IX

Wypił. Wnet całe spłonęło mu lice,

W tym blasku, w oka obłąkanym rzucie

Nieodgadnioną widać tajemnicę;

Jakby niepewne boleści przeczucie.

Znów mu się senne ukazały barwy,

Ciemno-ognista i miesięcznej bieli:

I znów te same widział Kleftów larwy.

Stanął w ich kole, słuchał — lecz milczeli.

A przed Kleftami stali dwaj anieli;

Jeden ognisty jak piorunu strzała,

Bezkarnie wzrokiem człowieka nie tknięty,

Był w Lambra myśli jako płód poczęty

I nie mógł w zmysłów narodzić się świecie.

Drugiego istność księżycowa — biała —

Miał skrzydła u głów, u rąk, u stóp trzecie58.

Widać, że kiedyś był Boga aniołem,

Lecz barwy skrzydeł spłowiały, pobladły,

Musiał je zrosić ów anioł upadły

We łzach człowieka nad świata padołem.

Ma w ręku czarę, z której błękitnawy

Płomyk wytryska i lice mu bieli...

I w ciszy Lambra marzeń dwaj anieli

Śpiewali razem hymn straszny i krwawy.