List XXXVII

Wtorek, jedenasta wieczór (6 lipca)

Mój Boże, jak ja cię mało widziałam, jak ja cię źle widziałam dzisiaj i jak mi ciężko nie wiedzieć, gdzie jesteś w tej chwili! Mam nadzieję, że w Ris i że wrócisz jutro wieczór. Podobno oczekują księcia de Broglie jutro rano. Osobliwe jest, że ja zmuszona jestem kłopotać się jego powrotem, pragnąć, aby go przyspieszył, bardziej niż mogą tego pragnąć nawet jego przyjaciele. Mój Boże, jakże uczucie zmienia i burzy wszystko! Owo ja, o którym mówi Fénelon, jest tylko chimerą; czuję pozytywnie, że nie jestem mną; jestem tobą, i aby być tobą, nie potrzebuję czynić żadnego poświęcenia. Twoje dobro, twoje sympatie, szczęście, przyjemności, oto, mój przyjacielu, owo ja, które mi jest drogie i najbardziej osobiste. Wszystko inne jest mi obce; ty jeden we wszechświecie zdolny jesteś mnie zająć i przywiązać; myśl moja, dusza, mogą odtąd być wypełnione jedynie tobą i moim rozdzierającym żalem. Och, nie; nie wówczas kiedy cię porównuję z sobą, lękam się, martwię, że ty mnie nie kochasz. Niestety, to wówczas, kiedy myślę kto i jak mnie kochał; ale to było niesłychane szczęście, do którego nie powinnam była sobie rościć praw i na które, wiesz dobrze, nie zasługiwałam.

Jakże dusza moja cierpi, jakże te cierpienia są bolesne! Drogi mój, co się ze mną stanie, kiedy nie będę cię już widzieć, oczekiwać! Czy sądzisz, że mogłabym żyć? Ta myśl mnie zabija; za dziesięć dni... Ale powiedz, dlaczego nie trzeba by mi żadnej odwagi, aby umrzeć, a nie mam siły powiedzieć sobie, że przyjdzie dzień, chwila, kiedy wyrzekniesz słowo, które przejmuje mnie dreszczem? Miły mój, nie wymawiaj go nigdy, przyniosło mi nieszczęście, to straszne słowo miało być mym wyrokiem: jeśli je kiedykolwiek usłyszę, umrę.

W jaki sposób możesz mnie chwalić za to, że cię kocham? Zasługą, cnotą byłoby oprzeć się tej skłonności, pociągowi, który mnie pchał ku tobie o wiele wprzód, nim mogłam się opatrzyć. Jak lękać się, jak przewidywać coś podobnego, skoro gwarancją mego bezpieczeństwa było uczucie, nieszczęście i to nieoszacowane dobro, iż posiadam miłość doskonałej istoty? Oto, drogi mój, świat, w którym żyła ma dusza, szańce, które jej broniły, wówczas kiedy ty wniosłeś w nią odmęt wyrzutów i żar namiętności. I później chwalisz mnie, że cię kocham! Ha! to zbrodnia, nawet bezmiar miłości nie usprawiedliwia mnie. Ale ja przejmę cię grozą, jestem bowiem jak Pyrrhus, rzucam się w objęcia zbrodni ze zbrodniczym szaleństwem. Tak, kochać ciebie lub umrzeć, tylko tę cnotę i to prawo znane w całej naturze; to uczucie jest tak prawdziwe, tak mimowolne i tak mocne, że w istocie nie jesteś mi winien nic. Ha! jakże jestem daleką od tego, aby wymagać, rościć sobie prawa! Drogi mój, bądź szczęśliwy, znajdź przyjemność w tym, iż jesteś kochany, a już mnie spłaciłeś.

Jestem szalona, umiem ci mówić jedynie o tym, co czuję, a chciałabym mówić o tym, co widziałam: mianowicie kawalera; pytał nowin o tobie, pytał, czym rada z ciebie, patrz co za łaskawość! Chciałby, aby wszyscy przyjaciele kochali mnie tak jak on. Czy potrafisz to kiedy? Przyjechał wczoraj i wrócił dziś wieczór. Pojedziemy razem we czwartek do Auteuil47; poczciwy Cardon i p. Suard jadą z nami. Staw się punktualnie u mnie o wpół do pierwszej: przyjdź, drogi mój, przyjdź; pomyśl, że mogłam obiadować z tobą jutro i widzieć cię dziś wieczór. Bądź dobry, szlachetny; poświęć mi wszystkie chwile, które nie będą zajęte przyjemnością i sprawami; chcę, powinnam iść zaraz po nich; jeśli za wiele żądam, pozwól mi przynajmniej pragnąć tego.

Zgadłeś wybornie dziś rano: chciałam odpowiedzi twojej, a nie swojej książki. Dałby Bóg, abym za cenę wszystkich książek, jakie popełniono dotąd i do końca świata, mogła sobie zapewnić jeden twój list co dzień! Oto lektura, której bym pragnęła, chciałabym ciebie widzieć i słyszeć bez końca. Miły mój, kocham ciebie.