V

Noc była cicha. Okręt na kotwicy

Niepełnym żaglem brał wiatru pieszczoty.

Powietrze szkliste, pełne tajemnicy

Księżycowego blasku i tęsknoty.

I tak się błękit ochylił dokoła,

Że maszt najwyższy, schylony u szczytu,

Nie śmiał jakoby wznieść dumnego czoła

Pod kryształowym sklepieniem błękitu.

A w drżącej fali jak srebrne delfiny

Igrały w koło blaski księżycowe,

A dalej mgłami błękitne krainy,

Archipelagu wyspy cytrynowe,

Na widnokręgu nieraz czarna skała

Albo w lodowej — albo w gwiazd koronie,

Przejdzie przez księżyc — i we mgłach zatonie.

I nieraz z szumem fali doleciała

Pieśń, którą słowik napełnia ogrody;

I róż woniami, co na brzegach kwitną,

Nieraz wiatr drżącą falę zakołysze.

I wszystkie barwy topią się w błękitną,

I wonie — w zapach tajemniczy wody,

I wszystkie dźwięki toną w wielką ciszę.

Gdy wyszedł Lambro, drużyna korsarza

Długo — ciekawie śledzi rysów lica...

Twarz jego straszną bladością przeraża,

Pobłękitniała od blasku księżyca...

Odeszli... Lambro osłoniony w żagle

Patrzał na morze, na odległe skały,

I patrzał długo — dumał... potem nagle

Zachwiał się — chylił i upadł — omdlały.