XV

Lambro schylony z drzeniem i nieśmiało

Zdjął zawój pazia ze strusimi pióry...

I uderzony jak gromem, o mało

Nie padł na ziemię, gdy spotkał oczyma

Na pół otwartej zrennicy lazury.

Upuścił zawój — sztyletu się ima...

Potem przypomniał śmierć... sztylet odrzucił...

Bo miał na ustach gorycze napoju.

I z obłąkaniem odszedł — i znów wrócił,

I znów rękami od śmierci drzącemi

Zdejmował zawój — wtenczas spod zawoju

Włos uwolniony sypał się po ziemi

Ze smutnym szmerem i dokoła twarzy

Kładł się w tysiączne pierścienie rozwity.

Okropny widok! Ta krew, co się warzy,

Co poplamiła jej szat aksamity,

Na twarzy smutek i miękka omdlałość,

I przezroczysta alabastru białość;

Kilka uwiędłych kwiatów w martwej dłoni

Trzyma na piersiach — a drugą dłoń dała

Jak spiące dziecko za węzgłowie skroni,

W takiej postawie martwa, jakby spała.