VI

Wnet go tłum majtków dokoła otoczy...

Blady był strasznie — na poły nieżywy.

I paź krzyk wydał z piersi przeraźliwy,

Gdy omdlałego przyniesiono pana.

Lambro zbielałe na krzyk podniósł oczy,

Twarz mu roztlała śmiercią obłąkana.

Otworzył usta — mówił nieprzytomnie:

„Kto tutaj jęczał — kto tu płakał po mnie?

Jeden znam tylko taki głos na ziemi,

W płaczu z miłośnym pomieszany dźwiękiem.

Paziu — płakałeś łzami nie twojemi,

Ty mnie zabijesz takim drugim jękiem!

Ten jęk dziewicy, posłyszany we śnie,

Dziwnym połamał myśli moje kształtem;

I wyciągnąłem dłonie, i sił gwałtem

Z letargu wstałem... gdzież ona?... tu była...

Nie — tu paź tylko. — Jakże mię boleśnie

Noc ta urokiem ciszy przeraziła!

Noc księżycowa — czemu nie ciemniejsza?

I noc przekląłem, i morza zwierciadło,

Morze tak ciche, czemu burz nie miało?

Gdy w nie patrzałem — moje czucie mdlało,

Patrzałem w czucie, moje czoło bladło

I mgły na serce spadały jak śniegi.

Lecz to minęło... niechaj noc przemarzę.

Paziu, daj czarę nalaną po brzegi,

Niech wiem przynajmniej, że w obfitej czarze

Śmierć trzymam pełną, dotkniętą ustami;

Nie spełnię całej — chociaż drżącej ręki

Nikt nie odchyli prośbą ani łzami,

Lecz nie chcę skonać, póki ziomków jęki

Będą pacierzem i grobu hymnami”. —

Wnet paź, posłuszny rozkazowi pana,

Podał mu czarę i odstąpił krokiem.

A czara była kształtnie dłutowana,

Niepełna z roślin wytłoczonej śliny;

Chwycił ją Lambro i pożerał okiem,

Blady na czole i na ustach siny.