XIV

Bogini nocy przed blaskami świtu

Gwiazdy z rozwianych strząsała warkoczy;

Deszczem spadały do morza błękitu,

Inne blask zorzy płonącej pochłonął.

Lambro otworzył mgliste snami oczy:

Półową czucia jeszcze we śnie tonął,

Półową myśli sen przenikał zdradny,

Rozkołysany pośród burzy wrażeń.

Lecz boleść była nicią Aryjadny70,

Po której wyszedł z labiryntu marzeń.

A szatan ciemny, co się karmi łzami,

Skąpy swych darów, żadnych nie uronił;

I chwil boleściom ukradzionych snami

Większym cierpieniem i bolem dogonił.

Skoro w komnaty dzień przeniknął jasny,

Lambro krew ujrzał, stał nad martwym ciałem

I rzekł: „Sztyletu głowicę poznałem.

To jam go zabił, to mój sztylet własny.

Boże! czyż w świecie byłem tak splątany

Z tym tłumem ludzi, że nawet samotny

Umrzeć nie mogę? ale w tłum wmięszany

Konam — i ludzie koło mnie padają

Jak oberwany z drzewa liść stokrotny.

O! boleść! boleść umierać ze zgrają

Jak pod gruzami zawalonej ściany!

Gdzie nawet śmierci ostatnie westchnienie

Głośnymi jęki ludzi zagłuszone;

Gdzie i ostatnie o zmarłym wspomnienie

Nie na człowieka, lecz na tłum upada...

Wzniosę ten zawój — pióra zakrwawione,

Ujrzę twarz pazia, czy mściwa i blada?”