List XXXV

Wtorek, wieczór

Ja nieufna, i to z tobą! Pomyśl tylko, z jaką ufnością wydałam się tobie; nie tylko nie miałam wobec ciebie żadnej nieufności ani ostrożności, ale nie znałabym nawet żalu ani wyrzutów, gdybym nie naraziła swego szczęścia i uczciwości. Mój przyjacielu, nie wiem, czy lepiej kochałam; ale ten, który mógł mnie uczynić niewierną i występną, ten, dla którego żyję, straciwszy przedmiot i cel wszystkich swoich chwil, jest z pewnością człowiekiem, który ma największą władzę nad mą duszą, tym, który mi odjął swobodę, aby żyć dla innego i umrzeć, kiedy mi już nie stało nadziei ani pragnienia. Tak, wstrzymał mnie ten sam czar, który mnie pociągnął ku tobie, ten wszechpotężny czar związany z twą obecnością, który upija duszę, oszałamia ją do tego stopnia, iż zaciera w niej nawet wspomnienie nieszczęść. Drogi mój, ty czynisz więcej niż Bóg: za pomocą trzech słów stwarzasz mi nową duszę, napełniasz ją życiem tak silnym, uczuciem tak tkliwym i głębokim, że tracę wręcz świadomość przeszłości, przyszłości. Tak, drogi mój, żyję cała w tobie; istnieję, ponieważ cię kocham; tak dalece, iż wydaje mi się niemożliwe nie umrzeć, kiedy stracę nadzieją widzenia cię. Szczęście, iż cię widziałam, pragnienie, oczekiwanie ujrzenia cię znowu wspierają mnie i podtrzymują przeciw mej boleści. Och! cóż bym poczęła, gdyby w miejsce nadziei został mi jedynie żal, iż cię nie mogę oglądać! Drogi mój, przy tobie nie mogłam umrzeć; bez ciebie nie mogę ani nie chcę żyć. Ha! gdybyś wiedział, co ja cierpię, jakiego straszliwego rozdarcia doznaje me serce, kiedy jestem zdana samej sobie, kiedy twoja obecność albo twoja myśl przestanie mnie podtrzymywać!

Ha! wówczas to wspomnienie pana de Mora staje się uczuciem tak czynnym, tak przejmującym, iż życie moje i uczucie dla ciebie budzą we mnie grozę. Brzydzę się oszołomieniem i namiętnością, które mnie uczyniły tak występną, które sprawiły, iż wlałam zamęt i niepokój w tę tkliwą i tak całkiem mi oddaną duszę. Drogi mój, pojmujesz, do jakiego stopnia ja cię kocham? Odrywasz mnie od żalów i wyrzutów, które rozdzierają moje serce: ach, wystarczyłyby, aby mnie uwolnić od życia, którego nienawidzę. Ty sam i boleść moja jesteście wszystkim, co mi zostaje w przyrodzie; nie mam już celu, nie mam dóbr, przyjaciół, nie potrzebuję ich: kochać ciebie, widzieć cię lub umrzeć, oto ostatnie, jedyne pragnienie mej duszy. Twoja dusza nie odwzajemnia mi, wiem o tym i nie skarżę się. Przez jakieś dziwactwo, które czuję, ale którego nie umiałabym wytłumaczyć, daleka jestem od pragnienia, aby znaleźć w tobie wszystko, co straciłam; to byłoby nadto. Która istota czuła kiedy lepiej ode mnie całą wartość życia? Czyż to nie dość, iż się ukochało i błogosławiło naturę jeden raz? Ileż tysięcy ludzi przeszło przez ziemię, nie złożywszy jej dzięków ni razu! Jakże ja byłam kochana! Dusza z płomienia, pełna energii, która wszystko osądziła i zgłębiła i która, otrzeźwiona i zmierżona wszystkim, poddała się potrzebie i rozkoszy kochania; oto, drogi mój, jak byłam kochana. Wiele lat upłynęło wypełnionych urokiem i męką, nieodłącznymi od silnej i głębokiej namiętności, kiedy ty przyszedłeś wsączyć truciznę w me serce, przeorać duszę zamętem i wyrzutem. Boże, ileż ja przez ciebie wycierpiałam! Wydarłeś mnie memu uczuciu, a widziałam, że nie jesteś moim. Rozumiesz całą okropność tego? W jaki sposób można żyć wśród tylu cierpień? W jaki sposób znajduję jeszcze słodycz w tym, by mówić: miły mój, kocham ciebie i to z taką prawdą i uczuciem, iż niepodobna, aby słysząc to, dusza twoja pozostała zimną! Do widzenia.

Środa, po poczcie

Jesteś nierad ze mnie; zastanów się, czy słusznie: jakąż duszę ożywiłeś kiedy tkliwszym, silniejszym uczuciem? Mój przyjacielu, w jakim bądź względzie przyjrzysz się mojej duszy i zechcesz ją sądzić, wyzywam cię, abyś spróbował znaleźć w niej coś, co by cię mogło nie zadowolić. Och! jestem pewna, nikt cię tak nigdy nie kochał. Ale, mój Boże, nie każ mi tłumaczyć, czemu nie mogę pisać do ciebie tam, gdzie jesteś; nie śmiem sama przed sobą wyjawić przyczyn; jest to myśl, odruch, przy którym nie chcę się zatrzymywać; męczarnia, która przejmuje mnie grozą, upokarza mnie i której jeszcze nie znałam.

Pytasz, jak się czułam, widując cię co dzień? Nie, to nie było przyzwyczajenie, to nie mogło nigdy stać się przyzwyczajeniem. Jakże te barwy są zimne, jak jednostajne! Jak je równać z szybkim i gwałtownym skurczem, który budzi w duszy imię i obecność ukochanej istoty? Nie, nie byłam dość szczęśliwa, aby się łudzić; aby się spodziewać i oczekiwać pana; toteż nie słyszałam, ani jak się drzwi otwierały, ani zamykały. Bez celu, bez pragnienia, cóż znaczy, co się widzi, słyszy! Cała pogrążona w mych żalach czuję tylko jedną potrzebę, modlę się już tylko do ciebie i do śmierci. Dajesz ulgę memu sercu, przenikasz je uczuciem tak tkliwym, że słodko mi żyć cały czas, który cię widzę, ale jedynie śmierć zdoła mnie wyzwolić z nieszczęścia twej nieobecności.