ZMIANA II
Pustynia. Wchodzi na scenę DON FERNAND ze szpadą Muleja — i MULEJ rozbrojony, z tarczą tylko.
DON FERNAND
Tu, na tej ogromnej puszczy,
Co zdaje się grobem ludzi,
Gdzie krew z ciał pobitych pluszczy,
Koń leży i pan się nie budzi,
Sam zostałeś, Maurze młody,
Nad pobitymi narody.
I twoje gdzieś orle źrzebie
Przez pola pobiegło krwawe,
Tocząc pianę i kurzawę,
Pod sobą kurz, a pianę z siebie...
I oddało cię bez broni
Łupem tej rycerskiej dłoni.
Horyzont, jak okiem objęty,
Podobien19 do jednej trumny.
A ja twoim wzięciem dumny,
Więcej dumny, żeś ty wzięty,
Niż że te pola oblane
Są krwią, aż tam gdzieś w błękit giną,
Tak, że oczy smętne tą ruiną
I czerwienią tą jak obłąkane
Odwracają się, nie wiedząc, gdzie natrzeć
Ostrzem wzroku znużonych promieni;
Aby ciągle na nieszczęścia nie patrzeć,
Aby ciągle nie widziały czerwieni.
Ja, gdym cię silnym ramieniem
Wziął, mężnego tak wojaka,
Wybrałem sobie rumaka
Z próżnym siodłem i strzemieniem,
Którego ojciec był burzą,
A matka była płomieniem;
Bo płomienie i wiatry mu służą,
Równe jemu robiąc rodowody.
A ja jeszcze powiem, że był z wody,
Taką szerść miał i rzadkie tak piegi;
I tę wodę przemienię na śniegi
I znów powiem, że wody był synem.
A co do prędkości — delfinem,
A co do krwawości — był smokiem.
Co do lotu — był, mówię, obłokiem,
Co do nozdrza — był szczerym rubinem,
A był orłem, gdy puścił się lotem,
A gdy piersią uderzył — był grzmotem;
A pod dumnym — szedł z dumą szlachecką,
A pod starcem — jak starzec poważnie.
A pod cichym — spokojnie jak dziecko,
A pod silnym — jak rycerz odważnie:
I na jego kark i siodło jego
Siadłem z tobą, jak z broni kolegą;
A on zda się, jak łódź, co się ślizga,
Pruł się piersią przez krwawe bałwany
I gniótł pole, co krwią naszą bryzga.
Ale czy to jego wnętrzne rany?
Czy ta myśl, zwyciężonych tak bliska,
Że kark jego zwycięzca uciska,
Czy nad tobą może zlitowany?
Gdy pomyślał, że obu nas wiedzie,
Obu włożył na kark swój niechętny:
„A ten Hiszpan taki wesół gdzieś jedzie!
A ten Arab jedzie taki smętny!”
Ach i może ta myśl nie pozbyta;
Że ojczyznę zdradza, mnie unosząc,
Padł, oczyma litości nas prosząc
I załamał się na cztery kopyta
I dech oddał.
I powiedz mi teraz.
Czemuś taki smutny, przyjacielu?
Gdy się zwracam — a obracam się nieraz —
Choć mi taisz twą boleść, Arabie,
Widzę jasno, żeś pełny trosk wielu.
I podobnyś jest żelaznej sztabie
I tej stali, co zgięta odskoczy...
Lecz ból, wulkan, przez usta i oczy
Ciągle z ciebie jak ogień wybucha:
Niepodobna20! by takiego ducha
Marna boleść poddała swej woli?
Abyś cierpiał tak na tej niewoli,
Ty, co wolność przedałeś tak drogo.
Inna jakaś być musi przyczyna?
Jeśli troski podzielić się mogą.
Jeśli sądzisz, żem na to zasłużył,
Mów, o! Maurze, dla trosk to jedyna
Prawie ulga... a jam serca nie zużył
I obaczę, widząc ranę twoją,
Czy ta rana jest z tych, co się goją.
MULEJ
Widać, żeś równie szlachetny
Jak odważny, mój Hiszpanie.
Równie mieczem jak językiem
Umiesz czynić zwyciężonych.
Miecza twego niewolnikiem
Było ciało, co nie boli...
Teraz wziąłeś do niewoli
Mego ducha. Doskonały
Jesteś rycerz! Na dwie bronie;
Moc masz i w ręku... i w łonie...
Twoim jeńcem jestem cały.
A ponieważ ty wzruszony
Litością pytasz, Hiszpanie,
Czemu ogień i żal słony
Sypią mi z oczu perłami?
