zadowolić: co do mnie, która nie mam pretensji wejść do Nieba, nie chcę się żywić w tym życiu okruchami z niczyjego stołu.
Bywaj zdrów. Jeśli cię zobaczę, będę uszczęśliwiona; jeżeli nie przyjdziesz, powiem sobie: jest w milszym towarzystwie, i ta słodka myśl uspokoi mnie z pewnością.