ZMIANA I
Brzeg morski, słychać wrzask i zgiełk wylądowania. Wchodzą na scenę DON FERNAND i DON HENRYK, Infanci portugalscy. — DON ŻUAN COUTINIO i ŻOŁNIERZE.
DON FERNAND
skacząc na ląd.
Pierwszy, o! piękna Afryko, wyskoczę
Na twoje brzegi i nadepcę nogą.
A ty czuj, jak cię moją stopą tłoczę,
A ty czuj pana i poddaj się z trwogą.
DON HENRYK
Ja drugi skoczę na ląd.
Wyskakuje i pada.
O! Mój Boże!
Aż tu ścigają za mną wróżby czarne?
DON FERNAND
Nic, Don Henryku; wróżba nic nie może
Przeciw krzyżowi — strachy to są marne.
A że upadłeś? To ja tak tłumaczę,
Że ziemia, pana uczuwszy i księcia,
Sama się jemu chciała dać w objęcia.
DON HENRYK
Ziemia to pusta... Araby tułacze
Poszli w pustynie.
DON ŻUAN
Tangier zawarł9 bramy.
DON FERNAND
W mieście my naszych wrogów poszukamy.
Niech z harmat pierwej wystrzelą na salwy.
Ty, Don Żuanie Coutinio z Miralwy,
Idź i pod miasto podbiegnij zamknięte;
Ostrzeż, niech próżną nie drażni obroną
Ognia i miecza, bo gdy będzie wzięte,
Domy się zwalą w krew, kościoły spłoną.
DON ŻUAN
Wkrótce pod miejską ujrzycie mnie broną10;
Choćby to miasto na dymu ciemnicy
Stało jak wulkan z krwi i z błyskawicy.
Odchodzi. Wchodzi BRYTASZ.
BRYTASZ
Chwała Bogu, że przecie stoję o swej sile
Na brzegu, kędy moje widzę i apryle;
A już nie te przeklęte bałwany i szkuty11,
Kakatosy12, maestry, gdzie człowiek ma buty,
Ale chodzić nie może; gdzie od kul ucieka,
To wpada w morze, kędy13 pan ludożer czeka.
Jak to mówią u ludzi, spadł z rynny pod wodę.
Dość morza — lubię lepszą na ziemi wygodę.
Całuje ziemię.
Kochana ziemio moja, noś mnie, ja człek lądu,
Rad bym ostatecznego doczekać się sądu
Na ziemi, nie na morzu.
DON HENRYK
do Fernanda.
Co ty nań uważasz?
DON FERNAND
A ty czemu się wróżby14 marnymi przerażasz?
Dlaczego smętny stoisz z rozwianymi włosy?
DON HENRYK
Duch mój pełny przestrachu. Przeciwne nam losy:
Z Lizbony wyjeżdżając, gdy szeregi dzielne
Wsiadały, to ja strachy widziałem śmiertelne.
Zaledwo barbaryjskich dotknęliśmy lądów,
Słońce, jak gdyby na dzień ostatecznych sądów,
W chmury krwawe zabiegło i w niebiosa wklęsło.
A morze ciemne, czarne, okrętami trzęsło.
I teraz, gdy nań spojrzę, to kolor ma taki
Jak krew. Patrz na niebiosa, zewsząd czarne ptaki.
Patrz nad morzem... jakby z mgły posępne osoby.
Patrz na ziemię... zdaje się, że wszędy są groby,
W które za każdym krokiem człowiek błędny wpada.
DON FERNAND
Moja miłość inaczej to wszystko wykłada:
Że nam burza uniosła jeden okręt zbity?
To zwyczajny przypadek. Że niebios błękity
Zaćmiły się i kolor wzięły szczerozłoty,
Poważny? To nie groźba, ale cześć dla floty.
Że potwory za nami wyzierały z morza?
Że czarną chmurą ptaków migotała zorza?
To nie przeciw nam wróżba, lecz strach na Araby;
Wszakże tych ptaków nasze nie niosły koraby?
Nie ciągnęły za sobą? Ale tu znachodzą15?
Więc tej arabskiej ziemi owe wróżby szkodzą,
Jeżeli są wróżbami. Maur niech patrzy na nie.
Ale my, mój Henryku, oba chrześcijanie,
My, cośmy nie dla marnej tu przyszli potęgi,
Nie po to, aby nami zaczernione księgi
Po wielu wiekach o nas do ludzi gadały;
My, cośmy tu dla Boga i dla jego chwały,
Abyśmy kościół jego szablami podparli;
Z tą wiedzą, że zarówno oba byśmy zmarli,
Choćbyśmy tylko szczęścia szukali jak drudzy;
Czegoż się boim Boga? Wierni jego słudzy!
Czemuż my się na wróżbach oparli, nie na nim?
My, cośmy przyszli z naszej krwi ofiarowaniem.
Wchodzi
DON ŻUAN
Ale cóż to od pola?
DON ŻUAN
Książęta,
Kiedym wasze wypełniał rozkazy,
Tam, gdzie góra w łuk zagięta
Łamie się w piętra dwa razy,
Usłyszałem w strasznej wrzawie
Pod nieba strefą niebieską
Zlatującą konnicę fezką...
Zdawało się, że żurawie,
Na Pigmejów w wielkim gniewie,
Szary klucz na niebie klecą16.
Ziemia nie wie i wiatr nie wie,
Czy oni biegną, czy lecą.
DON FERNAND
Idźmy powitać te wrogi.
Niech strzelce staną na czoło.
Siodłać konie, a wesoło!
Wdziać kolczugi — od głów do nogi
Zbroić się i stawać w szyku!
O! Szczęśliwy dzień, Henryku,
Zwycięstwo nam w ręce dane.
DON HENRYK
Ja, twój brat, przy tobie stanę,
Piersi także mam niezłomne,
O strasznych wróżbach zapomnę
I pokażę, że śmierć mnie nie trwoży.
Wychodzą i słychać odgłos walki.
BRYTASZ
sam.
A ja tam, gdzie śmierć się sroży
Nie pójdę... w każdym hazardzie17
Ja stoję na ariergardzie18
I wulkan ze mnie wybucha.
Patrząc na walkę.
Ach jaka tam zawierucha!
Jaki blask, jaki bój srogi!
Niech się biją — a ja w nogi!
Ucieka.
Wchodzą DON HENRYK i DON ŻUAN.
DON HENRYK
Łatwo brać zwycięskie laury.
Uciekają zbite Maury.
DON ŻUAN
Pole całe pełne łupów,
Koni, mieczów, siodeł, trupów.
DON HENRYK
Gdzie Don Fernand?
DON ŻUAN
Z całą linią
Arabów znika w obłoku.
DON HENRYK
Chodźmy za nim, Don Coutinio.
DON ŻUAN
Zawsze obaczysz mnie przy twoim boku.
Wychodzą.