SCENA PIERWSZA

Z jednej strony widać domek księdza Logi, z drugiej sztuczną grotę otwartą; środek sceny zajmuje ogród, pełny w głębi skał połamanych, mostków wiszących i kwiatów.

IDALIA

sama.

Nie! nie! Ja w domu tym, gdzie oni żyją,

Nie będę... tylko wytchnę sobie z drogi

I tu, gdzie różne powoje się wiją

Około sosen, w domku Księdza Logi

Pomieszkam. — Niech te źródła, gdzie Dianna

Widziała swą twarz, widzą me oblicze;

Niech widzą, że ja chociaż w serce ranna,

Bez trucizn jestem... Nie! — ja jej nie życzę

Żadnej tortury! Ja egzaltowana,

Mówią: — dlatego właśnie przebaczyłam

I w osty moje kolące ubrana —

W osty, które ja łzami uiskrzyłam —

Podobna jestem... do jakiej Rzymianki

Lub Florentynki, co poety słucha

I ma kolczate na warkoczach wianki,

Jak gdyby burza, powstająca z ducha,

Tłómaczyła się wieńca rozczochraniem

I kolcem liści zjeżonych na głowie. —

Poetą moim jest przeszłość: śpiewaniem

Mego poety, jestem tu w połowie

Smutna i razem na poły radosna

Jestem, że mnie ta pieśń nad nich podnosi. —

Widzę, że trzeba mi będzie wziąć krosna,

Jak dawnej Polsce; i ten duch, co prosi

O piękność, a chciał niegdyś miesiąc złoty

Uczynić swoim zwykłym domownikiem —

Trzeba go, widzę, pięknością prostoty

Upoić; i mieć nad moim stolikiem

Zamiast miesiąca twarz prababki białą,

Groźną — świętości lampę, twarz umarłą...

Tak, tak! — wrzeciono będzie mi burczało

I tańcząc złote me dywany darło,

A ja pomyślę patrząc: tak się kręci

Świat — tak tańcuje każdy modniś młody!

Taką niteczkę z jedwabnej pamięci

Snuje za sobą! tak się w jedwab mody

Obwija, i tak — ot z rąk mi wylata

I już... ode mnie wziął ruch, a mnie nie zna!...

Zaprawdę, że tak będę drwić ze świata,

Przędąc jedwabie —