VII

Wypił — i z wolna płomieniem rozkwita;

Z czoła zasłony opadają mgliste,

W źrennicy płomień obłąkania świta,

Oczy tak jasne, błyszczące i szkliste,

Że można było przejrzeć w nie daleko,

Straciły barwę — stały się iskrami,

I gorączkową rozpalone śpieką,

Kryształowymi pokryły się łzami.

A potem czoło wsparł na drżącej dłoni,

Oczy nie miały wzroku, choć bezsenne,

I wszystkie żyły wybłysły na skroni

Jakby gałązki bluszczu powiązane;

I wszystkie włosy jak liście jesienne

Drżały na czole, wiatrem nie rozwiane;

I w marmurowej na pozór postawie

Rozkołysanie widać zmysłów pjane.

A o czym inni śnią — widział na jawie,

Tylko jaśniejsze. Jak węża kawały

Rozcięte widma jednym życiem drgały.

Ciszej! bo właśnie teraz sen czarowny

Rzucił go lotem po nieba błękicie...

Dzikiej rozkoszy urok niewymowny

W naglonym tchnieniu zamknął zmysły — życie —

Słowo poczęte śmiech porywa — łamie —

I śmiech poczęty w odetchnieniu kona.

Bo to nie skrzydło ani silne ramię

W lekkiej powietrza pławiło go fali;

Lecz ciężar myśli opadł z głębi łona

I ciężar wspomnień zniknął z uczuć szali.

Stanął... i nagle tysiące błyskawic

Wieńcem ognistym mignęły dokoła.

Rzekłbyś, że tysiąc zamachniętych prawic

Wiało tysiącznym mieczem archanioła.

Pogasły, w błękit stopiły się ciemny,

Tak przezroczysty — głęboki — tajemny,

Jak nieskończoność... i słychać szum morza.

Potem z ciemnego błękitu przestworza

Wykwitał mglisty obraz sennych czarów.

I gmach z tysiącznych złożony filarów,

Lekką jasnością w powietrzu skreślony,

Od stóp korsarza w dwie się rozbiegł strony

Po całym niebie. A jedna połowa

Uwiana była z promieni księżyca,

Jasna i blada jak noc księżycowa,

Cała w przezroczu błękitnawo szklista;

A druga strona posępna, ognista,

Jak piekło. Wielkie zwierciadło egidy

Gmach cały kryło jasności sklepieniem;

Pod nim schylone duchów kariatydy53,

Dwubarwnym światła uwiane promieniem,

Z bliska ogromne — jak ciemni szatani,

Biegły w dwie strony oddaleniem mniejsze,

I coraz dalsze — i coraz świetniejsze,

Jak mgliste gwiazdy niknęły w otchłani. —

A Lambro nie śmiał tchnąć — bo choć wyniosła

Była duchami otoczona sala,

Lecz taka lekka, że powietrza fala,

W otchłań człowieka tchnieniem potrącona,

Może by duchów kolumny rozniosła.

Więc stał — i tchnienie połykał do łona,

By czarownego nie zamglić zwierciadła.

A w lesie kolumn widział ludzkie cienie,

Kleftów od dawna pomarłych widziadła;

A wszyscy w gmachu wplątani promienie,

Bladzi — posępno srebrni lub ogniści,

Lekcy i liczni jako chmura liści

Wiatrem zwichrzona, wiązali się w tłumy.

Ale dotknięci żywego oczyma,

W twarzach zdradzili wiele ziemskiej dumy.

Widać, że znaczni rysami Kaima54

I strojni dotąd w blask ziemskich kolorów,

Nie mogli zasiąść wśród niebieskich chorów;

I przed oczyma Lambra na pół sini,

Na poły lśniący od złota, szkarłatów,

Ziemskimi barwy, jak oazis55 kwiatów

Stali na srebrno-ognistej pustyni.

A skoro Lambro stanął w duchów kole,

Milijonowe56 patrzały nań duchy;

I tak go w spojrzeń zakuli łańcuchy,

Że nie mógł zamknąć oczu — i na czole

Palące uczuł znamię duchów wzroku,

I drżał — gdy szmerem rosnącym potoku

W ciszy setnymi głosy zawołali:

„Czemuś nie skonał, gdy wszyscy konali?” —