Uczynię tobie wyznanie
I sercu ulżę ustami.
Nie dlatego, że mnie boli
Serce i skarżyć się pragnie...
Bo nieszczęście do skarg mnie nie nagnie.
Ale, że to z twojej woli,
Ażebym ci się poskarżył...
Wiedz, że jestem urodzony
Synowcem króla fezkiego,
A zowią mnie Mulej Chekke21.
Królewska krew płynie we mnie
I serce mi wielkie grzeje,
Bowiem ród mój uświetnili
A rodziłem się w tym roku,
Gdyście wy Gelwy24 tracili,
I ze smutnego wyroku
Matce kosztowałem życie,
Smętne fortuny igrzysko!
Gelwańskie, krwi pełne pole
Było mi pierwszą kołyską.
A odtąd... ciągłe niedole,
Nieszczęścia mnie ciągle gonią
I pokoju ciągle bronią.
Albowiem, kiedym do Fezu
Przybył, dziecko, z moim stryjem,
Przyjechała tam dziewica
I w bliskim domu, przez ścianę,
Stanęła, i odtąd serce
Zostało w niej rozkochane
I do śmierci tak zostanie.
Ach! Bo ta miłość, Hiszpanie!
W zawiązkach swoich tak drobna,
Zaczęta w dzieciach tak tkliwie,
Taka, zda się, niepodobna,
(Gdy sobie serce tłumaczy)
Ani się skończyć szczęśliwie,
Ani się skończyć inaczej,
Ani się mogąca dźwignąć,
Ani zerwać, ni ostygnąć...
Z tą miłością wychowani
Rośliśmy, panie, oboje.
I dziś zarówno nas rani
Ta miłość w serc naszych dwoje.
Ciskając razy niemylne
Na serce słabe i silne...
Ach... z moim tak uczyniła,
Jako woda z marmurami,
W które ciągle bije łzami,
I tak będzie ciągle biła,
Ciągle biła, aż je strawi
I w marmurze ślad zostawi;
Tak łzy me nowe i nowe
Na serce pięknej spadały,
Aż serce twarde, ze skały,
Serce jej dyjamentowe,
Na które sto razy spadły,
Przegryzły na wskroś i zjadły...
Ach, i nie moje to cnoty,
Że teraz serc naszych dwoje
Są, jakoby dwa powoje,
Wzajemnymi wite sploty.
W tym stanie przeżyłem lata,
Zapomniawszy prawie świata.
Rozpływając się w jej wdziękach,
W pierwszej miłości jutrzenkach,
Pijąc pierwsze tajemnicze
Troski i pierwsze słodycze...
Gdy oto, w nieszczęsnej chwili,
Rozstałem się z nią na czas krótki;
I stąd idą moje smutki,
Stąd płynie mój żal ogromny,
Bo ją z drugim zaręczyli,
Kiedym ja był nieprzytomny25.
Teraz powiedz, czym szaleniec,
Że klnę fortunie bogini?
Tamten jest wolny... jam jeniec!
Jam jest daleko... on przy niej!
DON FERNAND
Szlachetny Maurytańczyku,
Dobrze mi smutki wykładasz.
Jeśli tak kochasz... jak gadasz?
Tak cierpisz?... jak w serca krzyku
Słychać, gdy boleść malujesz,
Jeśli tak z ognia usychasz?
Ach! I tak tęsknisz — jak wzdychasz,
Ach! I tak wzdychasz — jak czujesz,
Widzę, że wiernie miłujesz.
Więc honorowi nie skłamię,
Wodzu maurytańskich galer,
Idź i powiedz swojej damie,
Że portugalski kawaler
Przysłał cię za niewolnika,
A ją ci daje za pana.
A jeśli obligowana,
(Bo to dziewic serce łechce)
Skarby swoje poodmyka
I płacić za ciebie mi zechce,
Ten okup weź. Maurze młody,
Bo będzie wielki, jak sądzę,
Zmień na miłości pieniądze
I miej z niego wieczyste dochody.
A teraz jedź mi szczęśliwie,
Oto koń twój własny wraca.
Ja wiem, że kto kocha tkliwie,
Temu czas płynie leniwie;
Więc ci czasu, Arabie, ukraca
Moja miłość, a ty się nie zmuszaj,
Siadaj na koń, rycerzu, i ruszaj.
MULEJ
Słów mi teraz nie staje26 w potrzebie,
Ale wdzięczność ma inne oznaki;
Wiem, ze daru przyjęciem pochlebię.
Lecz mi powiedz, proszę, ktoś ty taki?
DON FERNAND
Portugalczyk i szlachcic... nic więcej.
