List XXXIV
Niedziela
Jakiś ty miły, iż zdajesz mi sprawę ze wszystkiego, co robisz, myślisz, co cię zaprząta! Jak ja kocham ten żar, tę czynność twojej duszy i umysłu! Drogi mój, masz tyle sposobów dojścia do sławy, że byłoby zbrodnią z twej strony pragnąć wojny, tej plagi ludzkości! Oddaj się swemu talentowi, głosowi swego geniuszu; pisz: oświecając i zajmując ludzi, zdobędziesz sławę najmilszą dla szlachetnej i tkliwej duszy. Czyniąc dobrze, będziesz się cieszył sławą najlepiej zasłużoną i zaprawdę jedynie pożądaną w tym czasie, w którym można wybierać tylko między poniżeniem a bezmyślnością, między rolą niewolnika a tyrana. Mój Boże, jak ja ich nienawidzę, jak gardzę nimi i jakby mi było strasznie zacząć żyć tak, jak żyłam przez dziesięć lat! Widziałam z tak bliska niegodziwość świata, byłam tak często ofiarą małych i szpetnych namiętnostek ludzi „światowych”, że został mi niezwyciężony wstręt i groza, która kazałaby mi przełożyć raczej zupełną samotność nad ich obmierzłe towarzystwo. Ale gdzież ja schodzę! Dusza moja, wydana na pastwę najbardziej okrutnego i rozdzierającego uczucia, nie potrzebuje zwracać się w przeszłość, aby czuć całe brzemię swego smutnego losu.
Nie posiadam się z ochoty ujrzenia planu twej sztuki46; to ty stworzysz przedmiot, wydaje mi się bowiem, iż sam z siebie starczyłby ledwie na kilka scen. Będziesz miał tym większą zasługę, przykuwając uwagę i zajmując ją przez pięć aktów. Racine dokonał tego czarnoksięstwa w Berenice. Twój przedmiot jest większy i szlachetniejszy; zgodny z tonem twojej duszy. Nie będziesz potrzebował się wznosić; bez wysiłku jesteś zawsze na tym poziomie, który wydaje się egzaltacją duszom pospolitym i płaskim.
Tak, drogi mój, dni moje płyną jednostajnie, ale niebawem będę sama; wszyscy moi przyjaciele wyjeżdżają. Pierwszy raz w życiu wyjazd ich nie będzie mnie kosztował żalu. Gdybym się nie wydała panu zbyt niewdzięczna, powiedziałabym, że z pewną przyjemnością oczekuję wyjazdu pana d’Alembert. Obecność jego ciąży na mej duszy, doświadczam uczucia jakiegoś wyrzutu, czuję się zbyt niegodna jego przyjaźni i cnót. Słowem, sądź o moim usposobieniu: to, co miało być pociechą, staje się pomnożeniem mojego nieszczęścia; ale bo też ja nie chcę się pocieszyć, żale moje, wspomnienia, są mi droższe niż wszystkie względy i usługi przyjaźni. Duszy mojej trzeba albo zupełnie oderwać się od swej boleści — a tylko ty jeden posiadasz tę władzę — albo też uczynić z niej jedyną swoją strawę. Gdybyś wiedział, jak bardzo książki wydają mi się puste i zimne! Jak mi się zdaje bezcelowe mówić albo odpowiadać! Pierwszym mym popędem w takiej okoliczności jest powiedzieć sobie: po co? i nie znalazłam jeszcze odpowiedzi na to pytanie; stąd pochodzi, iż trwam niekiedy dwie godziny, nie wymawiając słowa, i że od miesiąca nie wzięłam pióra do ręki, oprócz by pisać do ciebie. Wiem dobrze, że przy tym postępowaniu nie ma przyjaźni, która by się nie zraziła, ale godzę się na to, dusza moja jest zahartowana, nie lęka się już drobnych cierpień.
Och! jakże nieszczęście skupia człowieka! Jak niewiele potrzeba, kiedy się straciło wszystko! Ileż dobrego ci zawdzięczam, drogi mój, ileż podziękowań winna bym ci składać! Wracasz życie mej duszy; sprawiasz, iż z zainteresowaniem oczekuję jutra: przyrzekasz mi wiadomość o sobie, ta nadzieja wiąże moją myśl. Przyrzekłeś więcej jeszcze; miałam cię ujrzeć; ale powiem ci jak Andromaka:
Mniejszych faworów łaknąć zwykli nieszczęśliwi.
Żegnaj, nadużywam twego czasu, twojej dobroci, ale tak słodką, naturalną rzeczą jest zapominać się przy kimś, kogo się kocha. Rana moja jest tak żywa, dusza tak chora, organizm tak cierpiący, że choćbyś był zdolny jedynie do uczuć litości, pewna jestem, że byłbyś przy mnie, że pragnąłbyś wsączyć w samo serce balsam tkliwości i pociechy. Do jutra, przyjacielu miły, list twój bowiem wzruszy mnie, a będę musiała nań odpowiedzieć.
Czwartek, po nadejściu poczty
I ot! nie miałam listu i mniej mnie to dziwi niż martwi. Tak proste jest, kiedy się ktoś cieszy życiem, iż zapomina o tych, co cierpią! Ani mi na myśl nie przychodzi czynić panu wymówkę za to, co jest jedynie naturalnym wynikiem nastroju twej duszy w miejscu, kędy bawisz.
Ma pan tam kawalera; musiał panu udzielić nowin o mnie. Nie czułam się dobrze w dniu, w którym mnie odwiedził; miałam atak konwulsji podobny temu, w którym mnie pan widział, i przepłakałam część nocy. Dziś prawie nie zmrużyłam oka: nadto cierpiałam. Mam się lepiej, czuję się jedynie osłabiona i przygnębiona; wczoraj doznałam gwałtownego wstrząsu, miałam pewną rozmowę, dowiedziałam się szczegółów, zobaczyłam pismo, wyczytałam słowa, których nie powinna bym była przeżyć. Ha! Krew, życie moje byłyby jeno słabą odpłatą takiego uczucia. Widzi pan, co muszę myśleć o twoim.
Ks. Morellet opowiadał przed kilku dniami, w niewinności duszy, że pan jest bardzo zakochany w hrabinie de Boufflers, że nie opuszczasz jej ani na chwilę, starasz jej się podobać na wszystkie sposoby, etc... Jeżeli to nie jest zupełnie prawdziwe, jest tak prawdopodobne... winnam czuć żal do pana jedynie za to, żeś mi się nie zwierzył. Proszę, w odpłatę za wszystko, tylko o jedno: to jest, abyś mi mówił prawdę. Wierzaj, nie istnieje nic, ale to nic, czego bym nie mogła usłyszeć. Mogę ci się wydawać słaba i to na tyle, iż myślisz, że trzeba mnie oszczędzać: tak nie jest. Nigdy, przeciwnie, nie czułam więcej siły: mam siłę cierpieć i nie lękam się już niczego w świecie, nawet tego, co pan mniema, iż zrobiłoby mi największą przykrość. Do widzenia.