MULEJ
Pokazałeś to czynem i słowy.
Bądź co bądź, w grunt nie siałeś jałowy.
Twój niewolnik...
DON FERNAND
Ujeżdżaj co prędzej,
Koń twój czeka.
MULEJ
Więc otwierasz mi szranki?
Więc chcesz, aby serce w niewolniku
Uderzyło znów przy sercu kochanki?
Siada na koń za sceną.
DON FERNAND
Tak, zaprawdę, szlachetnym być trzeba.
MULEJ
z poza sceny, z konia.
Hej! Szlachetny mój Portugalczyku!
DON FERNAND
Co mi powiesz?
MULEJ
Gdy pozwolą mi nieba,
To ci kiedyś za dar taki odpłacę.
DON FERNAND
Bądź szczęśliwy!
MULEJ
Teraz ja się bogacę...
Ale dar twój, panie, nie padł w wodę
I na końcu, na ziemi odbierze
Swoje żniwo i swoję nagrodę.
Mój Hiszpanie, niech Allach cię strzeże.
Odjeżdża.
DON FERNAND
Jeśli Allach Bogiem, niech cię broni,
Lecz cóż to za tętent koni?
Co to za trąby i krzyki,
Którym powietrze przyklasło?
Tam, z drugiej strony kotły słychać Marsa hasło.
Ha! Mój brat Henryk.
Wchodzi DON HENRYK.
DON HENRYK
Gdzie jesteś, Fernandzie?
Dawno cię szukam.
DON FERNAND
Cóż tam za nowiny?
DON HENRYK
Bracie, Fezanie idą i Murzyni,
Budząc te echa; Tarudant z wojskami
Królowi Fezu przybył dla odsieczy.
A król podparty z Maurytańczykami
Zrobił wycieczkę, bije nam na czoło,
Kiedy Tarudant nam odwrotu przeczy.
Zewsząd straszliwe nieprzyjaciół koło
W swoje żelazne objęło nas wieńce.
Oblegający my i oblężeńce,
Z tej ciemnej chmury, co się na nas toczy
Błyskawicami bici w same oczy,
Zmieszani... Cóż nam, Fernandzie, zostało?
Powiedz, co czynić?
DON FERNAND
Co? Umierać z chwałą.
Niech nacierają ci oba alianci,
My na śmierć idźmy jako wojownicy,
Jako dwaj mistrze, jako dwaj infanci,
A choćby tylko jak Portugalczycy.
Idźmy i krzyczmy hasło dwóch zakonów:
Ave i Chrystus... hasło nasze stare,
I stańmy oba na czele szwadronów,
I umierajmy, mój bracie, za wiarę.
Wchodzi DON ŻUAN.
DON ŻUAN
Złe lądowanie jest wszystkiemu winą.
DON FERNAND
Nie czas się teraz zatrudniać przyczyną
Złego... gdy zewsząd wróg i krew i jęki...
Do poratunku trzeba użyć ręki
Przeciwko siłom Tangieru i Fezu.
Za mną!... W twe Imię Przenajświętsze, Jezu!
Za mną!
Wychodzą wszyscy, z drogiej zaś strony na pustą scenę wchodzi BRYTASZ
BRYTASZ
Otóż i śmierć! Otóż i sztuka!
Pięknie ten rycerz swoim hasłem puka
W bramy niebieskie, klucze przenajświętsze
Pewnie otworzą mu te wielkie gmachy,
Gdzie święty mieszka aż na siódmym piętrze.
Co do mnie, czuję nieśmiertelne strachy,
Które mi sercem jak diabły szamocą,
Rozmyślam na co my tutaj i, po co?
A z rozmyślania to wynika mego,
Że odtąd mam się już za umarłego.
Pada na ziemię i udaje zabitego. Wchodzi DON HENRYK w pojedynku z MAUREM.
MAUR
Kto się broni tak uparty?
Szabla moja, piorun żywy,
Który spada aż ze sfery czwartej.
DON HENRYK
depcąc Brytasza.
Choć co krok ja nieszczęśliwy
Chrześcijańskie depcę ciała,
Ręka moja nie omdlała,
Nie straciłem mocy w duchu.
Jeśli ja piorun? Ty trup... Ty piorun? Ja skała.
Wychodzą z Maurem, bijąc się.
BRYTASZ
I prawda, że mnie dobrze nadeptał po brzuchu.
Wchodzi DON ŻUAN w pojedynku z Mulejem.
MULEJ
O! Rycerzu! Twoje męstwo
Nie widzi, że słabo walczę;
Że chciałbym ci dać zwycięstwo.
DON ŻUAN
Co mi powiadasz, zuchwalcze?
Nie przyjmuję takich danin.
Broń się!
Depce Brytasza.
O! Straszliwa męka!
Gdzie nadepcę i spojrzę na trupa, chrześcijanin!
Wychodzą, bijąc się.
BRYTASZ
Nadeptał mnie, lecz o mnie niechaj się nie lęka.
A gdyby lżej mnie deptał, to byłby rozumny.
Wchodzi DON FERNAND, cofając się przed nacierającym KRÓLEM Fezu.
KRÓL
Portugalczyku dumny,
Oddaj mi twoję szpadę;
Pod strażą cię zostawię
I rękę na sercu kładę,
Że obejdę się łaskawie,
Choć twojego miecza znaki
Na piersi rozdartej noszę.
Powiedz, mężny, ktoś ty taki?
DON FERNAND
Nie dam ci mego nazwiska
Ani szpady... o śmierć proszę.
Wchodzi DON ŻUAN i ciałem swojem zakrywa Fernanda.
DON ŻUAN
do króla.
Ten miecz, o! panie, co w twym ręku błyska,
Już okręcon koło głowy;
Przez tę pierś chyba dostanie,
Jak przez mur dyjamentowy
Mego księcia.
Do Fernanda.
Teraz, teraz ja przy tobie
Aż do śmierci.
KRÓL
Stój! Co słyszę?
Księcia Fernanda oglądam?
Większego łupu nie żądam
I ten wielki dzień zapiszę
Pomiędzy najszczęśliwszymi.
Zatrzymać ludu zagładę...
A ty królowi tej ziemi,
Fernandesie, oddaj szpadę.
Wchodzi MULEJ.
MULEJ
na stronie.
Co widzę? O! Biada jemu!
DON FERNAND
oddając szpadę.
Królowi tylko samemu
Oddaję ten oręż święty,
Nie chcąc jak desperat ginąć.
BRYTASZ
wstając.
Jak widzę, próżne wykręty!
Wchodzi DON HENRYK.
DON HENRYK
Ach! Co widzę? Brat mój wzięty!...
DON FERNAND
Patrzaj, ale boleści nie wydawaj głosem.
Bo to, mój miły bracie, zwycięstwo nad losem.
Jeśli go człek wolny umie
Upokorzyć i poddać pod jarzmo swej dumie.
KRÓL
Tak, Henryku, twój brat się dostał do niewoli...
A choć mogę, i słuszność mi, sądzę, pozwoli,
Abym go na śmierć skazał, serce mam ruszone.
Bom tu przyszedł na własnej korony obronę;
A los, który mnie panem niespodzianym robi
Waszej krwi, więcej waszą niewolą ozdobi.
Więc owszem z ciągłą myślą o tym niewolniku
Powracaj do ojczyzny i powiedz, Henryku,
Duartowi królowi, że temu poruczę27
Więźnia, co mi przywiezie złote Ceuty klucze,
Nie inaczej. A teraz, jako moja własność,
Do Fezu za mną raczy twa książęca jasność.
DON FERNAND
Jako za mojej sfery słońcem idę wszędzie.
MULEJ
Ach! Serce moje smutek dwojaki posiędzie,
W miłości i w przyjaźni mając swe powody.
DON FERNAND
Henryku, ja zostaję tu pełen pogody;
Na zło i dobro... wytrwam jak ludzie niezłomni.
Jedź i proś brata, niechaj o mnie się upomni
Jako pan chrześcijański.
DON HERYK
On się zobowiąże...
DON FERNAND
przerywając, mówi z powagą.
Niech się upomni jako chrześcijański książę...
Jak katolik.
DON HENRYK
Takim ja, mój bracie, powrócę.
DON FERNAND
Teraz pozwól, że w twoje objęcia się rzucę
I uściskam, bracie mój, Henryku kochany!
DON HENRYK
Ty wzięty, a mnie kładziesz na szyję kajdany?
DON FERNAND
Bywaj zdrów, Don Żuanie.
DON ŻUAN
Żywot mój bez celu...
Ja tu, z tobą.
DON FERNAND
Więc zostań ze mną, przyjacielu.
DON HENRYK
O! Dzień pełny nieszczęścia!
DON FERNAND
Wszyscy bądźcie zdrowi!
Jedź, Henryku, i powiesz ode mnie królowi...
Nie, nic nie mów! Słowom to powierzać daremnie,
Ot, tylko te łzy moje zanieś mu ode mnie.
Rozchodzą się, Don Fernand z Maurami, Don Henryk ku brzegowi morskiemu.